W sobotę wieczorem odszukuję na kalendarzu ikonkę ze słoneczkiem i odczytuję wskazanie liczbowe stojące tuż obok. Następnie dokonuję operacji odjęcia 60 minut i otrzymuję w ten sposób moment, kiedy powinienem pojawić się nad rzeką. W związku z powyższym dokonuję kolejnej kalkulacji polegającej na odjęciu 30 minut, wklepuję wynik do telefonu i kładę się spać.

Jak to zwykle bywa w noc poprzedzającą wyjazd, śnią mi się jakieś pierdoły, więc o wyspaniu się nie może być mowy. Po wstaniu szybka toaleta, ubranie się, zabranie wiaderka i schodzenie w dół. Po dotarciu na podwórko i spojrzeniu w gwiaździste niebo mam pewne wątpliwości, czy aby czasem nie jest za wcześnie, jednak rzut oka w kierunku wschodnim potwierdza dobrą estymację – zaczyna świtać. Jak zawsze po drodze zastanawiam się gdzie zaatakować najpierw – w zasadzie już dzień wcześniej wymyśliłem, że skoro będę bardzo wcześnie, to zaczynam poniżej Przelewu, gdzie w półmroku jest względnie bezpiecznie, jeżeli chodzi o możliwości pourywania zestawu. Tak rozmyślając docieram już do zjazdu w Chruślinie i skręcam w gęstą mgłę. Moje skupienie przerywa gong – patrzę na deskę rozdzielczą i prawie nie wierzę: 4 stopnie, a po chwili to już 3,5 – rekord. Po opuszczeniu szarej zawiesiny licznik wskazuje "aż" 7 oczek… Niestety nad samą rzeką mgliście, więc jeszcze zimniej, co po chwili odczuwam na własnej skórze. Do tego widoczność jeszcze bardzo ograniczona – mówiąc bez eufemizmów – jest po prostu ciemno. Wodery na nogi, zasypanie wszystkich miejscówek i zaczynam zgodnie z planem.

Nic, w sensie spławika, nie widać, ale zestaw już w wodzie. Po chwili kontrola i 2 z 3 ziarenek objedzone, więc coś się dzieje. Próbuję łowić z ręki, ale nic się już nie melduje. Dodatkowo od razu jakiś zaczep powoduje, że muszę w tym półmroku zawiązać zestaw. Jakoś się udaje i próbuję jeszcze przez chwilę, ale nie ma żadnych efektów. Poza tym zrobiło się już w miarę jasno, więc przesuwam się w górę rzeki. Najpierw Przelew, ale to miejsce zupełnie zawodzi. W związku z tym przenoszę się do miejsca, z którym wiążę największe nadzieje, czyli Nowego.

Mam oczywiście w planie odzyskać utracone haczyki i odłowić mojego klenia (brzanę?). Zaczynam na groch i od razu są puknięcia, ale płotki widocznie nie są w stanie zwalczyć żółtego ziarenka. Zakładam więc pęczak i od razu jest płotka, całkiem zresztą niezła jak na początek.

Kolejne minuty przynoszą kolejne rybki. W zasadzie w każdym rzucie jest branie, natomiast rozmiar zdobyczy zmniejsza się konsekwentnie. Tymczasowo daję za wygraną i udaję się powyżej Starego Mostu. Bardziej chyba z przyzwyczajenia.

Ile ja razy tu już zaglądałem?! Miejsce niewspółmiernie piękne do ilości zdobyczy tu upolowanych. Przez 10 lat złowiłem tu zaledwie cały komplet (czy jak kto woli trójcę: gucio, johnny, grasant) i kilkanaście (kilkadziesiąt?) płotek. Nie lepiej jest i tym razem. Jest kilka płotkowych brań, ale żadnego z nich nie jestem w stanie zaciąć. Przenoszę się zatem pomiędzy ostatnie dwie miejscówki, w sam środek Starego Mostu.

Lubię takie dynamiczne miejsca. Pod brzegiem niestety silny nurt, potem zwolnienie przed wysepką, dalej wartko, jeszcze jedna wysepka i znowu nurt. Dobrze wiem, że jak weźmie jakiś grasancik, to wielkich szans raczej mieć nie będę przez ten szalejący prąd pod moimi nogami. Ostatnio fajnie brały płotki i na nie również dzisiaj liczę. W międzyczasie próbuje się ujawnić słoneczko.

Nadal jednak jest bardzo zimno. To chyba jeden z najchłodniejszych poranków nad Moją Rzeką –drugi rekord. Próbuję większe ziarenka na początek i są pojedyncze puknięcia. Po chwili zmieniam na kaszę i są poważniejsze, nazwijmy to, brania. Poważniejesze, po bardzo agresywne, ale żadnego nie udaje mi się zaciąć. W końcu po którymś razie mam zbója.

To już trzeci dzisiaj rekord. To chyba najmniejszy grasancik, którego udało mi się złowić w Bzurze. Taki gówniarz, a prawie udało mu się podczas holu wpłynąć pod drzewo po lewej. Nawet nie chce sobie wyobrażać, co by tu czterdziestak wyprawiał… Są nadal brania, ale zostawiam te moby-dicki i wracam do Nowego.

Mgła, jak widać nie odpuszcza. Od razu są brania, może nie tak często jak rankiem, ale za to bardziej zdecydowane. Łowię ze dwie czy trzy płotki całkiem słusznych rozmiarów.

Ta chyba największa. Postanawiam w końcu przeprawić się na drugą stronę i zaatakować Przelew z drugiej strony, gdzie mam nadzieję upolować grasanta. Rzucam garstkę i już na odchodnym, tuż przy roślince jest jeszcze jedno branie. Dużo chlapania na powierzchni i zamiast oczekiwanego kleniaka pojawia się klasyczny, po półkilowy gucio.

Dwa rekordy w jednym. To chyba najmniejszy egzemplarz, którego udało mi się tutaj złowić i z pewnością to pierwszy przypadek, gdy inauguracja tego gatunku następuje we wrześniu… Po tym incydencie przechodzę na drugą stronę zgodnie z planem. W międzyczasie pojawia się banda spinningistów: z dwóch samochodów wysypuje się chyba 7 czy 8 egzemplarzy – kolejny rekord.

Chciałem uwiecznić to "zjawisko", ale tak szybko się rozleźli, że upolowałem tylko dwie sztuki. Groch na haczyku, wędka do ręki i czekam na grasanta. Przechodzi mi po kilku minutach, próbuję również na pęczak i łowię malutką płoteczkę. Na tym atrakcje się kończą. Idę kawałek w górę rzeki dokładnie naprzeciwko Nowego.

Oceniam, że jest koło siódmej, może kilka minut po. Spoglądam w końcu na zegarek. Jednak prawda okazuje się brutalna, bo jest dokładnie ósma. To chyba kolejny rekord – nigdy mi czas tak szybko nie zleciał. Została mi zatem godzina z kawałkiem. Pęczak moczy się kilka minut, ale nie ma żadnego kontaktu. Sprawdzam jeszcze raz Przelew z jednej i z drugiej strony (po przeprawie), ale grasanty odmawiają współpracy. Pozostały czas spędzam w Nowym oraz w środku Starego Mostu. W tym pierwszym doławiam jeszcze dwie czy trzy płotki, w drugim, mimo wielu prób nie udaje mi się zaciąć żadnego brania. Zwijam się kilka minut po dziewiątej. Haczyków nie odzyskałem…

Rekordy nad Bzurą bił
Sebastian Krzemień *Kwantyl*

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Dzika i bardzo urozmaicona, widać po miejscówkach.
A relacja pierwsza klasa, w klimatach z czasów, gdy Kwantyl wszystkich Bzurą zafascynował, brawo!
chyba czas przeprosic sie z Bzurką...
relacja fajna, miejscówki znajome...do zobaczenia nad wodą
W pewnym momencie zacząłemn się bać, że Kwantyl pobije również spiningistów... ;-)
Esencja kwantylowych potyczek... Jak sądzę będzie wkrótce i ta \"wisienka\" na torcie... ze straconymi haczykami, tylko Autor musi znaleźć czas i mieć szczęście. Też jestem ciekawy, co to było.
Pisząc o esencji nie przesadziłem, bo młodzież mogłaby uczyć się od Sebastiana jak z pozornie krótkiej, bo 4-godzinnej wyprawy można wynieść wrażeń, obserwacji i w dodatku świetnie to opisać. Obawiam się, że zdeterminowanie esemesowe, skypowe i inne tego typu sposoby wymiany informacji między młodymi ludźmi zabijają dawne formy literackie.
Sebastian, wcale się nie dziwię, że nie zdążyłeś sfotografować 8 spinningistów. Rozpierzchli się biegiem, bo... po prostu spóźnili się (zaspali?) i chcąc \"nadrobić\" (a się nie da, wiemy, ale łudzimy się często ;-)) pobiegli na miejscówki.
A rekordów cała masa, większość z nich cieszy, bo oznacza, że Bzura żyje i ciągle zaskakuje.
PS. To miejsce po starym moście - KAPITALNE, chociaż trudne... a może właśnie dlatego?
Dzięki za artykuł!