Zawsze, gdy szykuje się wyprawa w rodzinne, bużańskie strony ciśnienie automatycznie skacze mi do góry. Mam ogromny sentyment do rzeki Bug. Tak samo jak ogromny sentyment do malutkiej wioseczki położonej tuż nad jego brzegiem tuż pod samą granicą. Bo jak nie żywić uczuć miejsca, w którym czas jakby się zatrzymał i można złapać oddech pełną piersią, do miejsca gdzie spędzało się w dzieciństwie większość wakacji, pomagając w polu i beztrosko hasając po okolicznych uliczkach, oświetlanych prowizorycznymi latarniami zrobionymi z blaszanych misek.

Chyba do końca życia będę wracał do Niemirowa z nastawieniem głównie wędkarskim. To ta rzeka witała mnie w wędkarskim świecie, bo to właśnie tutaj jako malec z 20 lat temu zanurzyłem pierwszy raz spławik.

Znowu szykował się wyjazd do babci i dziadka, więc długo się nie namyślając zaproponowałem rodzicom, by jechać tym razem moim autem i trochę wcześniej. Wolne w pracy na sobotę wzięte i już mam 2 dni wolnego. Dwa dni nad Bugiem! Serce radowało się cały czas i w nocy przed wyjazdem ciężko było zasnąć przez tysiące myśli i wspomnień.

Po 130-kilometrowej podróży jesteśmy na miejscu. Szybkie przywitanie ze starszyzną i w głowie już tylko jedna myśl: NAD WODĘ! Ojciec oczywiście ma podobnie, więc nie mija 10 minut i już jesteśmy gotowi do wyruszenia nad Bug. Zachodzimy nad miejsce zwane przez autochtonów "Skutyskiem". Miejsce, w którym starorzecze - przerwaniec - łączy się z rzeką. Bardzo rybne i miejscami głębokie na 8-9 metrów, starorzecze, w którym kryją się piękne ryby tym razem nie nadaje się do łowienia. Sierpniowa niżówka chyba się trochę przesunęła w czasie i sprawiło to, że rzeka miała bardzo niski poziom, a starorzecze nie nadawało się do łowienia. Tak więc wybraliśmy zakole i jednocześnie wpływ do nurtu. Ojciec usiadł ze spławikówką, ja jak zawsze wziąłem spinning. Najpierw w ruch poszedł Konger Turbo 2,70 w gramaturze 7-21. Łowiłem plecionką i cięższymi główkami. Odzewu ze strony ryb nie było jednak żadnego.

Powoli zaczęły się zbliżać godziny popołudniowe i wieczorne. Postanowiłem zmienić plan i wyciągnąć okoniówkę Mikado Felling z c.w. do 10 gr. Świetny kijek, który zakupiłem z polecenia dobrego kolegi Mariusza ze sklepu wędkarskiego "Drapieżnik" w Białymstoku. Spełniał moje wszystkie wymagania odnośnie wędki okoniowej. Niezwykle przystępna cena - około130 zł (kijek ze starszej i lepszej wersji).

Rozpocząłem od zawiązania troczka. Pierwsze 30 minut i na "liczniku" mam już paręnaście pięknie wybarwionych, lecz ledwo wymiarowych okoni. Jeden wymiarowy szczupak obciął żyłkę tuż pod nogami (żyłka 0,12 mm). Później założyłem 1,5 gr główkę i powolutku obławiałem okolice nurtu. Kolejne okonie lądowały na brzegu dając przy okazji świetną zabawę na czułym kijku. W końcu trzeba było zakończyć wędkowanie, gdyż ciemności i wrześniowy chłód dawał we znaki.

W drodze powrotnej oczywiście ustalamy plan, że bez wczesno-porannej pobudki na ryby się nie obejdzie.

Noc była bardzo zimna jak na początki września. Sprawiło to też , że spało się pod cieplutką kołderką nad wyraz przyjemnie i o wyznaczonej godzinie ani mi, ani ojcu nie było w głowie wysunąć spod niej choćby paluszka. Także poranne rybki nie dane były tym razem.

Po śniadaniu trzeba było trochę pomóc babci, także zrobiliśmy co trzeba było i już planowaliśmy drogę powrotną. Dokładniej mieliśmy zamiar odwiedzić jedną z moich ulubionych miejsc na Bugu - niemal legendarny już "TROJAN". Brzeg jest tam przyozdobiony faszyną, są tam nibygłówki - jak je nazywam i pełno zaczepów. To taka krótka charakterystyka tego miejsca. Piekielnie trudne technicznie pod względem wędkarskim miejsce nie jest oblegane przez wędkarzy. Zostawiłem tutaj nie jedno pudełko przynęt jednak tutaj Bug obdarowywał mnie też najpiękniejszymi i najwaleczniejszymi okoniami jakie łowiłem.

Wracając z Niemirowa musieliśmy po prostu tam się zatrzymać i połowić parę godzin. Siła wyższa!

Ja oczywiście łowię moim Feelingiem z żyłeczką 0,12 mm, a ojciec tym razem chwycił za klasyczny spinning. Od razu niemal meldują się okonie w przedziale 20-27cm. Łowimy tak z 2 godziny. Podczas nich bolenie sprawiały, że nie można było się nudzić i co chwilę krew stawała w żyłach, gdy kolejna "torpeda" 2-3 metry ode mnie biła w stada rybek lub pobierała jedzonko z powierzchni. No cóż zrobić, jak nie usiąść i przyglądać się temu pięknemu widokowi, jak się nie potrafi za nic skłonić bolenia do ataku?

Pomyślałem - co mam do stracenia? - i założyłem żuczki Dorado. Jeden, ledwo miarowy klenik dał się skusić. Następnie zakładam zielonego żuczka od kolegi "WOBIEGO". Pierwszy rzut wykonałem pod prąd, tuż przy samym brzegu i z 20 cm od miejsca, gdzie na wodzie upadła przynęta robi się kocioł. Wyszedł! Jest branie! Staram się nie spalić zacięcia i jak się okazuje wstrzeliwuje się niemal idealnie. Siedzi! I teraz dopiero jest problem, bo łowisko niezwykle zaczepne, nurt do wolnych nie należy, a wędka i żyłeczka typowo okoniowe. Ryba idzie jak pociąg w stronę środka rzeki wyciągając mi z kołowrotka kolejne metry żyłeczki. Na szczęście zawsze mam odpowiednio ustawiony hamulec. Powolutku staram się ją zatrzymać i krzyczę do ojca by przyniósł podbierak, który tym razem nie wisiał mi na plecach, a został przy aucie. Ojciec widząc co się dzieje z daleka, jak niemal do dolnika wygięła się moja wędka, biegł po podbierak niczym Usain Bolt.

Udaje mi się podciągnąć słabnącą rybę. I tutaj się dość mocno zdziwiłem, bo byłem pewny, że mam na wędce bolenia. Jednak okazało się, że jest to piękny i gruby kleń. A raczej KLENISKO!

Ostrożnie podebrałem rybę i usiadłem na kamieniu spuszczając całe nabrane w płuca powietrze. Podbierak musiałem wyciągnąć na trawę oburącz. Nie chciałem robić zdjęć na kamieniach, gdyż groziło to wypadnięciem rybki z rąk na ostre kamienie i zabiciem jej. Szybka sesja zdjęciowa z "Kleniozaurem" i czując wędkarskie spełnienie uwalniam swojego godnego przeciwnika. Odpłynął w bużańskie głębiny.

Tym samym pokonałem swój życiowy rekord długości klenia. Wcześniejszy ustanowiłem na podlaskiej rzeczce, wyciągając na dużo mocniejszym sprzęcie 46 cm "kluska". Ten bużański brzmi już dużo dumniej - bo 50 cm. Kleń na takim ultralightowym sprzęcie z silnego nurtu to nie lada wyczyn. Po tej rybie już nie miałem w głowie dalszego łowienia. Byłem przeszczęśliwy. Po ochłonięciu i wysłaniu wiadomości o rybie do znajomego wyruszyliśmy w podróż powrotną... Do zobaczenia Bugu!

Bartek Radź *Beny*

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Służbowy laptek: Windows 7 Enterprise - niestety nie widzę zdjęć :(. Tylko ja tak mam?
Tylko Ty :P
Super, Bartek. Gratuluję i trochę zazdroszczę klenia. Ja takiego na rozkładzie nie mam.Fajnie oddane przeżycia
Piękna ryba, gratulacje :-)
Piękny klenio, gratulacje. Bużańska przygoda bezcenna ;-)
Przesiadłem się na prywatny i mozillę i teraz widzę! Gratulacje łowcy!
P.S. A dlaczego nie widzę na słuzbowym? Zazdrość o klenia zżera korporację?
Piękna ryba! Feelinga kupiłem za radą Jacka Jóźwiaka. Łowiłem nim parę lat na Sanie, fajny kijek.