Sezon 2011 zaczął się dla mnie pod koniec kwietnia nad Narwią. Ten odcinek rzeki znam od dzieciństwa. Wiosna to dla mnie płocie, krąpie, jazie. Niestety kończy się na samych płotkach. Mam dwa potężne brania, połączone z odjazdem ryby w dół rzeki, ale zakończyło się w zaczepach. Mógł być wielki kleń lub rzeczny spaślaczek – karp. Dopiero gdy latem opadła woda zobaczyłem w jakie kłębowisko gałęzi uciekały ryby. Szkoda. Za to można było w spokoju i samotności posiedzieć nad wodą. O tej porze roku jest tu jeszcze bardzo mało wędkarzy.

Już w maju udaje mi się spędzić pierwszą nockę nad rzeką. Wyjazd bardziej rekreacyjny, w towarzystwie niewędkującego kolegi i naszych dziewczyn. Wieczorem na białe robaki łowię tylko około wymiarowego szczupaczka i jakąś drobnicę. Około siódmej rano pierwsze konkretne branie. Ryba dołuje, schodzi z nurtem i już przy podbieraku pęka przypon 0,18 mm. Stawiam na ładnego leszcza i przeklinam samego siebie. Musiałem w nocy coś źle zawiązać. Godzinę później mam kolejne branie. Tym razem holuję spokojniej i po chwili jest na brzegu pierwszy leszcz sezonu. I to od razu całe 56 cm.

Później niestety długo los nie uśmiecha się do mnie. Nie mam zbyt dużo czasu. Płynąca prawie pod domem Wisła przestała mnie interesować. Próbuję spinningować nad Wkrą Efektem są tylko okonie i jeden spięty szczupak. Wiem już jednak, że wsiąkłem w tę rzekę na dobre i w kolejnym roku zamierzam poświęcić jej sporo czasu.

Już na początku lata udaje mi się zorganizować dwa nocne wypady nad Narew. Bardzo uczciwie przełowione od popołudnia w piątek do pory obiadowej następnego dnia. Brań w ciągu dnia jest mnóstwo. Łowimy z kolegą kilkanaście bardzo ładnych krąpi, spore płocie. Trafia mi się jaź i pojedyncze niezbyt wyrośnięte leszcze. Za to nocą ryby omijają nasze rosówki. Trochę żałuję. Po zeszłorocznym sumie, węgorzu i porwanym zestawie, wiele w tym roku sobie obiecywałem po łowieniu na rosówki.

Czas mija, sezon ucieka. Póki co mam na rozkładzie tylko jednego godnego leszcza! Krótki, kilkugodzinny wypad z żoną nad Narew odczarowuje mój niefart. Łowimy drugiego, ładnego leszcza. Kolejne dwa uciekają już przy podbieraku. Czyli coś zaczyna się dziać.

Postanawiam w końcu się ogarnąć, zaplanować pozostałe weekendy i wolne dni. Staram się też robić w międzyczasie trochę zdjęć. W poprzednich sezonach nieco sobie to odpuściłem. Teraz chcę mieć do czego wracać zimą wspomnieniami. Do widoków, kolorów, przyrody, chwil, emocji i odczuć, po które jeździ się nad wodę.

Zaczyna się wrzesień, który już od kilku lat jest moim ulubionym miesiącem. Staram się być nad rzeką przynajmniej raz w tygodniu. Owocuje poznanie kilku miejsc, które zaczynają darzyć leszczami. Każdy wyjazd przynosi mi jakieś ryby. Leszcze nie są duże – od niecałego kilograma do może kilo dwadzieścia. Za to zawsze łowię po kilka sztuk.  

Próbuję też trochę z żywcówką, bo dawno nie łowiłem tą metodą w rzece. Zawsze wydawało mi się to skomplikowane – gruntowy paternoster albo nurt ściągający spławikowy zestaw. Zaczynam od prostego zestawu ze spławikiem i ukleją na pojedynczym haczyku. Szukam miejsc za przeszkodami, bez uciągu, ze wstecznym prądem. Pierwsze branie nastąpiło po nie więcej jak pół godzinie. Szczupak jest idealnie wymiarowy i wraca z powrotem do wody.

Już w październiku odwiedzamy z kolegą pewne starorzecze. Przez pierwsze dwie godziny łowimy osiem lub dziewięć szczupaków. Niestety przeważają niewymiarowe. Kolejny wyjazd tylko utwierdza nas w przekonaniu, że przy tak niskim stanie wody, możemy połowić sobie co najwyżej niewymiarki. Za to wiosną na pewno tu wrócimy. Tym bardziej, że wcześniej przy znacznie wyższej wodzie koledze trafił się siedemdziesiątak.

Nabrałem też już doświadczeń z żywczykiem. Do tradycyjnej metody dobrze pasuje ponad dwudziestoletni, rosyjski teleskop. Moja pierwsza wędka sprzed lat. Reanimowałem ją ostatnio, wymieniłem przelotki. Typowa „batowata” akcja, dzięki której wyholowałem szczupaka zaciętego dosłownie za skórkę po zewnętrznej stronie szczęk. Uzupełnieniem zestawu jest spławik – tradycyjna, styropianowa bombka mocowana na stałe. Zawsze zniechęcały mnie głębokie połknięcia żywca, oznaczające praktycznie uśmiercenie złowionej ryby. Teraz zacinam chwilę po schowaniu spławika. Z pojedynczego haczyka nie spina się żaden szczupak. Ryby zapięte są na tyle płytko, że bez problemu mogą wracać do wody.

Do końca listopada co weekend jeżdżę nad podwarszawskie wody w poszukiwaniu szczupaków. Uczciwie obławiamy z kolegami dwa starorzecza Narwi i jezioro Góra. Niestety im dalej w jesień, tym gorzej z braniami. W końcu po którymś zaskakującym przemarznięciu pod koniec listopada, postanawiam zakończyć sezon.

Patrząc z perspektywy czasu myślę, że nie było najgorzej. Zwłaszcza jeśli chodzi o ilość brań i złowionych ryb. Może zabrzmi to samochwalnie, ale miałem więcej brań i złowiłem więcej niż rok, czy dwa lata temu. Przede wszystkim dotyczy to moich ulubionych leszczy.  Mam nadzieję, że to dobry zwiastun na przyszłość.

To już koniec moich zeszłorocznych dokonań. Zimy póki co nie mamy. Być może już za kilka tygodni będzie można spokojnie stanąć z lekką spławikówką nad wodą. I życzę sobie, żeby następny rok był co najmniej tak samo fajny.  Plany już mam…

Paweł Daniec *Anguiler*

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Niektóre widoczki jak by znajome :-).
No pięknie Pawełku. Wytrwałości i lepszych wyników w sezonie 2012 życzę. :-)
Camaro...mmmmm.....pamiętam, jak odkładałem na ten kręcioł!, właściwie mój pierwszy kołowrotek kupiony w sklepie wędkarskim, nie na bazarze :D.Wypraw i rybek gratuluje!, a jak będziesz chciał się pozbyć tego camaro, to daj znać, chętnie odkupie! :D
Hi,Hi Przemo ja mam jeszcze czarnego Quick Camaro LS 25 bodajże
Dzięki za dobre słowo chłopaki :-)
Siara ja na swój też jako dzieciak składałem :-) Nie przypadkiem te kołowrotki są na tych fotkach i do jakiej wędki jest Camaro przypięte :-)
P.S. Widziałem na Allegro taki sam, ale starszą wersję w czarnym kolorze.
Super fotki. \"Czujesz\" klimat i to widać. Też lubię w zimowe wieczory wrócić wstecz dzięki robionym zdjęciom.
Graty Paweł, ja nigdy nie zebrałem się do żadnego podsumowania. Może Twoje opowiadanko mnie zmobilizuje? Nie wiem, ale nabieram chęci. Dzięki. :-)
Swoją drogą, fajnie to napisałeś, pięknie się czyta. :P
bardzo przyjemnie się czyta, szczególnie gdy ostatnio pogoda nie sprzyja wyjściom na cokolwiek
Tak. Wspomnienie mijającego sezonu zawsze wzbudza uśmiech na twarzy i tęsknotę. Fajne fotki Paweł ( kilka miejsc wydaje się być znajomych).
Życzę Ci, aby sezon 2012 był bogaty w wędkarskie eskapady i abyś pobił kilka prywatnych rybich rekordów. Pozdro!
Jeszcze raz dzięki za miłe słowa :-)
Takie podsumowania zawszę powodują, że przypominają się fajne momenty :-)