5. Miejscówka

„Nadejszła wiekopomna chwila…” dojechałem wreszcie nad wodę. Pora wybrać miejscówkę.

Przepraszam że nie podaję namiaru z GPS ale chciałbym tam jeszcze kiedyś łowić a nie użerać się z tymi, którzy lubią przyjść na gotowe.

Drogi gruntowe pełno dziur i kolein jest również błotniście na niektórych odcinkach, pomysł by pojechać najkrótszą drogą okazał się zły, zakopałem się w błocie, dopiero saperka i pomoc innego samochodu pozwoliły wydobyć auto z opresji. Stanąłem na suchym lądzie. Wysiadam dziękuję za pomoc i nawiązuję niezobowiązującą rozmowę z moim wybawcą, w końcu pytam o karpiki a jakże są ale „panie napuszczali z wiosną takich małych, 30cm to to nie ma ale tylko takie bierom, nic innego pan nie złowisz”.

Pierwszy warunek mam więc spełniony, karpie są w wodzie. Patrzę na staw i kombinuję, gdzie zarzucić?

Tu drzewa tu trzciny a gdzie karpiki?

Staw nie jest duży dno raczej równe na głębokości 5 – 6 m górek podwodnych nie ma. Tego dowiedziałem się od wędkarzy reszta to już moja obserwacja. Część brzegów porośnięta trzciną a część zupełnie goła, z dużymi drzewami dochodzącymi aż nad samą wodę. Trzcina jest w stanie wyrosnąć maksymalnie z głębokości dwu metrów więc tam gdzie jej nie ma już przy samym brzegu musi być głęboko a przecież trzcinowisko to naturalna farma produkująca całą masę różnego rodzaju żarcia dla ryb. Skoro jest trzcina to przed nią na pewno będzie choćby wąski pas roślinności zanurzonej, stołówka moich karpików. Już wiem gdzie żerują, muszą żerować przy trzcinach, bo przecież rozległa połać płaskiego dna nie produkuje zbyt dużo pokarmu.

Oglądam przez lornetkę trzciny aż dziw że nie ma w nich stanowisk, Ruszam na obchód i wtedy się wyjaśnia, teren jest podmokły, trudno dojść do dużej części trzcinowego brzegu. Po drugiej stronie całkiem fajnie, są drzewa i nie rosną nad samą wodą, nawet jest coś w rodzaju małej polanki i da się dojechać (nad sąsiednim stawem są dwa auta i wędkarze). Pas trzciny niezbyt szeroki a bardziej z boku jest nie używane trochę zarośnięte stanowisko, będzie moje. Dopytuję się wędkarza jak tu dojechać i idę po samochód. Jadę na około. Droga sucha ale okropnie dziurawa, nie obyło się bez paru przetarć podwoziem, wreszcie docieram na miejsce.

Wyjmuję piłę siekierkę i maczetę, muszę przysposobić miejscówkę by dało się wygodnie łowić, ale zanim powalczę z przyrodą zbroję jedną wędkę w 60g ciężarek i macam dno. Za trzciną krótka łąka z roślin podwodnych a potem dno na jakichś 3-4 m z warstwą mułu, wyczuwam to bo ciężarek trochę grzęźnie. Nie ma w okolicy żadnych zawadów w które mógłby się chować uciekający karpik. Przez chwilę oczyszczam stanowisko z przeszkadzającej zieleni by dało się ustawić podpórki, wędki i fotel, wszystko już przygotowane czas zanęcić.

Trzciny tam trzciny tu wiem gdzie siedzisz karpiku . ♫

Skoro założyłem że karpiki żerują przed trzciną to i nęcę przed trzciną , nie dalej niż 5m od brzegu, nęci się łatwo i precyzyjnie bo to żadna odległość.

6. Zasiadka

Zbroję wędki i zarzucam, no może zarzucam to mocno powiedziane, raczej wkładam zestawy do wody. Będę tu koczował dwa, trzy dni więc wędki pilnują się same a ja rozbijam obóz na polance o parę metrów dalej.

Nic się nie dzieje rano

Jedna nocka bez ryby, Zwijam jedną karpiówkę, nęcę sypka zanętą z białymi i sprawdzam co z drobnicą, żeruje aż miło. Karpiówka z powrotem w wodę i obozuję dalej. Przed wieczorem trafia się karpik ale z tych krótkich, wraca do wody bo na obiad za mały. Tutaj wymiar karpia to 35cm. Przez dzień kilka krótkich karpików. Kolejna noc do rana to trzy karpiki, wszystkie małe. Donęcam resztką kukurydzy i zwijam się do domu, na razie bez karpika. Upał i komary trochę mnie zmęczyły.

Wszyscy grilują a ja uwielbiam kiełbasę z ogniska

W tygodniu mam czas na tzw. północki od 18 do 24, dwa wypady bez ryby. Kolega który łowi na kulki na sąsiednim stawie na moją prośbę donęca regularnie moje łowisko kukurydzą. Następny łykend to dwie zmiany :kolega pożycza mi swój stary zestaw karpiowy, wędki podpórki sygnalizatory, jednak zestawy końcowe pozostawiam moje, w końcu poniekąd to eksperyment wędkarski. A druga zmiana; postanawiam podnieść moją kukurydzę ponad dno, robię pływaki do zestawów. (Opiszę w innym mini artykule).

Tym razem dużo lepiej, w nocy dwa miarowe karpie jeden 43 drugi 45cm, te są z zeszłorocznego zarybienia, w ciągu dnia kilkanaście (chyba 16) małych niemiarowych karpików i kolejna noc to karp na 55cm zapewne zarybienie sprzed dwóch lat. I znowu dwa wypady w tygodniu do północy, jeden bezrybny natomiast w czwartek… Tym razem łowię na hengery bo reagują na poruszanie żyłki przez ryby a ja chcę sprawdzić czy ryby się kręcą w łowisku, nic nawet nie drgną.

Noc pustka wokół, nad stawem jestem zupełnie sam ale nad innymi stawami też chyba nie ma wędkarzy, taka dziwna cisza, włączyłem radio w telefonie bo poczułem się nieswojo. Zbliża się godzina 23 i niespodziewanie na prawej wędce sygnalizator wydaje pojedyncze piski, henger powoli podnosi się do góry, doszedł do kija i stop, cisza, henger nie opada ale żyłka też się nie wysnuwa, taki stan zawieszenia, trwa to już dobrą chwilę, co jest myślę sobie, pewnie mały linek nie ma siły pociągnąć ciężarka, trzeba go uwolnić, podnoszę wędkę ale tknięty przeczuciem zacinam. Każdemu życzę tego co się potem zaczęło dziać.

Łowię na kołowrotek z zupełnie poluzowanym hamulcem i zamkniętym kabłąkiem, zacinam przytrzymując szpulę dłonią ponieważ hamulec jest przedni to spokojnie palcami mogę go dokręcić jednocześnie dłonią przytrzymując szpulę, tym razem nie zdążyłem. Piękny odjazd na kilkadziesiąt metrów, szpula zaczyna mi parzyć rękę, wreszcie stanął. Serce bije, adrenalina buzuje, dokręcam hamulec i zaczynam hol w kompletnej ciemności. Mam coś naprawdę dużego ale co i w którym miejscu stawu? Kolejny odjazd, nie spadł, siedzi zaczynam znowu powoli pompować, adrenalina opadła teraz spokojnie byle nie zerwać, popuszczam trochę hamulec. Kilka metrów prze de mną wir w wodzie i znowu odjazd, dalej nie wiem z czym walczę. Kolejne dwa odjazdy ale już dużo słabsze, wreszcie ryba chodzi w prawo i w lewo kilka metrów przed stanowiskiem. Sięgam do kieszeni po mini latareczkę i w jej słabym świetle tuż pod powierzchnią wody widzę wielkiego amura - no pięknie, ryba spłoszona światłem wykonuje kolejny zryw ale po chwili podciągam ją z powrotem. Chodzi w prawo i w lewo a ja stoję i myślę jak ją podebrać, mój największy podbierak jest jakiś taki śmiesznie mały w porównaniu z tym amurem. No nic trzeba próbować bo nie będę tak sterczał na brzegu do rana. Pierwsza próba nieudana jak tylko dotknąłem go podbierakiem to odbił od brzegu. Znowu go przyholowałem, druga próba tym razem bez pudła, amur na brzegu a ja ocieram pot z czoła. Ma 93cm i wagę 9,5kg moja największa ryba. Nie myślałem że łowiąc pod nogami karpika na niedzielę przeżyję takie spotkanie.

Nie to nie jest makro zdjęcie uklejki

W sobotę po południu znowu nad wodą. Karpik taki około 50cm melduje się przed wieczorem. Zabieram karpika i zabawki, około 23 wracam do domu wszak trzeba przyrządzić karpika na niedzielę.

Pozwólcie przedstawić sobie Pan Karp we własnej osobie

7. Podsumowanie

Kukurydza się doskonale sprawdziła w połowie karpików, wymaga jednak dłuższego nęcenia.
Zużyłem w sumie trzy wiadra kukurydzy.
Łowienie daleko to mit, karpiki można łowić pod nogami.
Przy połowie na bliskim dystansie wiele szczegółów technicznych można pominąć lub stają się nieistotne.
Do regularnego łowienia karpików wcale nie trzeba wymyślnego sprzętu, każdy może.
Spodobało mi się. Koledzy musicie mnie trochę poduczyć.

Nad wodę jeździł, karpiki łowił, marne fotki robił i wszystko to opisał Jacek Andrzej Jaros *J_A_J*

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Jacku. Gratuluję artykułów i metodycznego podejścia do tematu. Oczywiście wielkie gratulacje za amura-to już nie byle jaki przeciwnik. A teraz proszę abyś opisał w jaki sposób przyrządziłeś karpia. Wszak twoje kulinarne zdolności są znane pewnej grupie osób ;)
Jacku. Świetny reportaż z zasiadki, fajnie się czyta i wciąga że ma się wrażenie jak by samemu tam się było. Kiełbaska z ogniska to bajka i osobiście tak robię gdy jestem nad Wisełką. Sprzęt nie jest ważny, najważniejsze są umiejętności i sztuka czytania wody. W Anglii często widzę wędkarzy łowiących karpie federkami i to jest fajne bo jest kontakt z rybką. Ja łowię tylko federkami bo jest to fajna metoda a przy okazji można jeszcze spokojnie zająć się \"innymi przyjemnościami\". Jestem przeciwnikiem łowienia karpi haczykami z zadziorami, to powinno być zakazane...
No i bingo! Pozdrawiam! :)
amer zajrzyj do pyska nawet najmniejszemu złowionemu karpiowi, zadzior nie ma z tym co tam zobaczysz nic wspólnego.
Jacku, zajrzyj do galerii rybie oko, jest tam zdjęcie karpia i zobacz jak jego pysk wygląda. Zdjęcie zrobione na łowisku komercyjnym, zapewniam że nie jest to jakaś choroba. To nie jest wyjątek, tak wyglądały prawie wszystkie karpie a złowiłem sporo. Kocham prawdziwe jeziora i rzeki a prywatne bajora i komercyjne stawy omijam szerokom łukiem.
Gratulacje! Piękny amurek :)
Fajnie się czyta. Gratuluję udanej zasiadki.