Mam nadzieję, że tytuł mojej skromnej relacji nie sprawdzi się do końca, jednak wiem, że przez najbliższe trzy tygodnie nie zjawię się nad Moją Rzeką. Może później... A jak było w ten weekend? Dla mnie bomba...

Pierwsza tura oczywiście w piątek. Jak już niektórzy wiedzą, nad wodą jestem tradycyjnie w okolicach 18-stej. Dzisiaj jakoś mniejsze korki i z zadowoleniem melduję się na moim miejscu Głównym o 17.50, czyli cała godzina łowienia przede mną. Woda w końcu wyraźnie przybrała. Kiedy sypię pęczak i rozwijam bambetle zauważam, że Rzeka wyjątkowo żyje. Co chwilę wyskakuje drobnica. Czasami słyszę chlupot większych osobników. Pojawiają się również znajome fale wywołane przez kolegę Bobra. Jest zupełna cisza, zero wiatru. To dobrze, będzie widać każde puknięcie - myślę sobie.

Ryby jednak odmawiają współpracy. Nic się nie dzieje. Skupiam się jeszcze mocniej, bo wiem, że prawdopodobnie będzie tylko jedno branie (w mniejszą ilość po prostu nie jestem w stanie uwierzyć). 18.20, 18.30, 18.40... Doczekałem się! W końcu spławik odjeżdża w nurt. Zacięcie i siedzi. Nerwowe drgania szczytówki - czyli leszcz. Wędka wygięta dość mocno, przy mocniejszych szarpnięciach kołowrotek oddaje nawet po kawałku żyłki. Mam wrażenie, że będzie jeden z większych moich Guci*. W końcu wypływa na powierzchnię i mój rzekomy dwukilowiec wygląda na oko na jakieś 0,7-0,8 kg. Chwilowa konsternacja i wszystko jasne - zaplątał sobie żyłkę pod płetwy piersiowe. To oszukaniec jeden. Jestem lekko rozczarowany, kiedy wyplątuję go z podbieraka. Jednak emocje były, więc już po chwili micha mi się śmieje. Zarzucam jeszcze na 15 minut, jednak zgodnie z oczekiwaniami nic się nie dzieje. Wysypuję połowę pozostałego pęczaku, a drugą połowę idę wrzucić koło Kołków - to na jutrzejsze Łowy. Kiedy wsiadam do samochodu jest już prawie zupełnie ciemno.

Druga tura, sobota. Dzisiaj więcej czasu, czyli taktyka "na chodzonego". Przyjeżdżam parę minut po 16-stej. Najpierw biorę tylko pęczak i idę zasypać moje trzy miejsca. Po drodze postanawiam zanęcić jedno całkiem ciekawe miejsce - pozostałości po (chyba) starym młynie. Kilka razy próbowałem się dobrać do tej miejscówki, jednak za bardzo nie ma gdzie łapać. Spróbuję mimo wszystko. Na razie wracam do samochodu po sprzęt. Znowu jest bezwietrznie, słońce właśnie się schowało za chmurą - idealne warunki.

Zaczynam od Kołków. Jest jakieś wpół do piątej. Pierwszy rzut i stwierdzam, że zrobiłem trochę za mały grunt. Ściągam zestaw troszkę bliżej - poprawię głębokość przy następnym. Siadam na stołeczku i w tym momencie spławik odjeżdża. Potężny opór i ryba wypina się. Nie tak miało być... Lekkie zawiedzenie. Jednak cieszę się, że coś się dzieje.

Zostawiam Kołki w spokoju i przenoszę się na Główne. Po 10 minutach jest śliczne, leszczowe branie, zacięcie i nic... Teraz jestem już zdegustowany. Ale chociaż dobrze, że go nie ukłułem - myślę - jeszcze weźmie. Zarzucam ponownie, mija jakieś 5 minut i spławik zanurzając się odpływa. Tym razem wszystko przebiega "normalnie" i po chwili walki Gucio jest w podbieraku. Ręczna miara wskazuje 42-43 cm. Oczywiście zostawiam to miejsce i idę w kierunku przelewu.

Po drodze wypada miejsce koło starego młyna. Trzeba łapać w ostrym nurcie - może jaki klenik się trafi... Przez 15 minut tylko jedno ostre szarpnięcie drobnicy, więc idę na przelew. Tutaj niespodzianka. Przy tym stanie wody nurt kręci w tak niesamowity sposób, że można łowić tylko pod nogami. Są płotki, ale z racji numeracji haczyka, jakiego używam do Bzurzańskich łowów, są bez szans. Postanawiam skupić się już tylko na dwóch pierwszych miejscach i nie wracać już na przelew.Idę więc do Kołków.

Pierwsze branie jakieś takie dziwne: spławik podskakuje, spływa, wraca pod prąd. Zacinam i wszystkie pęczaki na haczyku. Płotka? No bo co innego? Kolejny rzut. Tym razem żyłka luzuje się i spławik spływa z nurtem. To rozumiem. Po zacięciu wiem, że na drugim końcu godny przeciwnik. W pierwszej chwili nie daje się ruszyć z miejsca, jednak po chwili spływa delikatnie z nurtem. Podejrzewam znów Gucia. Ostry zwrot w lewo, w stronę kołków. A może jazia jednak? Teraz zwrot w prawo (na szczęście) z nurtem. Pozwalam, żeby ryba spokojnie odsunęła się od zaczepów. Na powierzchni pokazuje się w końcu piękny, złocisty kształt sporego leszcza. Jest wyjątkowo silny. Jeszcze kilka miękkich roślinek po drodze do podbieraka, do których ciągnie jak rasowy kleń. Na szczęście są niegroĽne i Gucio już na brzegu. Pół metra pięknej ryby.

Tradycyjnie daje Kołkom odpoczynek, garść pęczaku do wody i maszeruję na Główne. Jest jakoś dziwnie ciepło (a może to ja jestem rozgrzany). Ze dwa płotkowe puknięcia tylko. Przepływa też kolega bóbr w dół rzeki. Patrzę na zegarek. Jest 18.15. Trzeba iść do Kołków na 15 minut i wrócić na zakończenie tutaj. Czyli znowu wędrówka.

Zarzucam i przez "ustawowe" 15 minut nic się nie dzieje. Już mam zwinąć zestaw, kiedy jest puknięcie. Za chwilę delikatne branie - spławik puka i przesuwa się lekko pod prąd. Zacięcie i został jeden z czterech pęczaków. Jeszcze jeden rzut. Mija chwila i tym razem już klasyczny odjazd w nurt. Znajome drgania szczytówki; oczywiście odjazd z wodą. Nie jest tak duży jak poprzednik. Za chwilę jest mój. Ma "ledwie" 40 cm. Ostatnie 15 minut spędzam oczywiście na Głównym, jednak nic się już nie melduje. Oglądam podbierak. Wygląda (czytaj pachnie) okropnie. Należy mu się porządna kąpiel w wannie z proszkiem. Znowu prawie ciemno, kiedy opuszczam Moją Rzekę.

Byłem jeszcze w niedzielę od 17-stej do 19-stej. Nie było nawet jednego puknięcia. Pogoda taka sama, rzeka taka sama, przynęta też bez różnicy, jednak efekty zerowe. Czemu tak ? A może i lepiej. Mała lekcja pokory też się należy. Po takim dniu jak sobota, nawet nie byłem zawiedziony. Wiem, że pewnie dla niektórych złapanie 4 leszczy przez cały weekend to nie jest wielki sukces (czasami czytam opowieści, że np. przez cały dzień złapali w czwórkę 11 leszczy i byli niezadowoleni), jednak dla mnie ten weekend był cudowny i myślę, że długo zapadnie w mojej pamięci.

*Gucio - W czasach mojej "młodości" na naszym zalewie Szałe obok Kalisza przeważającą rybą były nieduże leszcze - takie 0,4-0,8 kg. Nie było kłopotem nałapać ich do oporu. Nazywaliśmy je Guciami. I tak już zostało... Koniec

Kwantyl


Wybrane komentarze z poprzedniej edycji:

Marek73:
Ciekawe są te Twoje wyjazdy. Pewnie tak Ci weszły w krew, że bez nich już ani rusz (tygodniowy system się wali). Też czasami jeżdżę na ryby dzień w dzień i raz biorą, a raz nie - chociaż łowię w tym samym miejscu i na te same przynęty co wcześniej. Moim ciekawym "guciowym" miejscem było jezioro Gopło. Spędziłem tam urlop 6 lat temu i takie właśnie podrostki leszczowe brały jak głupie.
Bronx:
Ja będę "atakował" Bzurę w najbliższy weekend. Ostatnio nic konkretnego mi sie nie trafiło nie licząc 2 ledwowymiarowych szczupaków, ale jako ciekawostkę mogę powiedzieć, że udało mi się złowić w nurcie dwie krasnopióry. Nigdy w czesniej w rzece nie udało mi się złowić tych ślicznotek w rzece.
Kwantyl:
Oczywiście czekam na relację wynikową, na jakim odcinku łowisz ? jaki tam nurt i rybostan (gatunkowo) ?
Karson:
Zazdroszczę Ci takiej rzeki, nasza Nida od roku ma tak niski poziom wody, że już zapomniałem jakie nieraz emocje towarzyszyły podczas połowów na niej. Gratulacje! Połamania..
Stefiman:
Czyli leszcze powyżej tej wagi powinny nazywać się np. Guty. Ja podobnie jak ty wpadam nad wodę na godzinkę, góra dwie. Bierze się co swoje i ucieka. Dobry sposób z tym podnęcaniem kilku miejsc...zawsze gdzieś ryba weźmie. Pzdr...Stefiman

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Kwantyl ja mieszkam w Skierniewicach ale moje miejsce na bzurze to okolice Urzecza od strony Mystkowic, od mostu do ujścia po drugiej stronie dopływu Igła. Piękna rzeka, piękne wspomnienia. Pozdrawiam serdecznie !!!