Po kilku pomeczowych debatach ustaliliśmy, że nie „robimy” nowego odcinka, tylko płyniemy dobrze znaną trasą około konińską. Za taką decyzją w dużej mierze przemawiała analiza poradnika dla kajakarzy, w którym czarno na białym było napisane, że chcąc pokonać odcinek poznański trzeba płynąć przez ok. 35 km. Przy naszym tempie płynięcia to doba na wodzie i to z wiosłowaniem niczym na wyścigu dwóch angielskich szkół, których nazw nie pamiętam, a choćbym pamiętał to z pewnością nie wiedziałbym jak je napisać. Tym chętniej przystajemy na taki pomysł, gdyż mamy do dyspozycji tylko 2 dni płynięcia.

Czwartek - 07.06.2007 r.
Ruszamy skoro świt w czwartkowy poranek. W szóstym spływie uczestniczy pięciu załogantów z poprzednich wypraw, jedynie Adam nie może nam towarzyszyć. Szkoda, ale takie jest to nasze szare życie. Po zebraniu całej ekipy i wszystkich niezbędnych bambetli jedziemy do przejazdu promowego w Sługocinie. Pompowanie naszej dmuchanej łajby przynosi awarię, której nie można był przewidzieć, pęka jedna z komór podłogi. Syczący odgłos uciekającego powietrza stawia na baczność resztki włosów na mojej łysiejącej głowie. Przerażenie, strach przed klapą na początku miesza się ze zdziwieniem pozostałych kolegów. Kiedyś to musiało nastąpić, lepiej teraz niż na wodzie - pocieszam się w duchu. Przecież nasze pływadło pamięta pewnie czasy wczesnego Gierka i przeleżało kilkanaście ładnych lat w przyzakładowym magazynie. Dopiero, gdy wpadło w nasze łapy dostało mały tuning i drugą młodość na wodzie, której pewnie wcześniej nie widziało. Nasz pokładowy mechanik - Filut staje na wysokości zadania i przystępuje do szybkiego łatania. Po kwadransie wszystko już spakowane na transportowca. Można płynąć ku przygodzie.

Znów mam wrażenie, że kupiłem za dużo jadła jak na dwa dni spływu. Pomimo wczesnej pory żar leje się z nieba, duchota, że nie ma czym oddychać. Z tego całego zamieszania z łataniem okazało się że zabraliśmy tylko trzy wiosła. Nie szkodzi trzech wiosłuje dwóch łowi. Z tym łowieniem nie idzie dobrze co chwila jakieś zaczepy, kolejne rwanie. Po kilku chwilach mój zapas przyponów wolframowych i kopyt piątek maleje w zastraszającym tempie. Zmieniam przynętę na obrotówkę bez przyponu z nadzieją, że szczupaki jak już będą brały to delikatnie. Z ust rybożerców docierają znane z poprzednich spływów docinki: że ryby to tylko w puszce, dobrze że zabrali szprotki i cały pakiet innych nie mniej kąśliwych uwag. Po tylu latach powinienem już uodpornić się na tą paplaninę, ale honor łowcy nie pozwala przejść jakoś obojętnie obok tych słów. Chcę im pokazać, gdzie raki zimują. Oczywiście z Filutem zapewniamy, że w tym roku to ryb będą mieli, aż nadto, że będą pluli ośćmi dalej jak widzą. Powiem szczerze, że nawet przez chwile nie wierzyłem w te stanowczo stawiane zapewnienia.

Po przepłynięciu kilku odkrytych niską wodą główek na naszych zestawach meldują się pierwsze pasiaki. Te powyżej 20 cm będą dodatkiem do kolacji. Płynąc spokojnym nurtem Warty przypominamy sobie obrazy sprzed kilku lat z poprzednich spływów. Swojskie, wiejskie klimaty.

Mija nas łabędzia rodzinka, którą bez zastanowienia focę.

Słońce przygrzewa nieznośnie, a na łajbie nie ma skrawka cienia, który dałby schronienie przed piekącymi promieniami. Na wodzie czas jakoś szybko mija, zaczynamy głodnieć. Czas na szybki obiad. Robimy postój. Zbieranie chrustu, ogień, gotowanie. Wszystko sprawnie. Po kilku minutach zapach chińskich zupek z Radomia roznosi się po okolicy.

Do tego szybkie kanapki wrzucone na ruszt i smolista kawa na deser.

Chciałoby się sjesty lub ochłody. Pierwszy do wody wskakuje Filut i Jarek, za chwilę pławi się w wodach Warty również Vader i Rumun.

Mnie jakoś trudno się zebrać. Koledzy zachęcają do wejścia, daję się przekonać. Po sprawdzeniu gruntu kolejno skaczą szukając rozrywki i ochłody. Po wodnych harcach czas płynąć dalej. Ja z Vaderem na łajbie pozostali płyną środkiem rzeki.

Nurt znosi powoli nie trzeba prawie w ogóle machać rękoma. Prawdziwa sielanka. Po przepłynięciu na prawy brzeg przy nasadzie główki łowię małego bolka. Dał się nabrać na szybko prowadzony, malowany w rybkę wobler Dorado Clasic. Do wymiaru trochę brakuje, puszczam rybkę ze słowami: przyprowadź tatusia albo lepiej dziadka. W międzyczasie łowimy z Krzychem kilka ładnych garbusów godnych spływowej patelni. Podczas zwykłych łowów nawet przez chwilę nie zastanawialibyśmy się nad wypuszczeniem takich okoni. Mijamy znajome okolice, dwie wyspy nieopodal Zagórowa.

Chwilę później z nadbrzeżnego gąszczu wyłaniają się dwie strzeliste wierze lądeckiego klasztoru Cystersów, ujście rzeczki nad którą biwakowaliśmy, prom w Ciążeniu oraz Pałac Biskupi z ogrodem. Na pokładzie luzik na całego.

Z chłodu rzeki korzystają nie tylko wiejskie chłopaki, ale także zwierzęta gospodarskie przewożone promem. Jedna z krów włazi niemal do środka rzeki i stoi. Nie pomaga nawoływanie gospodarza i rzucanie kamieniami. Jak sobie poradzili z upartą i chcącą ochłody mućką nie wiemy, ponieważ znikamy za kolejnym zakrętem.

Z Krzychem nie dajemy za wygraną wciąż dłubiemy okonie.

Powoli czas rozejrzeć się za miejscem na postój. Mały rekonesans na łasze i przykosie.

Trochę za mało miejsca, ale czyżby to ślady Piętaszka.

Znów okazuje się, że albo miejsca niedostępne z wody, albo jak już dogodny dojazd to zajęte. Łowimy z krótkimi przerwami na picie i ochłodę. W głębokim dole za główką mam energiczne branie. Kilka ładnych nagięć delikatnego kija i żyłka zwiotczała wisi smętnie pozostawiając mnie z kocią mordą. Był szczupak. Wiążę jeden z ostatnich wolframów. Z nadzieją obławiam niedostępne miejscówki, bezskutecznie jednak. Szybko urywam kolejną przynętę. Nie mam złudzeń trzeba łowić białe drapieżniki. Czuję, że słońce mnie nieźle spiekło. Wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że najpewniej będzie dopłynąć do starorzecza trwale połączonego z Wartą. Pewne miejsce na biwak i dobre łowisko. Decyzja zapadła, teraz trzeba machać wiosłami, żeby wpłynąć do starorzecza. Dziwne nikogo nie ma?

Po kilku chwilach walki z przybrzeżną roślinnością wychodzimy na brzeg. Po tylu spływach rozumiemy się bez słów, wszystkie czynności obozowe wykonujemy jak na komendę. Nie trzeba długo czekać by ujrzeć rozbite namioty, zapas chrustu na wieczorne ognisko, dymiący czajnik nad paleniskiem i kije do wieczornych kiełbasek. Przygotowania do kolacji, wieczorna kawa. Szybka toaleta w wodzie starorzecza. Od razu lepiej, po całym dniu w skwarze to istna sielanka. Zostawiamy kompanów wyprawy udając się z Filutem na łowisko. Celem mają być wieczorno-nocne bolenie. Tkwimy schowani w niewysokiej trawie. Obserwujemy wodę rzucając raz po raz. Są bolenie, białe drapieżniki zaczęły swój balet. Pojawiają się na napływie delikatnie znacząc swoją obecność zafalowaniem powierzchni przelewu. To Profesory. Maluchy chlapią głośno, nawet jeden daje się skusić. Wracaj do swoich - rzucam mu na odchodne.

Po jednym z szybkich przeprowadzeń czuję nagły atak dużej rapy, która sunie z rozpędu z prądem. Chcąc powstrzymać odjazd przykręcam hamulec o jeden ząbek. Luz. Wobler wyskakuje na powierzchnię. Cholera spadł - krzyczę do Filuta. Przewiązuję agrafkę, lustruję wodę daję im odpocząć. Pojawiają się cały czas. Niesamowity widok. Mógłbym tu stać i patrzeć. Wędka to tylko dodatek do tych fantastycznych widoków. Kolejna zmiana przynęty. Szybkie prowadzenie. Potężne kopnięcie podczas przechodzenia woblerem przez napływ. Ryba odjeżdża na hamulcu za główkę robi łuk i powoli wraca. Widzę charakterystyczną płetwę i smugę na powierzchni. Jakby słabła. Wołam Filuta, który przychodzi z pomocą. Serce kołacze rytmicznie. Nogi jak z waty. Adrenalina krąży szybciej, niż bolid Kubicy na torze. Wiem, że to nasza szansa, żeby zatkać na jakiś czas gęby kolegom chętnym na rybne posiłki. Krzychu podpowiada, przygotowuje się do podebrania. Ryba po podciągnięciu do brzegu dostaje nagle wigoru, zaczyna zataczać ósemki niebezpiecznie zbliżając się do podtopionych traw. Siłowo nawracam rybę z niebezpiecznego rewiru. Pierwsza próba podebrania kończy się szybkim odjazdem w nurt. Ponowne podciągnięcie ryby, Krzychu dotyka tylko rapę, która ostatkiem sił robi kolejny odjazd. Trzecia próba, ryba szamota się w trawie, Krzychu dzierży bolka, wychodzi na brzeg. Udało się, ulga. Przybijamy piątkę. Radość ogromna. Na twarzach maluje się uśmiech. Postanawiam zabrać rybę, będzie dodatkiem do piątkowego śniadania. Nie mogę łowić, cały się trzęsę. Zresztą i tak narobił tyle hałasu, że inne bolki uspokoiły się odchodząc z żerowiska. Próbujemy swych sił z Krzychem do całkowitych ciemności, więcej ryb nie było. Udajemy się do obozowiska zrobić niespodziankę. Ryba robi wrażenie. Taki kolos na spływie. Sesja foto daje fleszem po oczach.

Do tej pory największą rybą naszych sześciu spływów był niespełna czterdziestopięciocentymetrowy jaź Filuta złowiony niedaleko mostu autostrady A-2. W świetle latarki dokonujemy oficjalnego pomiaru równo 70 cm. Mój największy jak do tej pory. Szkoda, że nie będę wiedział ile ważył. Jarek przy asyście Vadera i Marka sprawia rybę. Wieczorne piwo i kiełbaski smakują jakoś wyjątkowo.

Długie Polaków rozmowy przerywane kilka razy najazdem okolicznej podchmielonej, głośno grającej młodzieży trwał do północy z okładem. Długo nie mogę zasnąć mając w pamięci przeżycia dzisiejszego wieczora. Zaskakuję jeszcze Filuta szybkim pstrykiem.

Ależ on szczęśliwy w tym śpiworze...

Piątek – 08.06.2007 r.
Ranek wita nas przyjemną mgiełką unoszącą się nad uśpionym jeszcze starorzeczem. Nie pozostaje mi nic innego jak focić.

Pstrykać, ile się da.

Ujęcie ujścia skąpanego w porannym słońcu. Dziś pusto, a nieraz las gruntówek zasłaniałby cały widok.

Obóz uśpiony, nie zobaczy gry świateł i mgły.

Nasz przewodnik rzucił mi się w oczy muszę pstrykać.

Grążele żółte przy brzegu wyglądają świetnie z rozłożystymi, pływającymi po powierzchni liśćmi. Szkoda, że grzybienie białe są pod drugim brzegiem.

Powoli próbuję z szarego popiołu wyłuskać odrobinę ciepła, iskierki, płomyczek. Udało się. Czajnik gwiżdże oznajmiając wrzenie. Aromatyczna kawa smakuje przednio. Jakoś nie mam ochoty na łowienie. Zajmuję się kuchenną krzątaniną, szykuję śniadanie. Wstaje reszta ekipy, pałaszujemy przygotowane kanapki. Krzychu, rozpoczyna dzień od pływania, wiosłem namierza ogromny kamień o którym słyszał od miejscowych. Vader i Jarek oprawiają do końca ryby, płuczą, filetują.

Okonie przy bolku wyglądają marnie, ale z pewnością smakują lepiej.

Powrót ze zdobyczą do obozowiska, ale widok...

Wszystko gotowe, można w zasadzie smażyć.

Jeszcze ostatnie poprawki przy trudnych do oskrobania okoniach i na patelnie.

Jarek rozgrzewa olej, obtacza dzwonka w mące.

Filet z bolenia rzucony na patelnie miło skwierczy przybierając złocisty kolor.

Każdy z chęcią pałaszuje fachowo przygotowane przez Jarka ryby.

No może trochę mało soli, ale nie narzekajmy. Z pewnością za krótko leżakowały w cebuli i soli.

Pomimo upału Krzychu nie odpuszcza, każdy rzut to szansa na rybę życia.

Zmęczenie daje się nieźle we znaki. Marek ma chyba dość. Drzemka go wzmocni.

Zastanawiamy się czy jest sens płynąć te kilka kilometrów do Pyzdr skoro nad starorzeczem pojawił się Krzycha ojciec, który miał nas odebrać? Powiem szczerze, mam już dość spływu, a przede wszystkim słońca, które spiekło mnie zbyt mocno. Jedno jest pewne, pierwsze letnie linienie będę miał pewnie za tydzień. Zapowiada się że przyjedzie tu silna ekipa. Magda z Lechem ma dotrzeć za kilka minut na rowerach, a to od Pleszewa prawie 45 km. Do tego wujostwo z familią. Mając do dyspozycji rowery jedziemy z Vaderem po zimny zapas złocistego płynu.

Zapada decyzja, że dalej nie płyniemy. Luzik, sjesta, odpoczynek do późnego popołudnia. Przemieszczamy się razem z cieniem do wieczora popijając piwko i czekając na transport powrotny.

Podsumowując naszą pontoniadę: krótko, ale intensywnie i udanie. Za rok będzie jeszcze lepiej, tego jestem pewien...

Krzysztof *Gemba* Gembalski

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

troche szkoda bolka :cry .. smaczny był? ale gratuleje wyprawa pierwsza klasa .pozdro!
Żeby wszyscy zabierali ryby tak jak Gęba to ryb mielibyśmy zatrzęsienie...
Pozdro i do zobaczenia na Mistrzostwach Okręgu!
Fajna relacja.
I gratuluję pieknej ryby!
Jak zwykle fajowa relacja :) A zdjęcie z oskrobanym boleniem na trawie na pierwszym to bardzo pomysłowe ujęcie :)
Profecjonalnie, elegancko, jak zawsze. Piękna wyprawa. Gratuluje życiówki. Ja na swojego 80+ cały czas poluję:)
Pozdrawiam Krzysiu!
Kaban - odpusc sobie!
Zaje*** fotki i relacia :) pzdr
smakowala rapka?? :upset
Jak można wziąść na patelnię trójkowego bolenia???!!! :(

Jak można utłuc w ogóle prawie medalową rybę?

A poza tym czytając relację miałem mało smaczne odczucia - zwłaszcza foty kulinarne :(
Mięso rapek nie jest najsmaczniejsze ale z ogniska musiało być pyszne :grin
luz panowie zapytalem bez ironi jak smakował bo nigdy nie jadłem a podobno nie najlepszy w smaku.
Anqiller-3 kilowego bolka można utłuc w ten sam sposób co 1 czy 2kg.
Krzysiek, następnym razem spróbujcie rybek upieczonych nad ogniskiem, jak kiełbaski. Jeśli się piecze nad samym żarem, jest szybciej. Lecz jeśli się uniesie wyżej, w smugę dymu, to jeszcze jest lekki posmak wędzenia.
Najlepiej takie rybki smakują już po ciemku, w środku nocy. Gdy brudnymi paluchami, przy ledwie dającym światło żarem wydłubuje się ości. I oczywiście popija chłodnym browarkiem :grin
Tak jak Andrzej mówi, jadłem kiedyś sielawy na Kromszewickim, w życiu mi nic nie smakowało z ogniska lepiej. Hm, to było 25 lat temu 8)
Piotrek, ależ Ty masz pamięć !
To na pewno były sielawy? Nie śledzie???

(żartowałem) :grin
Piotrek, no to mi przypomniałeś pewną historię z sielawami. Kiedyś powiedziałem kamratom w firmie,że następnego dnia urywam się wcześniej i jadę na ryby. Jeden doszedł do wniosku, że weźmie wędkę i też pojedzie. Dwóch kolejnych, niewędkujących, też zdecydowało się pojechać. Co prawda kierownik jobami rzucał, że chcemy wyjść dwie godziny wcześniej, ale wreszcie machnął ręką.
Nad wodą - deszcz i paskudny wiatr. Okazuje się, że tylko ja wziąłem wędkę. Kamraci wzięli jakieś płyny rozweselające. Niestety, ja robiłem za kierowcę. Więc skupiłem się na łowieniu. Do zmroku skaleczyłem jedno maciupkie okoniątko.

A tu zimno coraz mocniej, ściemnia się, kumotrom skończyły się płyny. Wracamy. Po drodze smażalnia ryb. Chłopaki głodni, trza coś zjeść. No i jakąś zupkę chmielową wypić. A jeden się upiera, że musi do domu rybę zawieźć, bo inaczej ślubna go posądzi, że na łajdactwie był.

Browarków wchłonęli chyba po trzy. A ja herbatkę 8) Jakąś smażoną rybę żeśmy pożarli. Ten jeden wreszcie przypomniał sobie, że miał do domu coś przywieźć. Niestety, była tylko wędzona sielawa. Wziął z dziesięć sztuk.

Pod chałupą wysadziłem go tuż przed północą. Z trudem, ale trafił w drzwi wejściowe do klatki schodowej.
Następnego dnia zjawia się w firmie skacowany, ale radosny. Przekonał ślubną, że to rybki z Narwi, własnoręcznie złowione. A dlatego tak późno wrócił, że czekać było trzeba na uwędzenie. A warto, bo to rybka przepyszna. Natomiast sponiewierał się, bo to tak trochę głupio o suchym pysku siedzieć i czekać na uwędzenie;)
Rozwścieczona małżonka spróbowała rybę. I się zachwyciła. I uwierzyła we wszystko, wybaczając mężusiowi porę i powrotu i stan, w jakim wrócił :grin

Mało tego! Jeszcze chyba trzy razy mnie namawiała, bym go zabrał na ryby. Bo takie pyszne są. Za pierwszym razem to on robił za kierowcę. Po rozwiezieniu reszty ekipy wrócił też późno, ale trzeźwiutki. Orzekł, że nic nie brało (smażalnia była zamknięta :grin )
Dwa kolejne razy wrócił mocno \"nieświeży\", też bez ryb. Bo smażalnia też była zamknięta czy też wędzonej sielawki nie mieli - nie pamiętam.
No i tak się skończyła jego kariera \"wędkarska\". Bo ślubna zaczęła coś podejrzewać :grin
Fajna relacja.Fotki super,zwłaczcza ta z bolkiem na trawie.
Czytajac ,byłem ciekaw ,czy ktoś skrytykuje zabicie kilku rybek.I cholera trafili się!
Taki boleń w plenerze na pewno smakuje lepiej niż okoń z domowej patelni.Nie raz smażyłem rybki w plenerze, wiem jak smakują i piwkiem popić...
Aż mnie tak na rybkę wzięło.
Krzysiu,

Zazdroszczę Ci najbardziej Twojej grupy przyjaciół będących \"pod ręką\". Ja do moich przyjaciół-wędkarzy to mam minimum kilkaset kilometrów... :) Super wyprawa, piekne fotki.
Cytat:
Ja do moich przyjaciół-wędkarzy to mam minimum kilkaset kilometrów...

Yelcynie - no coś ty, do DG może jest z 99km - nie więcej :grin ;)
Gemba - czytając, oglądając relację z Waszej Pontoniady odnoszę wrażenie, że znaleźliście swoją Nirvanę. Kwintesencją naszego hobby jest spotkanie grupy przyjaciół i kilkudniowe wspólne czerpanie przyjemności z bycia wodniakiem-wędkarzem. Przyjemności spływu na \"gumce\", łowienie okoni i wspaniałego bolenia, przyrzadzenia i zjedzenia tego co się upolowało, rozmowy o życiu i takich tam pzry browarku... Odpływam w obłoki 8) :grin
Wspaniała wyprawa, gratulejszyn for Gembejszyn ;)
Super opowieść. Generalnie nie jestem fanem ryb w jadłospisie, ale mile wspominam szczenięcą wyprawę, na którj raczyłem się pieczonym w glinie leszczem. Nawiasem mówiąc do tej pory największym - miał niemal trzy kilo. Pozdrawiam
Relacja fajna. Co do zjedzenia mdużego bolenia? Tego nie zrozumiem. Sandacza bym zrozumiał.
Chłopaki jesteście debeściaki!!! To jest coś wspaniałego!!! Anguiler, daruj mi ale nie spodziewałem się po Tobie takiego komenta, czy miałeś zły dzień, czy naprawdę tak myślisz?

Krzychy jesteś Wielki. Ja już od kilku lat końbinuję jak tu zmontować ekipę na Narwiański Park Narodowy i za groma mi nie wychodzi, ale mam nadzieję, że też znajdą się tacy zapaleńcy jak Wy i sobie i połowimy i zeżremy popływamy, a co?. A taka rybka świeża z wody to ohoho mniam mniam.
Anguiler, Kuba i inni nokilowcy - nekrolog pchnijcie do prasy po ś.p. BOLKU!!! :cry
Wojto!!! masz tupet i odwagę, to było dobre!!!
Orni - bo ile w końcu można!!! :upset Żeby tylko tacy u was i u nas byli nad wodami \"przestępcy\" jak Krzysiek&Co, to wszystkie Francje, Brytanie i insze Zachody razem wzięte mogłyby nam pod względem rybostanu nagwizdać!!! :eek
Orni - a wogóle: co ty po nocach w necie siedzisz? :grin Na bezsenność zapadłeś? :P
Wojtuś, bo jestem słomiany wdowiec. Żona z synem ryby nad oziorem łowią, a ja muszę zarobić na ich zezwolenia wędkarskie :grin :grin :grin , a tak bez prywaty to z wielką przyjemnością czytam o Geńbaly wyczynach i jego końpanach, choć tak na powagę to jeszcze się nie zzzkońpali na tych swoich pływadełkach. Mam nadzieję, że się nie skąpią. :grin
Kryskon a mogłeś spodziewać się, ze przyklasnę utłuczeniu tak pięknej ryby?

Nie mam złego dnia, tylko uwazam, ze doszliśmy do takiego wyrybienia, ze musimy chronić jak się, co się da i kiedy się da. A tutaj goście pojechali z nastawianiem na złowenie rybki na obiad.

Chcecie to smażcie bolenie, tłuczcie okonki-palczaki na zawodach, a potem płaczcie nad pustym jeziorem, rozkoszując się towarzyską integracją. Bo ja za takie wędkarstwo dziękuję i chcę by było po prostu inaczej.

Doskonały przykład postępującej w zawrotnym tempie na moich oczach degradacji to warszawska Wisła, było już na forum.

Sławku nie wątpię w smak świeżej rybki. Chodziło mi o wrażenie jakie robią kulinarne fotki.

Tyle w temacie :(
A mi się kulinarne fotki podobają. Zresztą sam chętnie zeżarł bym świeżo złowioną rybkę nad wodą :)
Bolka jeszcze nie jadłem. Smaczny jest?
Mirek - średnio smaczny, jaź, kleń o wiele lepszy! :grin
Powiem szczerze, dawno tylu komentarzy nie widziałem pod swoim tekstem. Musi się napisać lub zfocić coś *kontrowersyjnego* to ludziska budzą się z uśpienia i to w pełni lata.
@kaban, Kuba – cóż ja rybek prawie nie jadam, to trudno mnie się wypowiadać, ryba jak ryba, mięsko i trochę ości, których nie cierpię wybierać. Trochę chudszy od karpia, którego jadam już tradycyjnie w Wigilie. Na spływie wszystko smakuje lepiej nawet nielubiane specjalnie chińskie zupki.
@cubey – też mam nadzieję na spotkanie, a co do Twojego stwierdzenia to się po prostu, zwyczajnie zgadza.
@Yopas, GrzesB, korsarz, bagpiper, boban, Wodnick – cieszę się, że się podobało moje focenie i pisaninka, dla takich komentarzy warto po wyprawie na ryby usiąść i pomimo zmęczenia naskrobać kilka zdań i umieścić kilka zdjęć.
@siara – święte słowa, tak nawiasem kawałek kiełbasy z kanapki też narpiew trzeba złapać, ubić i przetworzyć a jakoś nikt z tu obecnych się nie oburzył, że kiełbaski nad ogniskiem pieczemy.
@Anguiler - można jak każdą rybę, ale nie trzeba i tą drugą zasadę w większości hołduję. Nie szukałem poklasku, w umieszczeniu tychże fotek, jak widać innym użytkownikom się podobały foty kulinarne. Jaki z tego morał? Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Co do wyrybień to od pewnego czasu mamy prasową nagonkę na ten temat, jest to chodliwy towar łatwy do sprzedania. Powiem, szczerze. Może się mylę, bo nie bywam nad dzierżawionymi jeziorami, w zagranicznych łowiskach, dawnych czasów też nie pamiętam, a do wszelkich opowieści o kiedyś to były ryby podchodzę sceptycznie. Łowię raz mniej raz więcej, ale łowie, bo lubię. Widuję podczas swych podchodów takie ryby, że nawet mi się takie nie śniły. Może one się na nas uodporniły, zmądrzały, może nabrały doświadczenia w potyczkach z człowiekiem, a może to my ludzska, staliśmy się już na tyle wygodni, że chcieli byśmy wyjść z samochodu, zrobić dwa kroki, bez wysiłku, rzucić dwa razy gumką i mieć dwa metrowe szczupaki na brzegu, później w świetle reflektorów je z gracją wypuścić. Dla mnie nuda. Ja wolę przedzierać się przez warciany busz, dostać chłostę z pokrzyw, spędzić cały dzień w towarzystwie gzów oraz komarów i zobaczyć spław jaziowej piędziesiątki w miejscu do którego nigdy się nie dostanę, niż w garniturze ciągnąć metrówki.
@sacha – zgadzam się metoda jest taka sama tylko ofiara mniejsza.
@Bombel – będę musiał spróbować z patyka jeszcze nie jadłem. Widzę, że masz podobne doświadczenia, mnie najbardziej podoba się przyprawa z popiołu i brudne paluchy w tym wszystkim. Dawno temu kosztowałem pieczenie okoni, które obłożone cebulą posypane wegetą i zawinięte w folie aluminiową wkładało się do przygasającego żaru. Najlepsza była spieczona skórka. Pycha.
@Taps – takie samo pytanie sobie zadawałem przed publikacją? Jednak trafili się. To zdjęcie z bolkiem na trawie też mi się podoba. Co słychać nad Brdą?
@yelcyn – masz rację tacy przyjaciele to skarb, zawsze można na nich liczyć.
@pitfish – taki spływ to niezapomniana przygoda, do której wciąż się chce wracać.
@puzio – Dzięki za komentarz, co do zdjęć to wciąż pracuję nad nimi. Co do nokilowców to powiem szczerze nieraz mam wrażenie, że jest to przerost formy nad treścią.
@klon - Sandacza bym zrozumiał. – tego z kolei ja nie rozumiem. W mojej ocenie, nie o walory smakowe tu chodzi a o fakt zabrania, zabicia ryby. Nie ma znaczenia czy to będzie płotka 15 cm czy boleń 70 cm. I w jedny i w drugim przypadku pozbawiamy kogoś z wędkarzy radości spotkania się w przyszłości z tą rybką, przeżycia podobnych emocji.
@Kryskon – cały czas kusisz tym NPN. Ja mam jeszcze zobowiązania wobec Najejlamy z którym mieliśmy uskuteczniać Vistuliadę po Wiśle ale co się odwlecze to nie uciecze.
@kliwolit – nic dodać nić ująć.
Mam nadzieję, że nie będzie to ostatnia taka dyskusja pod moimi artykułami.