Początkowo, poniższe słowa miały być rodzajem polemiki z tekstami Oso, które w dwóch częściach zostały przedstawione na WCWI w maju i czerwcu tego roku, potem, jeśli mnie nie myli pamięć była część trzecia, a wszystkie dotyczyły przynęt boleniowych. Jakoś po pierwszym przeczytaniu miałem wrażenie wielu niedopowiedzeń, ale po kolejnym i jeszcze jednym zapoznaniu się z tekstami doszedłem do wniosku, że się czepiam. Kilka odmiennych opinii będę jednak miał.

Proszę też wybaczyć, że niektóre zdjęcia mają gorszą jakość (są nieostre lub pochodzące z analogowego aparatu sprzed lat, ale nie myślałem, że będą kiedyś przydatne), lecz lepszy taki dowód niż żaden. Ostatnia uwaga: ponieważ nie zawsze mam zdjęcie zbliżenia rybiej paszczy z przynętą, mam nadzieję, że spora ilość zdjęć jaką prezentuję, uczyni moje spostrzeżenia wiarygodnymi. Zrezygnowałem też ze zdjęć woblerów omawianych w tekście, a powszechnie dostępnych (np. Glook).

Poniżej, moja recenzja używanych przeze mnie przynęt na bolenie. Na wstępie zaznaczam jednak trzy rzeczy:

  • wszystkie spostrzeżenia dotyczą łowienia w ciepłej porze roku (maj – sierpień),
  • poligonem jest górna Wisła,
  • łowię w miejscach, gdzie powierzchnia wody jest wyraźnie „zmieszana”, ale omijam wszystkie „kotły” i typowo boleniowe kipiele o ile są łatwo dostępne – powodem jest to, że „przelatuje” przez nie setki przynęt i ryby na ogół wynoszą się z tych miejsc albo na żadne nie reagują, lub... przestawiają się na żerowanie w nocy.

Twierdzę, że boleń jest trudną rybą, pomimo, że regularnie je łowię. Gdyby było inaczej, to ten wspaniały gatunek podzieliłby, przynajmniej na tym odcinku Wisły los szczupaka, którego wyrośnięte osobniki już dawno skończyły w garach i na patelniach. A boleni, i to tych większych – takich powyżej 7 dych, jest dużo. Zgadzam się z Oso, że boleń jest wzrokowcem i to szczególnym, polega to jednak nie na ich jakiejś wybitnej pamięci, tylko (chyba) szczególnej wrażliwości oka na charakter pracy wabika. I w takie oględziny bolenie bawią się wyłącznie na odcinkach bardzo uczęszczanych.

W dużych, dzikich rzekach, ze znikomą w porównaniu z naszymi wodami presją (Cisa, Wołga), żeriechy i baliny (to rosyjska i węgierska nazwa gatunku), łowi się na standardowe przynęty w ilościach dla nas niewyobrażalnych. Oglądałem kilka amatorskich filmików z różnych pór roku, właśnie znad Cisy, gdzie facet wyjmował bolki – fakt, że takie do 50 cm – taśmowo jak okonie i to nawet nie w każdym rzucie, tylko w każdym „wsadzeniu” woblera do wody. Miał odwinięte ze 3 m żyłki i nawet nie zarzucał. W Rosji wręcz modne jest łowienie boleni na cykady. Wyniki jak widziałem potrafią oszołomić. U nas na cykadę wyniki mam kiepskie. Nawet cykada Pokutyckiego, którą uważam za najlepszą na rynku wśród cykad, polecana często na rapy, moim zdaniem jest raczej zawodna na ten gatunek. Wielokrotnie z kolegą, łowiliśmy w tym samym miejscu, tę samą – bez wątpliwości – rybę w odstępach 3-4 dni i na te same przynęty. Więc „wzrokowość“ bolenia związana jest, moim zdaniem, z właściwie dobraną i co ważniejsze, chyba właściwie poprowadzoną przynętą. Poza tym, jest to ryba bardzo przywiązana w danej porze roku do swojej miejscówki. Oczywiście, przypadkowo i w naszych, nawet mocno „zbronowanych” wodach można złowić bolenia na typowe przynęty. Miałem wiele takich sytuacji:

  • paproch na 2 g główce, podbijany lekko nad dnem za okoniem (to raczej jesienią),
  • najbardziej typowe z typowych gum (5-7cm kopyta i twistery), czasami flakowato toczące się po dnie,


Ok. 2,5 kg na ripperek wleczony po dnie

  • najmniejsze wirówki Wrta – tu to nawet nierzadkie przypadki,

 


Sześćdziesiątka na 2 g wiróweczkę

  • cykady –moim zdaniem słaba przynęta na bolenia latem, ale bywa, że jakiś się skusi,

 


Mój pierwszy w życiu boleń na 12 g cykadę

  • zupełnie nieboleniowe wahadłówki i typowe woblery (raczej przy brudnej wodzie).

 


Nieco ponad półmetrowa sztuka na wahadłówkę

Zanim przejdę do sedna, pozwolę sobie na jeszcze jedną dygresję. Otóż domyślam się, (podkreślam, że to rodzaj podejrzenia) iż bolenie znacznie częściej niż nam się zdaje łapią nasze spokojnie prowadzone gumy, a robią to tak w „tempo”, że tego nasz sprzęt nie rejestruje i wypluwają np. twister, stwierdzając, że jest to niejadalne. Miałem dwukrotnie zdarzenie sugerujące taką sytuację. Bolenie, pamiętam je dobrze: 56 i 64 cm, zupełnie niewyczuwalnie zassały w jednym przypadku 5 cm Mansa na 5 g główce, w drugim gumę Knight – tę średnią na 10 g główce i przepuściły niewielkie przynęty przez skrzela. Podobnie jak to robi większość karpiowatych, gdy żeruje „niedrapieżnie” i gdy mały a niejadalny kąsek jest wyrzucany pod pokrywami skrzelowymi. W obu przypadkach żyłka przechodziła przez pysk, dalej na zewnątrz pod pokrywą skrzelową, a ryby były zapięte na zewnątrz, pod płetwę piersiową i za bok głowy. Jedno branie było w połowie dość głębokiej około 3 m toni, a drugie z samego dna.

Produkcja wielkoseryjna

Rozpoczynając przegląd przynęt, na pierwszy ogień wezmę te, wielkoseryjne produkcje. Generalnie są moim zdaniem słabe. Sam mam zawsze, takie pojawiające się nowinki, ale bardziej z ciekawości je kupuję niż z nadzieją, bo w większości przypadków powielają następujące błędy:

  • kiepskie wyważenie – większość modeli „nie trzyma” stałej pozycji w locie,
  • są na ogół bardzo podatne na powiewy wiatru (wynika to chyba z tego, że większość ma spore stery),
  • wszystkie mają tępą, sztywną akcję, a jest to wynikiem zdecydowanie za wielkich sterów (powinny być krótsze lub węższe) – nie mam pojęcia, dlaczego ktoś jeszcze w tych firmach na to nie wpadł – łowienie na plecionki, szczególnie pod prąd, eliminuje dla mnie te woblery,
  • to co jest plusem dla Oso, a dla mnie wadą – masowa produkcja – każdy może go mieć,
  • lecą zdecydowanie bliżej niż wyselekcjonowane rękodzieła, a ma to często duże znaczenie, tym większe im większa rzeka.


Prawie 80-ka prezentowana przez mojego ojca - taki boleń rzadko nabierze się na standardowe wabiki

Do powyższej grupy zaliczę głównie Thrilla, boleniowe Sieki – w tych na dodatek spore stery łatwo wypadają, czy Glooka (ten ostatni jest świetnym morskim woblerem, a i na bolenie jest całkiem niezły, o ile bardzo precyzyjnie spiłuje się ster, by był węższy, ze szczególnym uwzględnieniem 2-3 mm na granicy z korpusem – nie chciało mi się tak bawić z Thrillem, więc nie wiem czy by poskutkowało). Wymienione, krytyczne uwagi nie eliminują tych przynęt, bo sam na nie złowiłem bolenie i to nie raz, ale uważam, że stosowanie ich to dodatkowe utrudnianie sobie i tak niełatwego zadania.

Jako przykład podam dni między 10 a 15 maja 2011 r., kiedy ekipa WMH (Wędkarstwo Moje Hobby) kręciła film pt. „Wiślana opowieść”, m.in. na „moim“ ulubionym fragmencie rzeki - płyta została dołączona do wrześniowego lub październikowego numeru czasopisma. Łowiłem przy nich dwukrotnie. Oni w trójkę nie złowili bolenia. Ja miałem 4 sztuki od 60 do 67 cm. Różniły nas głównie przynęty: łowili (zapewne w celu reklamowym choć to bynajmniej nie zarzut, a ich praca) na Thrille. Mój kumpel obserwował ich codziennie - mieszka tam i potwierdził raczej słabe wyniki w boleniach. Z filmu wynika, że mięli w rękach 3 czy 4 ryby tego gatunku.


Chcąc mieć styczność z takimi sztukami, zdecydowanie rezygnuję z tego, co powszechnie dostaniemy w sklepach

Przynęty specjalnego przeznaczenia

Tu napiszę parę zdań o przynętach, może nie na każdą okazję i miejsce, ale skutecznych w szczególnych sytuacjach.


Od dołu: najmniejszy Knight, „gruntowy“ brzydal i Siek Siga 0

1. Najmniejszy Knight
Chcąc wybrać jedyny wabik na rapy, zdecydowanie postawiłbym na woblery bezsterowe, potem woblery ze sterem, a na końcu gumy. Niemniej jest jedna sytuacja, gdy Knight i to ten najmniejszy sprawdza się. Myślę o szybko wzbierającej wodzie – tak jest często poniżej progów wodnych – woda nadal jest czysta, ale podnosi się o np. 1 m. Toczy się wtedy bystro, po na ogół suchych, otoczakowych plażach, często z kępami traw, które twardo znoszą takie wahania w środowisku. Właśnie im bardziej wygrzbiecona taka plaża i im więcej ma takich kęp, tym lepiej. Ważne by prąd wody był dość silny. Zdecydowana większość najmniejszych ryb chowa się w rejonie tych traw, a bolenie urządzają sobie tam wycieczki lub stoją między kępami jak pstrągi w potoku, głowami pod prąd albo niespokojnie opływają taki teren wokół. Zwykle jest ich sporo, tyle, że to na ogół ryby w granicach 50 cm. Ale w tych warunkach można liczyć na więcej brań w dość krótkim czasie.

Jest to łatwe łowienie, bo akurat nie zauważyłem by ściąganie wabika pod prąd w tym przypadku przynosiło gorsze efekty. Najlepiej szybko przeciągać gumę na skos, lekko pod prąd, między i nad trawami. Tak niewielka gumka z jednym hakiem u góry, zwinnie przemyka w zielsku, nie łapie liści, a ze względu na to, że nie trzeba daleko rzucać ma tę odmienność, że jest na ogół dużo mniejsza niż woblery naszych kolegów wokół, choć nie demonizuję rozmiaru. Np. nie do końca zgadzam się ze stwierdzeniem, że około czerwca boleń przestawia się na maleńkie iskierki choć przyznam, że pierwszą w życiu 70-kę złowiłem na tę gumeczkę. Wracając do gumy – jedyny kłopot, to fakt, że czasami mam problem dostać 5-7 g główkę (bo takie stosuję w tym łowieniu) na dużym, ale zarazem krótkim haku. Korpus najmniejszego Knighta jest bardzo krótki. Polecam tylko biały. Pozostałe warianty kolorystyczne są mało „zjadliwe” w przypadku tej przynęty.


Bolek na najmniejszego Knighta - widać zalane trawy

2. „ Brzydal” i Siek – model Siga 0
Nie wiem, czy uwierzycie, ale łowię bolenie na spinning i jakby z gruntu zarazem. Warunkiem jest miejsce. Musi to być silny nurt o powtarzalnym lub stałym rytmie przepływu wody. Oczywiście muszą w takim miejscu bić bolenie. Najlepiej nadają się cyple opasek wysunięte w koryto rzeki, „półwyspy” w ujściach małych rzeczek czy kanałów, szczególnie gdy towarzyszy im silny spadek dna. Bywają pory dnia, że rapy biją bardzo blisko brzegu w miejscach, gdzie nie da się im podać przynęty z dużej odległości. Wstawiam wtedy dolnik wędki między kamienie lub siatkę mocującą opaskę – ważne by wędka była pewnie osadzona i nachylona do wody pod kątem około 45 stopni. Hamulec zakręcony na 90% wytrzymałości plecionki – tylko plecionki, żyłka raczej zawiedzie swoją elastycznością. W zależności od nurtu i miejsca, od szczytówki do przynęty jest 3-7 m linki. Cała sztuka, by tak „postawić” wobler, aby napierający nurt nie znosił go pod brzeg, a zarazem w miarę napinał plecionkę, by tylko niewielka jej część od strony przynęty leżała na wodzie. Potem pozostaje nam już tylko zasiąść wygodnie obok, raczej nie rzucając się w oczy (to jedyna sytuacja, gdy łowiąc rapy maskuję się) i można coś spróbować zjeść. Zapewniam, że pobicie, na tak krótkim „dyszlu” potrafi oszołomić mimo, że nie trzymamy kija w ręce. I tu trafiają się cienkie bolki jak i już całkiem ładne ryby. Najważniejsze są jednak przynęty.

Fenomenalny do takiego wędkowania jest biały Siek Siga 0 – o neutralnej wyporności. Ten dość duży ster w woblerze czyni go stabilnym, a napierający prąd z łatwością napina plecionkę. Drugim, doskonałym na takie łowienie woblerem jest „brzydal”. Tak nazywamy te przynęty z kolegami. Nie pamiętam już kto je robił – dość dawno temu zakupiliśmy większą ilość w internecie i mamy do dziś, tym bardziej – to wielki plus boleniowych przynęt – rzadko się je rwie. Są one na ogół wolno tonące, choć trafiają się egzemplarze pływające, a najważniejsze jest to, że nie ma dwóch takich samych. Ich akcja jest ledwo widoczna i prawie niewyczuwalna. Ze względu na małą masę lecą blisko, ale w tym przypadku nie ma to znaczenia. Silny prąd, dość często za bardzo rzuca tym woblerem, więc w zależności od potrzeby dociążam je ołowianą taśmą na kotwicy brzusznej i jeśli jest konieczność na tylnej, ale w obu przypadkach ilość ołowiu jest symboliczna.


Dwie sześćdziesiątki złowione na spinning „gruntowy“

3. Wyrób własny
To zrobiony dawno temu (chyba w 2002 r) woblerek. Mam go do dziś. Na oko przypomina typową „uklejkę“. Jest jednak wyważony w taki sposób, że wpadając do wody leciutko pochyla się przodem w kierunku dna (to dlatego ma tylko jedną kotwicę i śrucinę na krótkiej żyłce pod brzuchem) i bardzo wolno tonie. Łowię nim tylko z prądem i wyłącznie w miejscach, gdzie wiem, albo widać, gdzie woda przelewa się nad przeszkodą (duża kłoda, mielizna, przelew), mocno pieniąc, by po pokonaniu przeszkody szybko się uspokajać. W miejscu, gdzie woda zaczyna płynąć spokojnie jest zwykle o przynajmniej metr głębiej niż powyżej. Dość trudno znaleźć takie miejsca. Rzucam na granicę, gdzie jest kulminacja najsilniejszego nurtu i bardzo szybko ściągam tę przynętę przez około 3-5 m, po czym pozwalam przynęcie spływać własnym rytmem. Nawet nie napinam linki (tu żyłka też się sprawdza) by nie zakłócać naturalnego spływu. „Na oko“ zwijam tylko nadmiar, by łatwo było zaciąć. Branie jest bardzo lekko odczuwalnym pyknięciem. Ten sposób sprawdził mi się na przestrzeni kilku lat, szczególnie przy silnych spadkach temperatury latem.


Wobler własnej produkcji i jeden z boleni na niego złowionych

Pewniaki

To wg mnie druga liga, czyli: Gusman, Spirit, Colship, wobler Krzyszczyka, guma Knight - duża. Są to przynęty bardzo dobre, mające jednak, jak dla mnie kilka mankamentów, powodujących, że ich skuteczność jest nieco mniejsza niż mogła by być.


Od lewej: Gusman, Colship, wobler T. Krzyszczyka, największy Knight i Spirit

Zarówno Gusman jak i Spirit nie lecą bardzo daleko; na grubszych linkach, bądź żyłkach rzuty są za krótkie. Oba woblery można dociążać z tym, że przeciążony Gusman gubi fenomenalną, migotliwą akcję, kiedy się go zatrzyma. Spirit znosi taki zabieg dobrze i leci daleko. Jego wadą są za to słabe stery – to właściwie jednorazowce w spotkaniu z grubym boleniem. Gusman słabo też radzi sobie ściągany pod silny prąd, działa dla odmiany tam, gdzie nie trzeba za szybko kręcić, a boleń wymaga większej finezji w pracy przynęty. Pewną przewagą Gusmana jest jakby zapomnienie tego woblera, a Spiritem dziś rzuca wielu. Oba woblery są też drogie.


Zgrabna sztuka złowiona na Gusmana


Mój kompan Paweł dużą część swych grubych boleni w tym roku złowił na wobler Spirit

Colship to trochę inna bajka. Jest to bezsterowiec o niezłych osiągach w długości lotu, dociążony, co w jego przypadku nie wpływa negatywnie na akcję – fruwa ekstremalnie daleko. Ma dla mnie trzy wady:

  • jest wybitnym powierzchniowcem – ciężko go prezentować głębiej,
  • wolniej prowadzony lub zatrzymywany, wychyla się przesadnie,
  • nie lubi silnego nurtu – wykłada się na boki chyba, że zakładamy bardzo wolne, jak na rapy ściąganie przynęty.


Sztuka złowiona Colshipem

Guma Knight – największy model 8 cm, jest naprawdę jedyną gumą jaką stosuję regularnie na bolenie. Jak na gumę leci w miarę daleko, choć cudów tu nie ma. Jest dość ufnie atakowana przez rapy, ale w miejscach o silnej presji, niestety za sam ogon. Boczne „skrzydełka” trzeba przyciąć do minimum, bo przynęta trzęsie się niezbyt naturalnie, poza tym opór jaki stawia szybko ściągana powoduje silne skręcanie się plecionki i w końcu supeł. Dość łatwo prezentować ją na większych głębokościach, nie tracąc nic z pracy. Jest tania, jak to guma.


73 cm na dużego Knighta

Wobler Krzyszczyka – kilka odmian ze sterem. Ja mam dwa: chodzące głębiej i bliżej powierzchni. Przynęty te fantastycznie trzymają się nawet w silnym nurcie. Nie biją przy tym jak zwariowane na boki. Nie są zbyt często stosowane, przynajmniej ja rzadko je widzę w rękach wędkarzy. Są dość duże, co uważam za wielki plus. Minus jest w zasadzie jeden - ich zasięg nie jest zbyt duży w stosunku do tego, czego oczekuję od woblera na bolenie. Dla mnie to trochę pechowe przynęty, bo z nich spadło mi najwięcej rap, które i tak w porównaniu z innymi rybami, nieczęsto się spinają. Niemniej, między mniejszymi rybami, zaliczyłem nimi sztukę 75 cm.


75 cm na wobler Krzyszczyka

Tarnus, Siudak, Warciak - „przecinak”, czyli to, co warto mieć zawsze.


Od dołu: Warciak - przecinak, Siudak, Tarnus i Tarnus XXL

Jak dla mnie woblery bez wad. Sprawdziły się zarówno w szybkich jak i wolnych nurtach. Do ich największych zalet należy:

  • doskonała imitacja ruchu ryb, na które boleń poluje,
  • świetna, prosta kolorystyka, bez udziwnień,
  • doskonała lotność,
  • zachowanie charakterystycznej pracy w szybkim jak i wolnym prowadzeniu,
  • wszystkie super lusterkują, „postawione” w opadzie, choć każdy robi to inaczej,
  • radzą sobie z każdym kierunkiem nurtu (nieznacznie odstaje tu Tarnus – szybko ściągany pod prąd wykłada się nieznacznie, ale jak dla mnie jest najbardziej uniwersalnym woblerem na bolenia, także skutecznym na rapy w późnej porze roku, ale to opowieść na inną okazję,
  • można je dociążać do woli, nie tracą nic z pracy, a lecą jeszcze dalej,
  • świetne wyważenie (z wyjątkiem największych Warciaków),
  • są duże, a takie przynęty atakują większe bolenie (mój największy Tarnus ma 17 cm i  jest bardzo łowny, a najmniejszy boleń jaki go zaatakował i którego wyjąłem, miał 67 cm.

Tarnus od początku trzyma poziom. Siudak oryginalny, jest już praktycznie nie do dostania – mam jeden, ostatni egzemplarz. Warciaki - „przecinaki“, jak je nazywam, niestety nie są już tak powtarzalne jak kiedyś. Pomijam fakt, że na zrealizowanie zamówienia, czeka się wieki, to niestety moje i kolegów doświadczenia są takie, że na kilkanaście sztuk, zaledwie kilka jest tak dobrych jak te dawne. Najczęstsza wada to niewyważenie, a co za tym idzie słaba praca – kładą się na bok. I przyginanie oczka nic nie daje. Największy model, jakkolwiek napaliłem się na niego – jest totalną pomyłką, Trudno go nawet sensownie dociążyć. I tak fika koziołki, a na kilka modeli jakie kupiłem wszystkie są właśnie takie. Nie wiem, może miałem pecha.


Tarnus na zdjęciu ma 10 cm - można policzyć ile miał boleń


Grubo ponad 70 cm na Siudaka


„Przecinak“ ledwo wystaje z paszczy prawie 80 cm rapy

Nadmienię jeszcze, że najmniejsze Tarnusy, jak i małe siudako podobne woblery, nie sprawdziły mi się na bolenia, za to w pewnych okresach i miejscach były rewelacyjne na klenie tyle, że przynętę sprowadzało się nad stanowiska ryb i tam na chwilę zawisało nią w toni.

Podsumowując, mam jeszcze kilka uwag:

  • Istotne jest prowadzanie przynęty – o tym można napisać osobny tekst – ja unikam topornego prowadzenia pod prąd;
  • Dociążam woblery wg schematu: na kotwiczkę brzuszną daję o około 2 g mniej niż na ogonową (nie będę się rozpisywał o szczegółach);
  • Przesunięcie kotwicy brzusznej do tyłu, zwłaszcza w większych woblerach, co czasami ma miejsce, skutkuje większą ilością pustych pobić – ja 2/3 ryb mam zapięte za przednią kotwice, co świadczy o tym, że boleń atakuje od dołu i od przodu zarazem lub z boku, stąd tak gwałtownie czujemy to na kiju;
  • Zawsze wymieniam kotwice na sprawdzone marki, np. Ownera – miałem zbyt wiele strat grubych rap z powodu słabości tego elementu.


Szczęki około 6-7 kg rapy, dają radę naprawdę potężnym kotwicom

Na koniec ostatnie spostrzeżenie. Dla mnie dobra przynęta, to taka, na którą przez 2-3 sezony złowię kilkadziesiąt rap. Dlatego nie mam jeszcze ostatecznej opinii o np. uklei RH, bo testuję ją dopiero od tego roku.

Więcej o moich spostrzeżeniach na temat boleni można przeczytać w majowym numerze Wędkarskiego Świata z 2010 r. oraz na świeżo „wyremontowanej" mojej stronie www.wedkarskiewakacje.pl w dziale „Tylko się nie śmiejcie”.


To co lubimy najbardziej: zacięcie…


walka…


…pamiątkowa fotka

Adam Kozłowski *adamsg*

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Należą się podziękowania autorom artykułów o boleniowych przynętach, Łukaszowi i Adamowi. Dzięki ich wyczerpującym opracowaniom mamy na WCWI prawie kompletne kompendium wiedzy na temat boleniowych sztucznych przynęt, a także sporą dawkę technik łowienia. To bardzo przydatne informacje tym bardziej, że tego gatunku łowimy coraz więcej, jednak nieregularnie. Nadal tajemnicą pozostaje jak dobrać się do boleni żyjących w jeziorach, a jest ich tu całkiem sporo, oraz informacji na temat ich łowienia na przynęty naturalne. Ale wszystko przed nami, może pojawi się specjalista od tych zagadnień i zechce podzielić z nami wiedzą?
Bardzo fachowy artykuł. Załączone fotki nie pozostawiają wątpliwości, że zęby na boleniach zjadłeś. Dzięki, że podzieliłeś się z nami swoim doświadczeniem!