Oczywiście z powodu tego, że zazwyczaj wypadały one w Wielkim Poście, a często i w Wielkim Tygodniu. Tegoroczna, niezwykle wczesna, Wielkanoc pozwoliła rozluźnić się z okazji tego osobistego jubelka na połnuju katuszku...

Kombinowałem na różne sposoby – jak by tu urządzić to nietradycyjnie. Było kilka wariancików, ale nietrudno się domyślić, że wygrał ten „wodny”. Wykombinowałem, by z Estradem wyskoczyć na świąteczny spinowy spacerek nad Wilię, bo akurat wypadała to ostatnia sobota marca. Miało to mieć szereg plusów: dla mojej łumen spadało z głowy garowanie, spotykając się z Marianem w sam dzień X miałem prawo spodziewać się jakiegoś suwenira z jego strony...

Pogoda jednak jakoś nie za bardzo kwapiła się sprzyjać moim zamiarunkom, od początku tygodnia śnieżyło i mroziło całkiem nie primaversko. Do tego stopnia, że zaklepałem już z Marianem wariant zapasowy – fetowanie, owszem na rybkach, ale... propilkkowych. Może nawet i nie taki do końca poroniony pomysł – łapska i uszy nie marzną, za kołnierz nic nie sypie czy kapie, można boki pozrywać z użerania się Siary z Erwinem, rubasznych odzywek Wieszaka...

Jednak obeszło się – we ćwiartek już wylazł solejczyk, przestało sypać i kropić. A że przymrozki..., to już nie takie istotne. Decyzja krótka – idziemy, a raczej jedziemy, bo tym razem padło na Santokę. Estrad przez%rnie umawia się z sąsiadem, by nas podrzucił, a potem zabrał.

O 7.00 jesteśmy na miejscu. Od razu rzuciła się w oczy znikoma liczba konkurencji, nie więcej niż 40-50 chłopa w zasięgu wzroku. Chyba wszyscy dzisiaj polecieli na Bujwidze (jesienno–wiosenna Mekka wiliowa). Obserwujemy chwilę – sami gliździarze, ze spinem nikogo. Zatem nic tu po nas – idziemy w górę rzeki.

Pierwsza ładniejsza zatoczka, montujemy sprzęt.

Na pierwszy ogień idą oczywiście Ilby.

Po paru rzutach przekonujemy się, że poranny mrozik robi swoje – przelotki co rusz obmarzają na amen. Solejczyk jeszcze nie nabrał obrotów i szron bieli się wszędzie dokoła na krzakach i trawach.

A także resztki śniegu.

Jeszcze tak męczymy się z godzinkę, póki pierwsze promienie nie uporały się z tymi ostatnimi podrygami zimy. Robi się raźniej, chociaż w wodzie nie widzimy żadnych oznak życia.

Kiszki zaczynają już marsza grać, więc uznajemy, że najwyższa pora na małe co nieco, czyli pierwsze śniadanko. Na pierwszy plan wyjeżdża termosik, sałatka z tuńczyka, no i jakiś dopalacz.

Pokrzepieni ździebko czeszemy Wilię ze zdwojoną energią, nie przepuszczając żadnej jamce, zatoczce, warkoczowi, przepływowi i wszystkiemu, z czego ta nasza Wilia się składa.

Zrobiło się całkiem sympatycznie, po przymrozku ani śladu nie zostało, nawet pojawiły się cytrynki i trzmiele. Do pełnej sielanki brakuje tylko jakiegoś chociaż niemrawego puknięcia w blaszkę czy gumkę. Nic – kompletna cisza...

Co robić? Nie pozostaje nic innego, jak zabrać się za drugie śniadanko. Mam ku temu naszykowane pieczone ziobra, więc potrzebna jest odrobinka dobrodziejstwa prometeuszowego. Ochapka chrustu i już Marian próbuje puścić pierwszy dymek... Jednak na dymku się i skończyło – nie wykazał się jak prawdziwy harcerz pierwszozapałkowiec. Idę mu w sukurs, odpalam faję,

a potem i ognisko.

Za pomocą scyzoryka improwizujemy rożny...

i grzejemy te smakowite zioberka.

Sympatycznie zaskwierczały, zapachniały i wnet wylądowały na zaimprowizowanym stole pod wierzbą, a przy nim my. Marian wreszcie przypomniał (po trzecim dopalaczu), że ma złożyć życzenia, które zmaterializowały się w postaci koperty z „zapomogą dla potrzebującego wedkarza”. Formalności dopełnione, pełna laba, ognisko potrzaskuje, solejczyk świeci, woda płynie..., żyć nie umierać – raj na ziemi. Wtem Marian zaczyna niespokojnie wiercić się na swoim legowisku, pogmerał chwilę pod nim i wygrzebał takie coś, co uwierało go w piąty punkt. M.in. – nie był tu ostatnio w naszych stronach ktoś spod Torunia, kto to zgubił?

No i co dalej? Do powrotu jeszcze sporo czasu, a tu do czesania Wilii jakoś już niezbyt dużo zostało chęci. Raptem Marian ni w pięć, ni w dziesięć strzela propozycją przejścia nad Żejmianę (dopływ Wilii). Słyszał, że podobno ktoś tam widział ostatnio pstrągi. Cóż, chociaż to i spory kawałek do przełopacenia, ale można spróbować. Zbieramy bambetle, „podmywamy się”...

i wędrujemy w las.

Wreszcie po paru kilosach forsownego przedzierania się przez dziewiczą santocką puszczę wyłazimy nad Żejmianę. Woda dość wysoka, wysokie, zacienione burty, rwący nurt, brzegi kiepskie, czy tu da się gdzie porzucać? Kierujemy się ciut w górę i oto mamy nieco spokojniejszy i łatwiejszy odcinek. Tradycyjnie zaczynamy od Ilb, potem testujemy gumowy arsenał, wszystko na nic... Nie nasz dzień... Decydujemy, że na dzisiaj wystarczy, ostatecznie nie o złowienie dzisiaj chodziło. Zaczynam już składać swego Profixa. Marian z głupia frant wydostaje z pudełka jakieś stare, zardzewiałe sowieckie wahadło i oświadcza z mądrą miną, że zaraz będzie ryba „ostatniego rzutu”. Z politowaniem przyglądam się jak wystrzeliwuje to żelastwo pod drugi brzeg i... widzę jak w tej samej chwili omal nie wyskakuje z gumiaków!

Kręcioł wyje na najwyższych obrotach, Marian jedną ręką kurczowo ściska Odeona, drugą wprawia na miejsce opadniętą poniżej wszelkich poziomów szczękę. Żejmiana się kotłuje..., „ciężarówa” nabierając tempa pruje w dół rzeki, Marian w lansadach galopuje za nią... Wnet znikli obaj za zakrętem. No, no, długo to ta jazda nie potrwa. Odpalam faję i idę obejrzeć „finał”. Pewien jestem, że zobaczę kocią mordkę Estrada i smętnie zwisającą żyłkę na spinie (o ile ten Odeonik będzie jeszcze w jednym kawałku). Ale nie! Widzę, że jeszcze się przekomarzają! Co tu dużo się rozpisywać, ta przepychanka trwała dobre 40 minut. W ciągu tego czasu ani razu nie dało się zobaczyć, kto połakomił się na ten złom. Aż w końcu udało się Marianowi wywindować tego gościa na płyciznę i naszym oczom ukazał się całkiem sympatyczny smelcik.

Szczęśliwy Marian pozuje do zdjęcia, jedna fotka i sympatyczny kropkowaniec wraca do Żejmiany (w dobrej kondycji :). Cóż pozostaje – tylko pogratulować takiego otwarcia spinowego sezonu! A z drugiej strony – gdzież sprawiedliwość?! Urodziny moje, a prezent dla Mariana!

Skrobanie z pstrykaniem: Kliwolit
Pstrykanie bez skrobania: Estrad

PS. Już wiem – dlaczego tak wyszło! Czytałem gdzieś, że nie wolno brać na ryby rybę!!! A miałem sałatkę z tuńczykiem...

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Przede wszystkim Witam wszystkich wcjowiczów po dłuuuuugiej przerwie.... A co do opowieści, jak zwykle sympatycznie się czyta, zdjęcia coraz lepsze, ale ostatnie chyba jest prima aprilisowym zartem ;-)))
Ech ta Wilia... piękna i latem i chłodną wiosną.
Dzięki za chwile wzruszeń, my warszawiacy rodem z tamtych stron, możemy tylko pozazdrościć...
Ale tęsknota pozostanie. Wszystkiego najlepszego , choć to pewnie już po Urodzinach.
Wojciechu, ja w sprawie tych żeberek (chudziutki boczek, że o karkówce nie wspomnę ;) ) - w przedzień przyprawić wedle uznania, zalać olejem, dorzucić drobno skrojonej cebulki i odstawić, by się przegryzło. To najwyżej 5 minut przygotowań, a przy ognisku - po prostu niebo w gębie :grin
Aha, jak już zabieram, to dwa razy więcej niż wynosi moja jednorazowa norma żywieniowa. Bo zawsze się potem przekonuję, że takiego mięsiwa jestem w stanie zjeść dwukrotnie więcej niż myślałem, że mogę :grin
W taki właśnie sposób należy też przeliczać zaopatrzenie na pozostałych uczestników wyprawy :grin
Cholera, o najważniejszym zapomniałem...
Kliwolicie - jeszcze raz przynajmniej tyle samo wiosenek, byle w zdrowiu i z tysiącem powodów do uśmiechu :)
Ehhh ja nierozgarniety..... Kliwocie Wszystkiego naj i takich wielgachnych jek ten na koncu ;-)))))
Bombel - Sandau: dzięki serdeczne za życzonka!:)
Ace28 - dzięki także!:)
Kliwolicie wszystkiego najlepszego :grin Rybek co najmniej takich jak na ostatniej fotce ;)
Daug laimės ir sveikatos! Kad tavo svajonės išsipildytų! Viso geriausio gimtadienio!!
Polejlama - dzięki serdeleczne! Dobiłeś mniego tymi życzonkami!!! :grin Jakąś Litwineczkę przygruchałeś do pomocy? Brawo! Tylko jeden błąd - w ostatnim zdaniu - brakuje w końcu słowa PROGA.
Wojtek wszystkiego najlepszego noi pogratóluj Estradowi. Pozdrawiam
Sto lat ... sto lat ... niech pisze, pisze nam ...
Wojtku, akcja z piękną dużą rybą, prawdziwe ognicho, pieczony boczek, miecz krzyżacki i jeszcze koperta - niezapomniane urodziny ! :)
Piwowariusz - nie zboczek, a ziobra!!! :grin :grin :grin Dzięki za życzeniska!!! 8) No i sprecyzuj mi ten Park! :?
Wszystkiego najlepszego, o marzeniach nie pisze bo się chyba spełniły. :)

Mieczyk fajny, ale to chyba Wasz bo z odsieczą podążacie :)
Spóźnione, ale szczere Wojtku, najlepszego :grin
Robert/Piotrek - dzięki!:)
Paweł/Aneta - podziękowawszy:)
Wszystkiego najlepszego Wojciech! Dużych ryb, brunetek, blondynek i czego tam jeszcze dusza zapragnie.
Dzięki Krzychu, brundynek to raczej nie dusza pragnie... :grin :grin :grin
Ace, draniu jeden! Gdzie żeś się obcyndalał, jak Ciebie nie było, hę? I jeszcze jedno: czy jak się po przerwie pojawisz, to od razu musisz, grafiku kompiutrowy Ty jeden, znowu demaskować żarcik? :grin ;)

Na ryby się szykuj. Ale jak kolejny raz się ośmielisz wyjąć medalową rybę tam, gdzie prawie nikt prawie nic nie łowi, to... To sam se resztę dośpiewaj :P
Bomblu Ty jeden ;-))) Tam sie łowi i to całkiem nieźle, ale wiesz kiepskiej baletnicy..... hahaha, a tak na poważnie trza mi iść na jakąś bareczkę, tylko gdzie ona teraz się odbywa?
Smutno mi :cry Chyba mało światowy jestem ?
Najlepszego Wojtku!!!!!!! :P
Podłączam się do życzeń, ale chętnie bym także to zrobił względem tej rybki
Puzio/Bulba - dzięki za życzonka!:)
Wspaniale spędzone urodziny- 100 lat zdrówka i połowów Wojtku :)
Dzięki Kaz!:)
Wojtuś! Z Łajstoka tyż wszyćkiego naj, naj :P
Dzięki Orni! 8) Szybki jesteś jak Pershing! :grin :grin :grin
Ajjaj jaj, wiedziałem, że mnie lubisz inaczej byś mi nie dowalił do pieca :upset Lepiej puźno niż wcale no nie? :grin
Równiez choc sporo po czasie wszystkeigo naj,naj, najlepszego. By najmniejsza rybka w tym roku była większa niż tą co Marian złapał. A zioberka wyglądają tak apetycznie że ślinka cieknie. :D
Dzięki Marcinie! Wpadaj kiedy na te zioberka - masz o przysłowiowy rzut beretem! :grin :grin :grin