Rzuciłam się na to życie "z odzysku" jak głodny pies na michę. Garściami, łapczywie. A świat zdawał się szaleć razem ze mną: wiosna tak długo wyczekiwana ruszyła zieloną galopadą. Słońce śmiało się do mnie, a ja do niego jak przysłowiowy głupek do sera. Maturzyści zaczynali w końcu coś umieć, moje "gałgany" z zawodówki też dawały nieśmiałą nadzieję, że ukończą szkołę w komplecie. W MOS  też wreszcie okrzepło. Jak się nie cieszyć? W przypływie euforii dałam się uprosić koleżance i zgodziłam się poprowadzić szkolenie w Pucku. Najwyraźniej kogo Pan Bóg chce pokarać - temu rozum odbiera. Wieczorem w Lany Poniedziałek zapakowałam się w pociąg do Gdyni i hajda w Polskę. Pociąg, mimo że "intercity", zapakowany był do granic jak za dawnych czasów. Okupacja na korytarzu, a nawet w wc. Jakoś udało mi się zdobyć miejsce w 8-osobowym przedziale. Duszno i chrapiąco. Przesiadka w Gdyni i po godzinie jestem w Pucku. Na widok miejsca zakwaterowania i szkolenia oniemiałam.

Ośrodek Morski ZHP przylega wprost do plaży. Po lewej stronie było wejście do portu żaglówek. Kanał portowy ma około 4 m głębokości. Pokusa dla wędkarza nieodparta, tyle, że... ja mam ze sprzętu wyłącznie laptopa! Żebym ja wiedziała... Oj, żebym. Ale nie wiedziałam! Przepuścić taką okazję!

Do zajęć została mi godzina. Zostawiłam bambetle w pokoju i pognałam "na miasto"! Sklep wędkarski znalazłam w bocznej uliczce koło rynku. Co tu kupić, żeby nie wywalić za dużo kasy, a powędkować? Prosty bacik za 50 zł, paczka gotowych przyponów, spławiczek 0,5 grama i szpuleczka żyłki 0,14. Na dodatek paczka ciężarków w jedynym dostępnym w sklepie rozmiarze. I pudełko "białych barwionych". Za pomocą zapalniczki odmierzyłam właściwy odcinek żyłki. Za drabinkę posłużył kawałek tekturki, oddarty z pudła kartonowego, w którym przywiozłam materiały dla kursantów. Zamocowałam spławiczek dzięki temu, że miał na korpusie oczko i kawałeczek igielitu na dolnym "druciku". Połączyłam z przyponem klasycznie "na pętelki". Jeszcze tylko obciążenie. Twarde "śruciny" nie dawały się mocno zaciskać w palcach i jeździły po żyłce jak Żyd po pustym sklepie, ale od czego są damskie pantofelki na obcasie?! Użyte jako młotek metalowe fleczki zrobiły swoje.

Zajęcia poprowadziłam zerkając łakomie przez okno na szczęśliwców, którym praca nie stała na przeszkodzie w oddawaniu się ulubionemu zajęciu. Na szczęście wszystko ma swój koniec. Kursanci pobiegli do domu a ja... do bosmanatu po zezwolenie jednodniowe. Pocałowałam klamkę! No to po marzeniach! Powlokłam się nad kanał z batem w ręku, żeby się chociaż pogapić i pokibicować. Brały karasie i małe belony, takie ledwo wymiarowe. Aż mnie skręcało. Jeden z wędkarzy, z którymi rozmawiałam, ulitował sie nad moim nieszczęściem. Poprosił, żebym mu pokazała swoją kartę wędkarską, obejrzał ją, jakby niedowierzał i... zaproponował mi wędkowanie w charakterze osoby towarzyszącej! Sam miał tylko jedną wędkę spławikówkę. Skorzystałam z zaproszenia. Wiem, że miał na imię Marek i około 65 lat. Serdecznie go pozdrawiam i dziękuję raz jeszcze. Przez następne dwie godziny wspólnie wyciągaliśmy całkiem przyjemnie karasie. Wszystkie wracały do wody. Szkoda, że pan Marek nie chciał fotografii, nie mam więc jak pokazać naszych zdobyczy.

Następnego ranka o świcie pociąg powiózł mnie w drugi koniec Polski, do Łysej Góry. Ale wędkowanie w Zatoce Puckiej zaliczyłam!

Ewa Ćwikła *Stynka*

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Ewa to znaczy że masz farta, więc trzymaj i ciesz się z tego. jest takie przysłowie ; Pić, używać, nie żałować, bieda musi pofolgować.
Pozdrawiam serdecznie