Płaczliwym tonem zagwizdał czajnik, doskoczyłem zdejmując gwizdek z dzióbka. Cholerne nawyki - pomyślałem, przecież dopiero jest po trzeciej nad ranem, obudzę cały dom. Zalałem kawę w termosie, dolałem mleka, zapakowałem przygotowane kanapki. Wrzuciłem jeszcze jabłko do kieszeni kamizelki i truchcikiem pobiegłem do samochodu. Zaraz podjadą koledzy, jakoś nie wypada się spóźnić. Pięć minut przed ustalonym czasem jestem na miejscu, minutę później podjeżdża Marek. Pakujemy sprzęt do samochodów i jazda. Z Jarkiem umówieni jesteśmy po drodze. On też jest przed czasem. Nie zatrzymując się mrugam światłami, Jarek dołącza do konwoju w „locie” i po kilku minutach jesteśmy nad Rzeką.

Gdzieś w krzakach namiętnie świergoli słowik, pierwsza czapla ląduje po drugiej stronie rzeki, delikatnie szemrze woda przelewająca się po kamykach. Jest już na tyle jasno, że można rozkładać sprzęcicho, więc jak zwykle wszystko dzieje się sprawnie i bez zbędnych słów. Monotonię przygotowań przerywa awaria pompki, która definitywnie odmawia współpracy. Po kilku chwilach dopompowujemy ponton Marka prowizorycznie przystosowaną moją pompką i flotylla jest gotowa do wypłynięcia.

To okręt mój i Jarka

Marek już harcuje po wodzie

Wodujemy się w miejscu, gdzie kiedyś dobijał prom przewożący towary i ludzi przez rzekę. Pozostały po nim tylko betonowe płyty, doskonałe do slipowania łodzi i pontonów. Woda jest w znacznej części pokryta pianą z zapory, ale w niczym to nie przeszkadza. Całym sobą wystawiam się na działanie sił natury. Coraz więcej ptaków śpiewa swoje trele, upojnie pachnie sama rzeka, wilgocią, tatarakiem, glonami. Zresztą sam nie wiem czym, po prostu pachnie wielką rzeką. Po chwili my też odbijamy od brzegu i kierujemy się w stronę… zresztą sami zobaczcie.

Ten słoń to najwyższy most w Polsce, ma 122 metrów wysokości i ponad półtora kilometra długości. W zeszłym roku dołączył do reszty wrocławskich mostów. A mamy ich ponad 120, tak, to nie pomyłka, sto dwadzieścia. Dlatego Wrocek nazywają czasami polską Wenecją. Ale dosyć chwalenia się. Zapach wody, opary mgły nad rzeką i wschodzące słońce. Chłopcy popłynęli, a ja gapiłem się zafascynowany widokiem. W końcu wszystko ma jakiś kres, cyknąłem fotkę i pożeglowałem za kumplami. Zasadniczo nie byliśmy tam aby się gapić tylko by wyciągnąć coś z wody.

Jarek jako pierwszy zacina szczupaczka, ale temu po kilku rozpaczliwych świecach udaje się uwolnić. Krótki komentarz, że chyba miałby wymiar i zarzucana ponownie wędka ze świstem przecina poranne powietrze. Następnie Marek zapina ładnego sandacza, który po krótkim holu ląduje pewnie w podbieraku. Niestety, jestem zbyt daleko i nie zdążę zrobić fotki. Po tradycyjnym buziaku ryba wraca do rzeki, bo to i jeszcze okres ochronny i zgodnie z zabobonem pierwsza ryba powinna wrócić, co ma zapewnić obfitość w dalszych połowach.

Po obrzuceniu okolicznych miejscówek spływami z nurtem rzeki, omijając siedzących dość gęsto na brzegach, wędkarzy. Ten odcinek rzeki poddany jest dość sporej presji wędkarskiej, jako że położony jest prawie w mieście, ale są też całkiem spore odcinki niedostępne z brzegu a bardzo interesujące.

Jak na powyższej fotce nawisy krzaczorów, trzciny i drzewa uniemożliwiają dostęp z brzegu. Na dodatek echosonda pokazuje zatopione główki, niektóre przepięknie porozmywane przez wysoką wodę, normalnie raj. Na dwóch kolejnych takich główkach zacinam dwa szczupaczki.

Ten był pierwszy

A ten drugi

Ciekawostką było to, że oba były pokaleczone. Pierwszy nawet stracił część płetwy ogonowej i świeżo krwawił. Drugi też miał pogryziony ogon i krwawił. Sądzę, iż musiał tam grasować sporo większy ich pobratymca i zapragnął zapolować na coś większego.

Na ekranie sondy można dostrzec górkę, jaką tworzy zatopiona główka. O niektóre wadziłem silnikiem, by zaraz obok znaleźć się na dziesięciometrowej głębinie. Udało się też złowić kilkanaście okonków w rozmiarze konsumpcyjnym.

A także całkiem fajne jazie

Ogólnie rzecz ujmując, był to całkiem udany dzień, obfitujący , na pewno nie w okazy, ale całkiem przyzwoite rybki, których złowienie przyniosło nam nielichą frajdę. Wyjazd ten został potraktowany jako rekonesans i wszystkie, złowione tego dnia ryby, powróciły z powrotem do rzeki. Nie jestem orędownikiem metody catch&release, ale sporo ryb wypuszczam i tym razem tak właśnie było. Rzeka obdarzyła nas emocjami, które w pełni zaspokoiły nasze wędkarskie ego.

Dopłynęliśmy do portu jaki powstał jakiś czas temu w Urazie. Odwiedziliśmy starą żwirownię leżącą naprzeciw i nazywaną Prężyce od nazwy wsi, z której prowadzi do niej droga.

W drodze powrotnej wysiadł silnik na jednym z naszych „okrętów” i resztę drogi Marek odbył na uwięzi. Zmęczony upałem, pokazywał jak bardzo słońce świeci i na takiej fotografii został uwieczniony. Ten wspaniały, pełen emocji dzień zakończył się obcięciem coblera przez chyba-szczupaka, bo żadna inna ryba nie poradziłaby sobie z przynętą w tak krótkim czasie. Przy okazji, już wiem jak wytrzymałe są przypony z fluorocarbonu.

Reasumując, ryby jakie zostały złowione, przyniosły mnóstwo radości i emocji. Niestety, do galerii nie bardzo się nadawały, stąd powstał pomysł na spisanie relacji. Ponadto, przygody i awarie jakie nas dotknęły oraz to w jaki sposób sobie z nimi poradziliśmy, raz jeszcze potwierdziły powszechnie znaną zasadę: trzymajmy się kupy, kupy nic nie ruszy. I tym optymistycznym akcentem chciałbym zakończyć tę relację, mając nadzieję na następne wyprawy i ich opis.

Wrocław 26.05.2012

Mariusz Słowiński *zoltan40*

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Gratuluję wyprawy jak i relacji. Na fotce z \"fajnym jaziem\" jest jednak ewidentnie całkiem sympatyczna płoć
To bardzo możliwe ale gumkę połknęła jakby była jaziem, może jakaś powinowata :-)
Fajnie, fajnie i o rybach! :D
Mariusz, fajnie to przelałeś. Wiem, znam urok takich wypraw. Dzięki