Projekt kilkudniowego wypadu nad Bug krążył w mojej podświadomości już od momentu powrotu z poprzedniego łowienia na tej pięknej rzece. Od tego czasu minął ponad rok i zaczynałem się poważnie niepokoić, czy tym razem na pewno się uda. Byłem co prawda na Pożegnaniu Lata, ale Bug był wtedy zupełnie niełowny, zaś dopływy i starorzecza, choć niezwykle urokliwe, to jednak nie to...

Nie zamierzałem się wybierać sam, toteż cierpliwie czekałem na mobilizację kolegów. Dogrywanie terminów trwało na tyle długo, że już niemal zwątpiłem w możliwość ustalenia jakiegokolwiek, gdy w końcu zadzwonił Plastik. Padła data – to z tamtej rozmowy zapamiętałem najlepiej.

Wszyscy wiemy jak ciężko jest ukraść w tych czasach 3 dni z życia rodzinno-zawodowego, po to, by pojechać na ryby. Tylko czterem z nas się to udało, ale za to skład mieliśmy z połowy Polski. Z Warszawy ściągnął Grzegorz, czyli Juko. Białystok dumnie reprezentował Adam, na WCWI znany jako adasko. Dawid, zwany Plastikiem, przygnał z miasta Lajkonika. Ekipę uzupełnił mieszkaniec Lubelszczyzny: Karol (hoin), czyli ja.

Sprawami zakwaterowania (jak i niemal wszystkimi innymi) zajął się Plastik i trzeba dodać, że zrobił to doprawdy profesjonalnie. Wszyscy byliśmy wręcz zszokowani wysokim standardem i śmiesznymi kosztami kwatery, którą dla nas znalazł.

Na miejsce docieramy z perturbacjami, ale mniej więcej planowo – w piątek późnym wieczorem. Jest nas trzech, bo Adam dojedzie dopiero nazajutrz. Mimo, że przyjechaliśmy jednym autem, to witamy się dopiero na kwaterze. Ze sobą, z mieszkaniem, z Bugiem, który płynie tak niedaleko, z Dubienką, która będzie nas gościła przez następne 3 noce...

Ranek po powitaniu zawsze jest ciężki... To pewnie przez spanie w nowym miejscu...

Niektórzy są jednak niezmordowani i gotowi by biec nad rzekę, choćby natychmiast.

Ja się trochę ociągam. Czegoś szukam... Czy coś...

Nad wodę docieramy później niż planowaliśmy, ale to już tradycja. Już pierwsze spojrzenie upewnia nas, że tu na szczęście niewiele się zmienia. Od ostatniego pobytu drzewa straciły liście i trawa trochę zżółkła, ale Bug jest niezmiennie piękny.

Po otrząśnięciu się z pierwszego wrażenia, zabieramy się za łowy. W końcu mamy 3 dni, aby się napatrzeć, a z rybami nie wiadomo jak będzie. Po paru minutach Plastik łowi pierwszego niemiara. Nie powinno być chyba źle...

Wszyscy idziemy w tym samym kierunku. Sprawdzony schemat. Okazuje się jednak ryby nie są tego dnia specjalnie głodne, bo nie ma zbyt wielu brań. Czasem ktoś coś podetnie, ale łowimy samą drobnicę. W międzyczasie dołącza do nas Adam. Organizujemy krótki popas i wymieniamy uwagi.

Cierpliwość i zapamiętałe biczowanie zostają wkrótce nagrodzone. Szczęśliwym łowcą pierwszej godnej ryby wyjazdu zostaje Grzegorz. Jego szczupak ma 63 centymetry, jest gruby i pięknie wybarwiony. Cieszy oczy nas wszystkich.

Po pierwszej prawdziwej rybie zapał znowu rośnie. Efekty jednak dalej marne – rzadkie brania i małe ryby. Tylko Plastik wybija się ponad przeciętność łowiąc ponad półmetrowego szczupaka.

Łowimy niemal do zmroku, ale wędkarsko ten dzień nie przynosi już więcej pozytywów. Na szczęście wieczór jest jak zwykle udany. Tym razem witamy Adama i pierwsze "ryby".

Jest naprawdę fajnie. Odprężywszy się nadaję jak Wolna Europa.

Juko w tym czasie się zamyślił...

...Plastik uroczo grzał lewicę...

a Adaśko sprawdzał na ile zamknięcie lewego oka zawęża pole widzenia.

Pogaduchy i opowieści ciągnęły się do późna w nocy, toteż ranek był... no generalnie taki jak zawsze. W końcu jednak daliśmy radę się pozbierać i pełni animuszu ruszyliśmy eksplorować wędkarsko kolejny odcinek rzeki.

Dzień zapowiadał się przepiękny. Ludzi nad wodą było sporo, w końcu to sobota i szczyt sezonu szczupakowego. Już na samym początku trochę się rozpędziłem, bo niemal doganiam Adama (którego podczas łowienia dogonić trudno). Łowimy obok siebie, gdy kolega informuje o mocnym braniu pod drugim brzegiem. Niestety pudło. Wkrótce jednak dostaje drugą szansę i po kilku następnych rzutach zacina spory okaz. Paręnaście sekund emocji i ryba się spina. Jak pech to pech... Dogania nas Plastik. Informuje o złowieniu wymiara i niewiele mniejszej rybie Grzesia. To dopiero początek, a już się coś dzieje. Postanawiamy z tej okazji otworzyć puszkę z orzeźwiaczem. Nie delektuję się zbyt długo. Parcie na wędkarski sukces jest zbyt silne. Każdy z kolegów miał już na kiju wymiarową rybę. Ja jestem na zero. Odłączam się więc od grupki, robię dwa kroki w kierunku wody i oddaję rzut. Przynęta sprowadzana spod drugiego brzegu dociera do środka rzeki. Gwałtowne pobicie omal nie przyprawia mnie o zawał. Siedzi!

Hol odbył się chyba dość szybko. Strzał adrenaliny był na tyle mocny że pamiętam to jak przez mgłę. Wiem tylko, że z emocji mało nie złamałem podbieraka, ale na szczęście skończyło się happy endem. 75 centymetrów szczupaka złowionego w odmętach granicznego Bugu. Dzika satysfakcja.

Pogoda robi się wręcz cudowna, złowiłem rybę, dla której tu przyjechałem, dookoła jest przepięknie. Żyć nie umierać... Moje dobre samopoczucie dodatkowo poprawia fakt, że parę rzutów później łowię w tym samym miejscu następną rybę. Niewiele ponad pół metra, ale też cieszy.

Aż ciężko uwierzyć, że to już połowa listopada. Zima za pasem, a dookoła zdaje się maj... Jest na tyle ciepło, że zrzucamy z grzbietów zdecydowaną większość odzienia.

Po krótkiej przerwie ruszamy z biegiem rzeki. Poprzez krzaki, pola i bezdroża.

Nie wiem jak wygląda bardzo dobre żerowanie szczupaka na Bugu, za rzadko tu bywam. Dziś jednak żrą chyba nienajgorzej, bo co jakiś czas notujemy zdecydowane brania, których wynikiem są zazwyczaj około wymiarowe szczupaki. Poniżej „akcja podbieranie”. Ryba okazała się nieduża, ale warto zwrócić uwagę na walory krajobrazowe...

Z błogiej kontemplacji wyrywa mnie dopiero głos Dawida łowiącego nieopodal. Jego krótkie i stanowcze „jest!” sprawia że chwilę później stoję obok z podbierakiem. Wkrótce na powierzchni ukazuje się dorodny zębacz próbujący wytrząsnąć z pyska kopyto w narodowych barwach. Po kolejnych kilku chwilach ryba ląduje w podbieraku, a następnie grzecznie poddaje się mierzeniu i szybkiej sesji fotograficznej. Zasłużone siedem dych.

Mimo kilometrów w nogach wieczór jak zwykle zdaje się zbliżać zbyt szybko. Po zmroku na granicznym Bugu łowić nie można, toteż zawracamy w stronę auta. Adam na odchodnym łowi niewielkiego, acz uroczego sandałka. Jak się później okazało, była to jedyna ryba tego gatunku złowiona podczas naszego wypadu.

Kończę dzień na pięciu rybach wyjętych i jednej spince. Wędkarsko to mój dotychczas najlepszy dzień w krótkiej przygodzie z Bugiem.

Naturalnie nie samymi rybami człowiek żyje, toteż wieczór upływa nam jakby nie patrzeć „godnie”. Dokładnie żegnamy się ze sobą, z mieszkaniem, z Bugiem który płynie tak niedaleko, z Dubienką, która gościła przez ostatnie 3 noce. Niektórzy żegnają się oczywiście trochę delikatniej. Wszak jutro trzeba wsiadać za kółko, a droga do domu daleka...

Zanim jednak powitają nas w progach domostw matki żony i kochanki, mamy jeszcze kawał dnia na łowienie, toteż zrywamy się stosunkowo rano: niezbyt rześcy, wcale nie wypoczęci, z dziwnym posmakiem w ustach, ale jednak! Jakoś ciężko mi się ogarnąć, krzepię się więc jak najprędzej tym co tam jeszcze chlupie w zapasach. To, plus wspomnienie dnia poprzedniego, wprawia mnie w świetny nastrój, którego nie jest w stanie zepsuć nawet przytrzaśnięcie prawicy  drzwiach samochodu...

Nad wodą rozpoczynam od znalezienia kołowrotka zgubionego wczoraj (szkoda gadać ;)). W tym czasie koledzy nie próżnują i łowią pierwsze ryby. Adaś zaczyna tak jak skończył wczoraj, czyli rybą w paski. Nie od dziś wiadomo, że okonie bywają żarłoczne, ale 30 centymetrowy pasiak dający radę połknąć 10 centymetrową przynętę na blisko 30 gramowej główce? To musi budzić zdziwienie...

Ryba najwyraźniej żre, bo koledzy co jakiś czas meldują o kolejnych wyholowanych szczupakach. Zdecydowana większość to sztuki 50+. Taki egzemplarz łowi Grześ oraz Dawid, ale najbardziej rozpędza się Adam, łowiąc w niezbyt długim okresie czasu 3 zębacze „pod sześdziesiąt”.

Po paru godzinach przychodzi czas na krótki popas, podczas którego Adam pokazuje jak gra się klasyczny hejnał.

Czego na powyższym zdjęciu szuka Plastik? Czyżby jakiejś mega tajnej przynęty?

Ehh, aż przykro się robi na samą myśl o powrocie. Dookoła tak pięknie...

Nawet mi nie przeszkadza, że dziś ryby mnie omijają. Jedyny przyzwoity szczupaczek, który zagościł na końcu mojego zestawu spiął się pod nogami. Nic to. Ważny jest klimat i to, że koledzy łowią. Zresztą wszystko przecież może się jeszcze zdarzyć. Wszak wszelkie potrzebne atrybuty są w naszych rękach.

Czas niestety biegnie nieubłaganie i godzina powrotu staje się coraz bliższa. Gonimy jednak coraz dalej, żeby coś jeszcze zobaczyć, oddać jeszcze te parę rzutów, obmacać gumą kolejny uskok dna...

Jedno zdarzenie z tego okresu wyryło mi się w pamięci szczególnie mocno. Siedziałem sobie na wysokiej burcie obrzucając sukcesywnie kolejne połacie płynącej przede mną wody. To z pod tej burty wyjąłem w zeszłym roku swoją pierwszą bużańską siedemdziesiątkę. W kolejnym już rzucie pod drugi brzeg wcinam się troszkę łowiącemu z prawej strony Dawidowi. Nie wiem gdzie jest jego wabik, więc chcąc uniknąć splątania pociągam mocniej i pozwalam przynęcie opaść. W tym momencie mam wrażenie, że czuję znacznie osłabione przez dystans i napór wody puknięcie. Gdy dzielę się spostrzeżeniami, Dawid lojalnie przestrzega, że leżą tam jakieś patyki. Cóż, to pewnie one mnie oszukały, ale dla spokoju sumienia ponawiam rzut w to samo miejsce. Trafiam (co nie zdarza mi się często) perfekcyjnie. Opuszczona przynęta rzeczywiście trafia na jakieś przeszkody. Czuję wyraźnie jak ołowiana główka puka o coś drewnianego: raz, drugi, trzeci... Zamiast kolejnego puknięcia następuje mocne, zdecydowane walnięcie, skwitowane z mojej strony takim samym zacięciem. To już nie patyk.

Informując kolegów o tym że „coś” zażarło, uświadamiam sobie jednocześnie, że nie jest to przeciwnik, który da się wyjąć bez podnoszenia czterech liter z ziemi. Ta część brzegu jest na szczęście niezbyt zarośnięta, toteż udaje mi się zejść kawałek za rybą, unosząc szczytówkę nad krzakami. W końcu znajduję miejsce gdzie da się zejść do wody. Chwilę później na powierzchni pojawia się gruby szczupak.

Jeszcze parę chwil, podczas których szczupak walczy, kołowrotek skrzeczy, a ja się modlę by nie spadł w ostatniej fazie holu i Plastik profesjonalnie podbiera sztukę „od ogona”.

Szczupak wygląda na osiemdziesiątkę, toteż wskazanie miarki trochę mnie dziwi. Jest tylko o centymetr dłuższy od mojego wczorajszego trofeum, ale jest też bardzo gruby, co sprawia że wydaje się sporo większy. Tak czy inaczej jest to dorodny, jesiennie odpasiony, ślicznie wybarwiony bużański szczupak. Przepiękny.

Nie mogłem sobie wymarzyć lepszego zakończenia. Wiem już, że przez następne dwa tygodnie ciężko mi się będzie skupić na czymkolwiek. Bug i te przepiękne stworzenia zamieszkujące jego wody będą widział niemal przy każdym mrugnięciu...

Wkrótce potem musimy niestety zawracać. Robi się naprawdę późno, a przecież przed nami droga powrotna. Cofając się oddajemy jeszcze po parę rzutów w najciekawsze miejsca. Jest już szarówka, gdy słyszymy krzyk Grzesia łowiącego nieopodal. Dobiegając do kolegi widzimy jak ten stoi z kijem wygiętym w pałąk. To nie może być mała ryba! Szybko zajmuję ulubione (po holującym) miejsce „na podbieraku”, podczas gdy Plastik pyka fotki.

Ryba walczy naprawdę pięknie, ale Grzegorz to stary wyga, toteż wkrótce zębacz musi uznać wyższość łowcy. Jak wiele szczupaków ten również ma jednak tendencję do hasania po powierzchni. Z obawy przed zbyt szybkim uwolnieniem gagatka, próbuję podebrać go trochę zbyt szybko, czego efektem jest znany z dni poprzednich scenariusz: partacko, ale szczęśliwie. Chwilę później szczęśliwy Grzesiu pozuje do szybkich fotek z pięknym, siedemdziesięcio dwu centymetrowym szczupakiem...

...po czym robi z rybą to, co moim skromnym zdaniem należałoby w tych ciężkich czasach robić z każdym dorodnym drapieżnikiem.

- Jak było Grzesiu?

To była niestety ostatnia ryba naszego wyjazdu. Wkrótce potem wróciliśmy na kwaterę, a po spakowaniu się wyruszyliśmy w drogę do domu. Emocje i wspomnienia zostały na zdjęciach i w pamięci. W chwili gdy piszę te słowa do rozpoczęcia sezonu na zębacze pozostało zaledwie 3 tygodnie. Nie ma wątpliwości - my tam jeszcze wrócimy!

 

 

Tekst: Karol *hoin*
Zdjecia: Dawid *Plastik*, Adam *alasko* i Grzegorz *Juko*

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Dobrze, że te bachanalie trwały tylko 3 dni....., bo na czwarty to chyba już \"z wiosła\" byś odpalał spina! :grin :grin :grin :grin :grin
I tak dobrze, że dał radę łowić, po tym jak po zatrzaśnięciu drzwi część jego dłoni znajdowała się wewnątrz samochodu ,a część z drugiej strony :grin
Eeeeeeeee... Znowu jakich \"śmiertelnych porażeń prądem\" nie widać... I na ryby iść mieli siły... :roll Jakaś nietypowa \"impreza\"... :grin :grin :grin
Świetnie Karol. Widzę, że Adasia samochodem się poruszaliście. Jednak Bug to Bóg. Chociaż ja tam wierzący specjalnie nie jestem. Gratuluję chłopaki rybnego spotkania :grin
Aha , Karolku, ten Grene zmechaci Ci sie po kilku praniach ;)
Gratulacje Panowie. Piękna przygoda, moc wrażeń, piękne ryby.
No gratuluje, a jak następnym razem tam będziecie to wstąpcie do mnie choć na kawę, bo chodziliście prawie po moim podwórku :grin
Relacja i wypad super. Bug piękny. Dobrze, że są jeszcze takie miejsca z takimi rybami w Polsce.

Też marzy mi się graniczny Bug, ale ciągle brak czasu i możliwości.

Pozdrawiam
Paweł
Rewelacyjny wypad i relacja. Piękna rzeka, dużo ryb... w dodatku \"polskojęzycznych\". Czego chcieć więcej?
Gratulacje!
A tak z czystej ciekawości, ile przynęt zostawiliście w wodzie??
Pięknie.W tym roku będę się starał być jakoś tak na jesieni.Może odpowiedzialny za zakwaterowanie wysłałby mi namiar? Chyba że domek w Dubience ale to jeszcze muszę 4 chętnych znaleźć,no i domek do połowy września tylko czynny.
Ech, fajnie się czyta takie wspomnienia. Zatęskniłem za tą kresową dzikością. Może w tym roku uda się wrócić do Starosiela...
Nad Bugiem byłem tylko raz w okolicy Hrubieszowa w 1982 lub 1983 r. czyli w stanie wojennym, ale zapraszający mnie załatwił pozwolenie w Straży Granicznej na łowienie w dzień, ale łowiliśmy i w nocy, tylko w gęstwinie krzaków, nie hałasując. Byłem Bugiem zauroczony, tylko denerwowały mnie wahania poziomu wody, regulowane na tamie gdzieś na Ukrainie.
świetna relacja, bardzo fajnie się czyta :) Bug jest wyjątkowy i piękne jest w nim to, że gdy człowiek pozna chociaż troszeczkę tą rzekę, to później nie może o niej zapomnieć! O tej ciszy przerywanej śpiewem ptaków, o tej niepowtarzalnej mgle unoszącej się nad dzikimi wodami Bugu oraz nad jego nieskazitelnymi łąkami... Coś pięknego !
Na miły Bug, ale relacja!
Moje gratulacje za połowy i relacje.
Bug to rzeczywiście wspaniała rzeka.
Karol, relacja jak zwykle wypas.
Wyniki rewelacyjne, zazdroszczę.
Sławek - relacja z Pożegnania Lata 2010 jak tam, pisze się? ;)
ZORRO już opisał moje wrażenia. :grin :grin :grin
Świetna wyprawa. Gratulacje za rybki i bardzo fajnie, że pływają dalej. Dzięki za telefon i zaproszenie na wspólną rybałkę, mam nadzieję, że następnym razem dane mi będzie, bo zdeptaliście moje ulubione ścieżki :)))
Cóż, pisarz ze mnie żaden, więc tym bardziej mi miło że dobre recenzje (nie po raz pierwszy) zebrałem. Dziękuję wam dobrzy ludzie.

A tak poza tym:
@NOVISie, już się zmechacił :) Funkcjonalności mu to na szczęście specjalnie nie psuje ;)

@zakochanywbugu - podczas łowienia na wiadomej rzece urwanych przynęt liczyć nie należy. Tam jest tak pięknie, po co sobie psuć humor? :P
Subcio relacja i wyprawa, tylko Adaśko ma u mnie przerąbane jak z stąd do jutra, że mi nic nie wspomniał o tej wyprawie! :upset
Dobra robota Hoin! :) Wróciłem tam czytając Twoją relację. Od razu zerkam w kalendarz, kiedy możnaby zrealizować powtórkę... :) Bo to, że będziemy nad Bugiem i w tym roku jest pewne.

@zakochanywbugu - wrzuć na priv\'a jakiś kontakt tel. Przyda się w stosownej chwili, a \"kawe\" to ze sobą przywieziemy... ;)

@sacha - zerknij na priv\'a
Brawo Karol. Prawie jakbym tam był. Chyba wybiorę się w majowy weekend nad moją kochaną rzeczkę. :grin
Ładna relacja:
\"Człowieku, który zostałeś wędarzem\"
:)

pzdr
Z zaciekawieniem przeczytałem ten artykuł, muszę przyznać, że ciekawa ta rz. Bug, chyba się nad nią wybiorę 8).
Spoko wypad gratuluje:)