Właśnie tkwiłem w korku na warszawskim Placu Bankowym. W myślach układałem rozkład dnia: wizyta w urzędzie, spotkanie biznesowe, wizyta u lekarza, potem muszę odebrać Marcina ze szkoły i zawieźć na taekwon-do, w międzyczasie myjnia, zakupy... Jak to wszystko załatwić, przecież dzień nie jest z gumy. Z zamyślenia wyrwał mnie telefon, spojrzałem na zegarek, kogo to niesie o ósmej rano? Z drugiej strony odezwał się Czarek. - Jedziemy na dorsze, jest jedno miejsce, piszesz się? - Kiedy wyjazd? - Dziś o 23.00. - No to jak? - Jak to jak? Jadę!

Umówiliśmy się, że do godz. 14.00 potwierdzę na 100% i zacząłem planowanie dnia od nowa. Zakupy poczekają, myjnia odpada, lekarza przełożę na poniedziałek, na trening Marcin pojedzie z rodzicami swojego kolegi... Ale się porobiło. Wszystko staje na głowie.

Zgodnie z umową, na godzinę przed północą podjechał pod dom Czarek z Mirkiem. Krótkie pakowanie i w drogę. Nigdy wcześniej nie podróżowałem Toyotką Yaris i nie zdawałem sobie sprawy jak niewygodnie jest na tylnim siedzeniu. Przy każdym wyjściu z autka, pogięty byłem jak scyzoryk, ale cóż to znaczy, jeśli w perspektywie czekało nas wędkowanie. Mirek chwilami frunął, a nie jechał, także cała podróż trwała w miarę krótko. We Władysławowie byliśmy po 4 rano. Dla zabicia czasu zjedliśmy flaki w Barze u Chłopa i koło 5.00 weszliśmy na pokład Admirała. Kiedy rozkładaliśmy sprzęt, pierwsze promienie słoneczne malowały na horyzoncie bajkowe pejzaże.

Zwarty i gotowy do walki

Po sprawdzeniu listy obecności wyszliśmy w morze, a kiedy po dwóch godzinach kuter zwolnił, oznaczało to, że dopływamy do pierwszej miejscówki. Niestety, pierwsze koty za płoty. Ryba nie chciała współpracować i po pewnym czasie zmieniliśmy miejsce. Od tego drugiego napłynięcia zaczęły się brania. W zasadzie każdy mógł się już pochwalić jakąś rybą.

Było trochę maluchów, ale zdecydowana większość ryb była przyzwoitych wymiarów. Każdy rodzaj przynęty był dobry. Ja łowiłem na srebrnego tobiasza 150 g.

Większość brań była na pilkery, ale przywieszki też były skuteczne. Na swoją „muchę” miałem trzy dorsze z rzędu. Poniżej ten mój „killerek”, podarowany mi kiedyś przez kolegę Ryśka z Torunia.

Zmienialiśmy miejscówki, robiliśmy kolejne napłynięcia i brania ryb cały czas były na przyzwoitym poziomie. Głębokość łowiska wynosiła 50-60m. Miałem nawet jakieś super targnięcie. Hol przedłużał się w nieskończoność, pompowałem tego smoka do góry, ale dosłownie jakieś 15 m pod powierzchnią wypiął się drań jeden i tyle go widziałem. Wiatr wzrastał cały czas i kołysanie było co raz mocniejsze. Mój pilker 150 g zrobił się stanowczo za lekki, przestawałem czuć dno, co uniemożliwiało mi skuteczne „opukiwanie” łowiska. Zdecydowałem się wreszcie na 200 g parasolkę.

Wybór okazał się trafny. Któreś kolejne branie było bardzo agresywne. Ryba przymurowała do dna i bardzo niechętnie poddawała się moim zabiegom, aby ją wyholować na powierzchnię. Dokręciłem nawet hamulec, ale dorsz był tak silny, że co chwilę słychać było charakterystyczny terkot hamulca przy wysnuwanej plecionce. Kiedy wreszcie udało mi się doprowadzić rybę pod burtę, oniemiałem. Tak dużego dorsza nigdy w życiu jeszcze nie złowiłem. Momentalnie odzyskałem głos, a z mojego gardła wydobyło się gromkie: OSĘKA!!!

Wprawnym ruchem zahaczony dorsz wylądował na pokładzie.

Promieniałem ze szczęścia. Rekord! Ryba życia. Ktoś miał wagę elektroniczną. Na ekranie wyświetliła się masa 13,60 kg. Po prostu nie do wiary. Dwucyfrówka. Od lat wędkuję, ale przyznam się, że do tej pory dwucyfrówki nie miałem. Nawet w Norwegii, gdzie kilka razy poławiałem dorsze, takiej ryby nie miałem na rozkładzie. Podszedł do mnie z gratulacjami szyper Olek, jednocześnie podwieszając dorsza na własnej wadze sprężynowej. Ta z kolei pokazała ciężar 12,0 kg. Ale co tam. Cały czas to jednak dwucyfrówka. Ryba została również zmierzona, a wynik to ciut ponad 100 cm.

Po powrocie do portu, czekała mnie jeszcze miła niespodzianka. Otóż jeszcze z morza szyper zadzwonił na ląd i przekazał przedstawicielowi Wiadomości Wędkarskich informację o moim trofeum. Facet przyjechał do portu i wręczył mi brązowy medal za rekordową rybę.

Co prawda, gdyby dorsz ważył tyle co wskazała waga elektroniczna, medal byłby srebrny. Ale ponieważ uznano wagę 12 kg dorsz zasłużył „tylko” na brąz. Podobno ma się ukazać w WW jakaś wzmianka o tym wyczynie okraszona portrecikiem dorsza. Tego dorsza. Dorsza Admiralskiego.

Jacek Wróblewski *Jacek*

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Gratuluję Jacku rekordowego wątłusza :grin Fajna relacja,super fotki i pogoda zazdroszczę Ci :sigh Taka wyprawa to moje marzenie .Pozdrawiam :grin
No, ładny ten kropkowaniec! :grin
Ładny grubasek...
Gratulacje!!!
Gratulacje Jacku. :)
Znowu Admirał jakoś o innych jednostkach nic nie słychać, a sezon już w pełni :grin :grin :grin
Sympatyczny tobiasz, tfuuu dorsz :grin Gratulacje Jacku :)
Gratulacje!
Ładny dorszyk :)
Rozj***łeś mnie tą odznaką czy medalem ! :grin :grin :grin Fajny ryp.
Przepiękna rybcia. Gratuluję serdecznie:)
Michał, bez przesady.. Znaczek sobie w klapę można wpiąć. A dyplom na szyi powiesić.. Dla mnie większa granda to to, ze wyrolowali Jacka o całe 1,6 kg i spadł na ostatnie miejsce podium.. Jakby sprężyny dokładniejsze od elektroniki były.. Ja bym tam odwołanie pisał!!
+1
Elektronika była chińska, bez legalizacji :grin :grin :grin
Nic nie wyrolowali. Pierwsze ważenie było z pilkerem! Jednym zapiętym w wardze ryby, a drugim w żołądku! :grin
Fajne łowisko.. Dwa pilkery po 800 gram.. Gratuluje Jacku krzepy!!!
W Norwegii poniżej 200 metrów używałem pilkerów 400 g i po pół godzinie miałem dosyć...
gratulacj i chylę czoła!
Dzięki za uznanie i gratulacje. Co do medalu... w sumie to miłe i dlaczego nie, aczkolwiek myślę, że byłem to winien Szyprowi Olkowi i Admirałowi. To przecież na ich stronie pojawi się odnośna wiadomość, a co za tym idzie odpowiedni prestiż i reklama.
ja mam rezerwacje na 12 kwietnia wiec zobaczymy. Dzisiaj gratuluje szczesliwemu łowcy! parasolki i skageraki to jest to a do tego ta jednostka! Pozdrawiam Wilkow Morskich!
Jacek, powiem tylko tak, życzę piętnastki i wyżej!
:) :) :)
Kawał wielkiego jebusa trafił Ci się, Jacku :grin. Gratulacje :) !
Moje gratulacje - super rybka ! :)
Gratulacje! Piękny! Taki np. Ferret może tylko pomarzyć o takiej wadze... miętusa :P :grin
A to ci rybka. Brawo!!!.
Gratulacje Jacku jednak co Admirał to admirał pozdrówka
Gratulacje!!! Tak się składa, że byłem na tym rejsie i także złowiłem dorsza swojego życia 8,80 kg, do tego na przywieszkę złapał mi się drugi około 4-5 kg (nie ważony) razem wlokłem na górę ok. 14 kg. Jest frajda.