W 2013 r., zgodnie z ustaleniami zeszłorocznymi, urodzin WCWI nie obchodziliśmy. Tym niemniej potrzeba spontanicznego, letniego zlotu nad wodą spotkała się ze sporym zainteresowaniem i w weekend pierwszosierpniowy część WCWujaków pojawiła się w Barkowicach Mokrych nad Zalewem Sulejowskim. Dość malowniczo położona na przewężeniu zalewu na Pilicy stanica wędkarska PZW przywitała nas, czyli reprezentację stołeczną WCWI w składzie Korsarzowie oraz Jacek, pięknym piątkowym popołudniem. Integracja wcześniej przybyłych już trwała w najlepsze, pozostało nam więc błyskawiczne zaanektowanie otrzymanej przyczepki kampingowej i dołączenie do biesiadujących. Rozmowom nie było końca, zwłaszcza że upalny wieczór i wyjątkowo ciepła noc ku temu sprzyjały.

Po zapadnięciu zmroku przenieśliśmy się do ogniska, jako tradycyjnego miejsca nocnych dysput. Z góry założyłem, że nie zamierzam w sobotę zrywać się skoro świt na ryby, mimo że wieczorna woda Zalewu gotowała się od ataków boleni i korciła jak diabli by się do niej dobrać.  Mimo długich nocnych dyskusji znaczna część ekipy już bladym świtem rozpłynęła się po zbiorniku. Wypłynęliśmy z Jackiem koło szóstej rano i właściwie było już za późno, by liczyć na brania. Z nieba zaczynał lać się żar. Opłynęliśmy najbliższe, bardzo atrakcyjne miejscówki, znaleźliśmy wskazane głęboczki starego koryta Pilicy, zapuściliśmy się w sąsiednią zatokę, gdzie panował jeszcze przyjemny cień z nadbrzeżnych olch. Kontaktu z rybą nie zaliczyliśmy i przed dziesiątą upał zgonił nas z wody. Poranek przyniósł jedynie Olkowi parę boleni, których złowienie na stojącej wodzie w środku lata to niemały wyczyn. Nikomu innemu to się nie udało.

Południowy upał spędziliśmy na biesiadowaniu pod parasolami i w cieniu przyczep. Część zlotowiczów ochładzała się kąpielą w zatoczce koło przystani.  Wczesnym popołudniem przystąpiliśmy do przyrządzania tradycyjnej potrawy zlotowej. Tym razem była nią „zupa klopsikowa (pulpetowa) według przepisu i w wykonaniu Wandy - żony Glotoxa. Po znakomitym, pożywnym posiłku, za przygotowanie którego ślemy ukłony Wandzi, krótkim odpoczynku, nastąpiło ponowne zbrojenie siebie, wędek, łódek, co przy panującym bezlitośnie upale okupiliśmy hektolitrami potu.

Wieczorna woda znowu zaczęła kipieć od ataków boleni. Jacek czesał wodę dużą gumą w poszukiwaniu szczupaków, ja machałem boleniowym bezsterowcem.  Ataki boleni było widać wszędzie, w tym również w przybrzeżnym cieniu pochylonych drzew i zarośli. Dziwne to widowisko dla kogoś, przyzwyczajonego jak my do uderzeń boleniowych wśród wiślanych przykos nurtowych Królowej Rzek. I doczekałem się walnięcia. Uderzenie było jak zwykle tak niespodziewane, że spóźniłem zacięcie i je zepsułem. Wabieni ciągłymi atakami powierzchniowymi wpłynęliśmy do płytkiej zatoki, z której bardzo szybko wypędziły nas roje komarów. Przed samym zmrokiem pojawiło się ich tak dużo, że wyładowywanie sprzętu z łódki było prawdziwym koszmarem. Wieczorne łowy z łódek nie przyniosły nikomu większych sukcesów.  Niezrażeni tym postanowiliśmy w sporym gronie posiedzieć w nadbrzeżnym, przyjemnym, nocnym chłodzie przy feederach. Brzegi zalewu obfitują w bardzo dogodne miejsca biwakowe, stąd też wszędzie widać było ogniska, światełka świetlików na szczytówkach i słychać dźwięk sygnalizatorów.  Nadbrzeżna biesiada koło północy, z uwagi na brak brań, przeniosła się znowu do przyczep i przeciągnęła się do późnych godzin nocnych, a dla niektórych nawet wczesnych porannych. Najtwardsi zawodnicy niedzielnym świtem znowu wyruszyli na łowy.

Reszta osób po przebudzeniu kontynuowała leniwe pogawędki z rozgoryczeniem myśląc o konieczności rychłego pakowania się i odjazdu. Ten moment jednak nadejść musiał i powoli kolejne załogi zaczęły zwijanie.  I właściwie nic nadzwyczajnego by się nie wydarzyło, gdyby nie niezawodny nasz Admin Naczelny - TJ. Wrócił bowiem z połowu z wbitym głęboko, złamanym grotem kotwiczki. Był to efekt poświęcenia przy podbieraniu Blankowi szczupaka. Nie obyło się bez szpitala, w którym szczęśliwie udało się grot w miarę bezinwazyjnie usunąć. Robert ma nadzwyczajną cierpliwość i wytrzymałość na ból, stąd został ochrzczony nowym nickiem - Ojciec Zadzior. Tym niemniej podróż powrotna ze sztywnym palcem z pewnością do najprzyjemniejszych dla Roberta nie należała.

Rzecz jasna przed odjazdem zrobiliśmy sobie pamiątkową, grupową fotkę, na której widać wszystkie znajome facjaty obecnych.

Było bardzo, bardzo kameralnie, przyjacielsko i relaksacyjnie. Mimo dzikiego upału i aury wyjątkowo niesprzyjającej rybałce, spędziliśmy z Korsarzową fajny weekend w bardzo zacnym, sprawdzonym gronie znajomych i zapaleńców. Piszę o tym nawiązując do toczącego się na forum WCWI wątku o małej aktywności użytkowników. Naprawdę warto zaangażować się aktywniej w życie portalu, nawet nie pisząc regularnie artykułów. Dzięki uczestniczeniu w zlotach cyklicznych i spontanicznych, jak chociażby ten w Barkowicach Mokrych, przez 12 lat bytności na WCWI poznaliśmy z Korsarzową fantastycznych ludzi. Z wieloma z nich utrzymujemy kontakty na stopie przyjacielskiej, życie WCWI jest stałym, bardzo ważnym elementem naszej codzienności.

Najbliższa okazja już niebawem, na Pożegnaniu Lata tym razem w Kodniu nad Bugiem. Do zobaczenia!

P.S. Tym, którzy liczyli na bardziej pikantne szczegóły z biesiadowania przypominam, że ich nie było, bo sierpień jest miesiącem trzeźwości ;)

Tekst: Maciek Poskoczym *Korsarz*
zdjęcia: Czacza, Plastik, Bartsiedlce

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Dziękuję za sympatyczne spotkanie. Woda dla mnie, łowiącego od dziecka na rzece, wydała się nudna ale głównie z innych przyczyn nie próbowałem dobrać się do rybostanu zbiornika ;) Po prostu nie miałem gitary, a jak wiadomo jest to najlepsza przynęta na płocie. Jak zauważyłem, pływało na campingu kilka dorodnych sztuk :). Nawet Olek, który przez ponad godzinę bardzo ciekawie i rzeczowo opowiadał o Zalewie, nie zdołał mnie zmobilizować :grin. A że nic nie brało? Wg mnie to zasługa Sołtysa. Przecież ciskał do wody przynętą wielkości półkilogramowego karpia. Wypłoszył wszystko co żyje w promieniu kilometra :p. Dowodem na moja teorię jest fakt, że na nawet na dotąd tajną i niezawodną przynętę Glotoxa (śledzik marynowany), nic się nie skusiło :) :) :)
Choć bocznymi drogami i pod wiatr i pod górę i na przekór udało mi się dotrzeć i uściskać Was w realu. I z tego się bardzo cieszę :grin
Robertowi dziękuję i współczuję. Aż mnie ciary po plecach chodziły. Fakt, twardy facet, jeszcze z grotem w palcu łowić chciał :eek
Co Sołtysa to znając jego Meeegamanię myślałem, że już mnie nie zaskoczy. A jednak! Rzucanie jego przynętami to wyzwanie (chyba bym preferował wywózkę;) )Ale ku mojemu zdziwieniu podczas ściągania łódka nie wchodziła w ślizg ;)
Potwierdzając dzielność TJ-a wspomnę tylko, że za pomocą wędkarskich kombinerek, osobiście pomagał chirurgowi w wyciągnięciu z własnego palca kotwiczki, czym prawie doprowadził uczestniczącą w zabiegu pielę gniarkę do omdlenia :grin
Oj Jacek, Jacek przy odpowiedniej pielęgniarce to i Ty byś sobie sam palca przyszył ;) :grin
Pod warunkiem, ze ta pielęgniarka by ten palec mocno przytrzymywała :P
Ten Zalew zasługuje na to, żeby poświęcić mu więcej czasu niż 2x po 3 godziny efektywnego wędkowania. Ma potencjał, co sami widzieliście. Z Blankiem dopłynęliśmy spory kawałek w stronę początku akwenu. Jest tam wiele obiecujących miejsc na drapieżnika i białą rybę. Marcin zresztą zapowiadał, że tam wróci. Gdyby moja nieuwaga, pewnie udałoby się dorwać coś więcej niż jednego szczupłego, a tak... :) Do szpitala dowiózł mnie Wieszak (jeszcze raz dziękuję), a na miejscu dołączył do nas Olek. Czułem się świetnie w doborowym towarzystwie, a pielęgniarka była doświadczona, tylko nieco zbladła i stwierdziła, że ona na to patrzyć nie chce :) Nie było tak źle, w końcu chyba jest tradycją naszych spotkań, że \"przyciągam\" jak nie wredne podwórkowe burki to inne, trwałe oznaczenia cielesne. Po latach pewnie będę wyglądał jak weteran wojen... Będzie co opowiadać przy ogniskach!
Maćku dzięki za relację, szkoda że nie było więcej zdjęć, chociaż aparaty były. Jakoś wszyscy o tym zapomnieliśmy.
Zdjęcia nie są najważniejsze, ale nikt nie wspomniał o 25 kg sumie w sobotę wieczorem. Nie był On złowiony przez naszych zlotowiczów ale był. A co do zupki to Wandzia czuje się urażona, że w tym roku nikomu życia nie uratowała, no może Kamila postawiła szerzej na nogi :)
Cytat:
nikt nie wspomniał o 25 kg sumie w sobotę wieczorem

Był jeszcze większy. Opowiadał nam o tym łowca w języku migowym (niestety tylko tak mógł się porozumiewać). Był tak duży, że wędkarz po długiej potyczce odciął linkę nie mogąc już dłużej walczyć.....
A co się tyczy Mojej tajnej broni to była dobra tylko wiatr się zmienił. :(
No, jak widzę nie znane są Szanownemu Gremium następstwa spotkania WCWI w Barkowicach ...
1. Od trzech tygodni wszelki płochliwy rybostan łowiony jest dopiero gdzieś w okolicy zapory (wyraźnie do dziś nie mogą rybska zapomnieć przynęt Sołtysa; dobrze, że nie zwodował szuflady :eek )
2. Od strony Bałtyku podciagnęły pod tamę Sulejowa rekiny !!! (nie wiem, jak przeszły przez Włocławek - Erwinku podpowiedz!) Wyraźnie wyczuwają zapach krwi - wiadomo czyjej ! :grin
3. Łowienie na \"śledzia\" w rejonie przyczep na stanicy od dłuższego czasu stało się jakąś normą. Wielu zaprzestało nawet łódki wynajmować - musi jakaś nowa moda z kądś nalazła ;)
4. Od trzech tygodni nie mogę nic przewieźć w bagażniku - w bagażniku wciąż jeździ sprzęt wędkarski, bo jest nadzieja, że znów zobaczy wodę (jak wyjmę - znów postoi parę lat w garażu) :roll
5. Bez Erwina (na brzegu) i Wieszaka (w łódce) oraz Sołtysa (na sąsiedniej łodzi - bo obu zabrać wiadomo strach wielki)- zalew już nigdy nie będzie taki fajny. No chyba, że kiedyś powrócą ... :grin

Dzięki za fajne spotkanko. I przepraszam, że te sumy nas wszystkich trochę zlekceważyły. Od września rozpoczynam ich edukację - za rok bedzie lepiej ! :) :) :)
Może i nie uratowała, ale przywróciła... :grin Zupka oczywiście ;)
Dobra relacja! Krótko, zwięźle, treściwie. Dziękuję za miłe towarzystwo, wspaniałe opowieści i niezapomniane doznania kulinarne. Smak klopsików, smalcu i wiśniówki nie daje mi spać po nocach :grin Szkoda tylko, że ryby nie dopisały, bo zbiornik jest przepiękny i z potencjałem. A po załączonych do relacji zdjęciach wnioskuję, że nikt poza mną nie wziął aparatu do ręki (?!). Trochę żal, bo było pole do popisu.