…Minęło 12 miesięcy bez jednego tygodnia i oto znowu jesteśmy w Szwecji. Znowu nad naszym cudownym rzeko –jeziorem, pełni wspomnień sprzed roku, ale i głodni nowych wrażeń. To co ma się właśnie rozpocząć śniło nam się wielokrotnie. Prawie obsesyjnie. Wypłynąć już dzisiaj nie zdołamy, ale te 50m, do pomostu,,, żeby choć chwilę popatrzeć na wodę. O tak , trzeba. I od razu zauważamy problem. Jest prawie metr więcej wody, niż było w 2011. Na pomost nie da się wejść bez solidnych gumowców, lub śpiochów. Poza tym jest uszkodzony – schodząca kra zniosła jego pierwszy człon z kamiennej podpory. Tym samym nie mamy jak kotwiczyć naszych okrętów. Oczywiście – w najgorszym wypadku będziemy wyciągali na plażę. Tylko dlaczego zaczynamy od najgorszego przypadku?!

Z podniet na ten wieczór zostaje tylko składanie pontonów i kompletowanie wędek.

Dzień pierwszy

Niedzielny, chłodny poranek 20.05 anno domini 2012 . Troszkę kapie . Pochmurno. Na powierzchni nie ma oznak żerowania. Pierwsze bankowe miejscówki są albo całkowicie puste, albo obdarzają tylko niewymiarkami. Do przerwy obiadowej mozolnie czeszę stanowisko po stanowisku. Po obiedzie w ramach dobrego uczynku , posługując się pożyczonymi od Ann-Karin deskami i płytami chodnikowymi odzyskujemy pomost.

Skoro ryb nie było płyciznach i w strefach średnich, to turę popołudniowo - wieczorną zamierzam dedykować łowiskom „głębinowym”: gardzieli i lejkowi. Niestety, w gardzieli jest tak silny prąd, że moje główki nie mogą zejść do dna. Zresztą ponton na dwóch 14-kilogramowych kotwicach też myszkuje na boki. Pozostaje lejek. Prawie trzy godziny batożenia wody różnymi kolorami gumek różnymi stylami prowadzenia spuszcza ze mnie powietrze. Po całym dniu bilans nie wygląda zachęcająco: 9 szczupaczków i 2 okonie.

Dzień drugi

Szkoda bić pianę o cudownych krajobrazach i kolorach tęczy odbijających się w tęczowych łuskach ryb. Do rzeczy. Do południa 4 szczupaczki, w tym jeden wymiarowy. Po południu ……. 4 plotki i leszczyk na kukurydzę. Zdziwieni?! Już wyjaśniam. Tylko w zacisznym „białorybowym” schronieniu dało się wytrzymać! Bo choć było słonecznie, to jednocześnie upiornie zimny wiatr uniemożliwiał wędkowanie na otwartej wodzie. Wieczorem Sławek sugeruje odbycie narady wojennej, bo dotychczasowe wyniki istotnie rozmijają się z naszymi oczekiwaniami. Nawet jeżeli białoryb i ołówki dostarczają trochę zabawy. Gdy ją kończymy w atmosferze dywanowych nalotów szwedzkich komarzyc szwedzkie ryby mogą spać spokojnie: wiemy, że jest zbyt wysoka woda, wegetacja cofnięta o miesiąc w stosunku do stanu w RP, i … to byłoby na tyle!

Dzień trzeci

Do 12-tej zabawa z kukurydzą i plotkami w osłoniętym od wiatru miejscu. Z powodów takich samych, jak wczoraj. Ponieważ nęcone przez Sławka płotkowe miejsce jest blisko naszego portu, to na drugie śniadanie wracamy do domu. Chwile spędzone w cieple i bez kołysania są naprawdę cenne. Później pojawia się więcej słońca i choć wiatr nie ustępuje, to jednak łowienie jest o niebo przyjemniejsze. Do trzeciej – 4 szczupaczki i 3 okonie w przedziale 18-22cm. Po obiedzie i godzinnej sjeście wyruszamy na dalsze zmagania. Ja do spinningowania. Sławek - niezbyt zachęcony wielkością swoich i moich zdobyczy wraca do białorybu, marząc po cichu o dużym leszczu lub dużym jaziu.

Kieruję się na grupkę trzech kamienistych wysepek prawie na wprost naszego pomostu. To tylko 400 – 500m, więc docieram błyskawicznie. Pomimo wysokiego stanu wody podnoszę silnik do pozycji płytkiego pływania, bo nie pamiętam dokładnej pozycji kilku kamiennych pułapek rozlokowanych w pobliżu tych wysepek. Pierwsze rzuty na lekki okoniowy spad nie dają pobicia, więc na wiosłach pokonuję 20 metrów do miejscówki, która rok temu kojarzyła mi się z urwanym szczupakiem i kilkoma okoniami. Rzut w bezpośrednie sąsiedztwo olbrzymiego zalanego głazu prowokuje ostre pobicie. Niestety ryba prawie natychmiast spada. Slider zostaje zamieniony na sporą gumę i kolejny rzut. Dwa ruchy szczytówką i pojawia się ciężar. Kontrolnie zacinam i …jest! ,Na drugim końcu plecionki zaczyna intensywnie pulsować życie… Dwa krótkie odjazdy i już zębaty młynkuje przy burcie. I to jaki zębaty! Przecież to potężna kłoda. Ciśnienie dodatkowo skacze, bo plecionka przy nieudanej próbie podebrania owija się wokół chwytaka. Na szczęście ryba nie podejmuje dalszej walki i kolejne podejście do podhaczenia kończy się sukcesem.

Nie mogę uwierzyć, ale wygląda na to , że mam metrowca!!! Tak szybko?! Trzeci dzień i już?! Pierwszy cel osiągnięty?! Odczepiam zdobycz, bo figlowanie w pontonie z gumą w pysku może mnie drogo kosztować. Teraz jeszcze jak jego i siebie sfotografować? Po chwili namysłu postanawiam płynąć do Sławka, by to on pstryknął fotki. Ryba do siatki i mała naprzód. Nie widzimy się, bo Sławek jest za wysepką, ale to tylko ok. 300m. Jednak po kilku minutach dopadają mnie wątpliwości: ryby przecież nie zmierzyłem , a ocena „na oko” z pewnością nie grzeszy dokładnością. Jak zabraknie choćby centymetra to tylko zawrócę kumplowi głowę! I przy okazji troszkę się zbłaźnię. Dobra – maszyny stop. Przecież w kamizelce mam miarkę. Przetrząsanie jej zakamarków trwa moment i stary krawiecki centymetr jest gotowy do pomiaru. Boże , tylko 95cm!!! No tak, w tej sytuacji zamiast do Sławka kurs na pomost, by samodzielnie i samotnie celebrować fotki i rozczarowanie…

Ryba oczywiście wraca ostatecznie do wody, Do końca dnia doświadczam jeszcze kilku innych pobić i stuknięć, nawiązuję krótki kontakt z sandaczami na głębokości 6,5m w nowym miejscu. A i tak w głowie kołacze się neon „zabrakło 5cm”.

Przy okazji – Sławek złapał w pierwszym podejściu prawie 2-kilogramowego jazia. Na spławik.

Pike 95cm

Dzień czwarty

Kierunek – gdzie oczy poniosą, bo mam tę świadomość, że rybcie są wszędzie i tylko ode mnie zależy, czy się spotkamy. A tak konkretnie postanawiam spenetrować wysepki w okolicach końca naszego półwyspu. Rano jeszcze nie ma wiatru, więc dystans około kilometra udaje się prawie błyskawicznie pokonać. Zaczynam czesanie zatoczek i większych zatok, najchętniej po stronie zawietrznej, bo znowu tylko tu wiatr nie urywa głowy, a promienie słoneczne pomagają uwierzyć, że to ostatnia dekada maja… .Po drodze szczupaczki, szczupak 50cm, 3 ładne okonie, jeden urwany, kilka spadów. A to wszystko w towarzystwie gęsi na wodzie, jastrzębi gniazdujących na wierzchołkach drzew, bardzo malowniczych, płytkich zakoli usianych głazami, gdzie niegdzie jeszcze żółtym starym sitowiem. .. Dla takich chwil i dla takich miejsc tu przyjeżdżamy. Ryby są przy okazji i bez wysiłku. Bez spinania się. Przed pierwszą, kiedy mam już wracać na obiad, rzut oddany w raptem 70-centymetrową głębię z ledwie przykrytymi wodą kamieniami prowokuje pobicie dużego szczupaka. Niecałe pięć minut później w pontonie melduje się całe 97cm kaczodziobej agresji i piękna.

Znudziłem im się...

Popołudniową turę zaczynam dopiero od 17-tej. Łowieniem płotek z gruntu na kukurydzę. Moje lenistwo i wygoda doprowadzają mnie do bardzo kreatywnego wykorzystania sandaczowki: przecież wystarczy do agrafki zapiąć systemik z ciężarkiem i haczykiem. Dzięki temu na okręcie nie ląduje dodatkowa wędka, ani dodatkowe pudło ze sprzętem. Puszka kukurydzy zastępuje w Szwecji – przynajmniej w moim przypadku – zanęty, glinki, pinki i cały ten spożywczy kram! Zabawa jest świetna, lekka i przyjemna, ale nic naprawdę dużego nie trafia się. Po dwóch godzinach wracam do spinningu. Poszukuje sandaczy w rynnach i na stokach, eksperymentuję z przynętami. Na puchowca łapię szczupaczka i szczupaka troszkę ponad 50cm.

Powietrzny drapieżnik

97 cm.... slider rządzi

Tak tu zacisznie....

Dzień piąty

Do 11 zaliczam tylko 2 szczupaczki. Dalej luz. Ciepły , słoneczny dzień z flautą przyjmujemy jak niedzielę. Dla wytłumaczenia swojego lenistwa przyjmujemy wersję pt „zero możliwości sprowokowania okonia i szczupaka, nie mówiąc już sandaczu.” Po prostu kiedyś trzeba odespać, poopalać się, okręty posprzątać. Taki… dzień organizacyjny.

Flauta

Flauta 2

Płotkowe miejsce

Dzień szósty

Moja zbrojownia

W ramach porannej szychty padają dwa szczupaki wymiarowe, 3 krótkie, a przy burcie urywam krokodyla. A dlaczego? A dlatego, że wiedząc o niemożności zrobienia sam sobie dobrych fotek, postanowiłem dramatyzm walki utrwalić.. w trakcie holu.

Od 17 do 20-tej uparcie eksploruję dużą zatokę na końcu naszego półwyspu. Mój upór nie przynosi mi jednak nic poza narastającą frustracją: ryby kompletnie olewają moje wabiki. A najgorsze jest to, że one tu są – pluski, plaski, pogonie i spławy dokoła pontonu mało mi nie nadwyrężą karku. Palnik z nieba, woda jak lustro, roślinność wodna coraz bliżej powierzchni, skałki podwodne i miejscami tak linowo nawet. Co z tego, kiedy nie biorą!!! W końcu, kiedy najpierw lekkie zefirki zamieniają się w dojrzałe zefiry, a błękit włoski ustępuje militarnym ołowiom postanawiam zmykać . Do pomostu dopływam w strugach deszczu.

Godzina odpoczynku, ciepła herbatka, kapciuszki, już nawet szwedzka telewizja rozjaśniła ekran, ale ….przyszedł glos obowiązku ( rok durniu czekałeś na te chwile, a teraz co – przed telewizorem siedzisz?!) i rad nierad wykopał mnie znowu na ryby. Powiem tak – warto było. W tzw. nowym, sandaczowym miejscu 2 potężne szczupaki uznały za stosowne spaść w trakcie holu, szczupaczek złapany, a nawet sandaczyk złapany został. Ten ostatni wielce istotna role odegrał, bo ostatecznie udowodnił mi, że niekoniecznie trzeba tylko lejek i „nieczynną gardziel” za dostawce sandaczy uważać.

Cisza przed burzą

Smok w krainie krokodyli...

Dzień siódmy

Od 5 do 11. Szczupak 55cm i 74 . Ten drugi w trollingu. Ponadto 2 ,ołówki, okonek, kilka pobić niewykorzystanych.

Od 18 do 22.30 – w polowaniu na olbrzyma… padają 4 szczupaczki. Dużo niewykorzystanych pobić…

Ot, zwykły dzień w Szwecji. Tylko temperaturami bardziej tak jak by hiszpański….

Jeszcze raz ten smok...

Dzień ósmy

Od 7 do 11.30 - 2 okonie i kilka okonków, 2 szczupaczki, niektóre rybki w trolingu. 17.30 – 23 .00 4 szczupaczki i 3 okonie. Kilka pobić okoniowych. Nadal upalnie.

Włoskie niebo, szwedzkie klimaty

Dzień dziewiąty

Przez noc sporo się pozmieniało. Poranek wita nas silnym wiatrem, wysoką falą i zachmurzeniem. Trzeba chować się w zacisznych zatokach, lub mocno podskakiwać na falach. Ręce marzną zupełnie niezależnie od wybranej opcji. Ale to się opłaca: do 11-tej 5 dużych szczupaków, 3 krótkie i 2 okonie, Jeden krokodyl spadł przy pontonie. W tym szukaniu zacisznych miejsc udaje mi się namierzyć naprawdę niezwykłą miejscówkę: płytka zatoka z ledwie wychodzącymi z wody rzadkimi trzcinami, przedzielona pośrodku trzymetrowym rowem o czterometrowej nawet głębokości, z nurtem ( na wprost rowu jest coś na kształt kanału dzielącego wyspę ). A wszystko osłonięte sosnami i świerkami… i w tych rzadkich trzcinkach aż gotuje się od szczupaków. Po prostu ambrozja z lodem!

Wieczorem padają jeszcze 3 sztuki miarowe i 2 ołówki. A przed spaniem długa gorąca kąpiel, aspiryna, D52, propolis – przecież trzeba się reanimować i zakonserwować po trudach pracowitego dnia.

Dzień dziesiąty

Eksploracji nowych zatok i wysepek ciąg dalszy. Towarzyszy mi istna mieszanka pogodowa: trochę flauty, by za chwilę zdrowo wiało, trochę słoneczka wymienianego na ciemne chmury. Jakieś okonki i krótkie szczupaczki meldują się regularnie na wędce prawie w każdym miejscu. Między tymi maluchami odwiedzają mnie dwa osobniki o grubszych karkach i w garniturach miary 70 i 85cm. W porannej sesji mam jeszcze dwa wydarzenia: lekko dramatyczne i ….zjawiskowe! Dramatyczne polegało na tym , iż w czasie jednej z prób odhaczania główki, w trakcie próby opanowania wędki, zestawu do odhaczania i silnika na wstecznym, przy dużej fali nagle przypadkowo podkręciłem manetkę gazu. W efekcie ponton zaczął wirować na wstecznym i nabierać wody! Nie powiem, troszkę mi się ciepło zrobiło. Zjawiskowe – to złapanie dwóch potężnych okoni za jednym zamachem. Wobler – a niech stracę – w formie szczupaczka marki WOBI po prostu tak wkurzył dwa spore garbusy, że postanowiły go rozerwać na strzępy! W czasie całego holu, jak i w momencie wyciągania okonie kompletnie nie zwracały uwagi na mnie! One cały czas walczyły między sobą o nieszczęsnego szczupaczka! W ten sposób na jednej kotwicy woblera wisiał egzemplarz 42-centymetrowy, a na drugiej – 34-centymetrowy. Wiele razy widziałem ryby odprowadzające złapanego kumpla do burty, ale żeby aż tak!!! Sądzę, ze do końca żywota drugi taki przypadek mi nie grozi.

Szychta popołudniowo – wieczorna też ma swoje „curiosum w meritum” – leszczyka złapanego na szczupakową gumę! Poza tym – kolejne 3 duże okonie ( ale już pojedynczo ), 2 urwane potężne zębacze, jakieś ołówki. Wszystko w rozległej i bardzo płytkiej zatoce z kiełkującą z wody trzciną, przy sporej fali i pogodzie jak skopiowanej z poranka.

Dwa na jednego

Słoneczko z orzeźwiającym wicherkiem

Przystań...

W pobliżu schronienia dla wędkarzy i kajakarzy

W środku było nawet po polsku

Prawie autoportret

Dzień jedenasty

Pobudka o piątej z minutami, o szóstej odbijam z przystani. Dlaczego tak rano?! Bo na razie potężne chmury tylko wiszą i nie pada, A na wodzie flauta. Z prognozy pogody wynikało, że może być tylko gorzej. Więc tyle, ile uda się wyrwać z samego rana, tyle naszego.

Płynę wzdłuż lewego brzegu, bo, początkowo wyglądało, że tutaj nie będzie fali. Ale wiatr już się pojawił i tak kręci, że nic nie jest na stałe. Ten odcinek rzeko-jeziora jest dość ciekawy: szerokie pasy płycizn wzdłuż brzegu porasta rzadka trzcina, która miejscami przechodzi w rasowe trzcinowiska. Tuz za płytką wodą zaczynają się spady- nawet do 11 metrów! Rok temu te rejony zarówno mnie jak i Sławka obdarzyły ciekawymi rybami, ale dzisiaj coś początki nie są najlepsze. Może dlatego, że wiatr błyskawicznie spycha ponton z głębszych miejsc na płycizny. Może są zbyt duże fale?!

Jednak przed 9-tą coś zaczyna się dziać. Najpierw wymiarowy zębacz, później ołówek… i tak do dziesiątej łapie jeszcze 5 ryb, w tym 2 ładne okonie i jednego przyzwoitego szczupaka. Po krótkim śniadaniu na nieczynnej miejskiej plaży obieram kurs na środek rzeko-jeziora. Mam po prostu nadzieję na schronienie się przed falami i wiatrem za trzcinowiskami i wyspami. Kiedy dopływam do rozległej płycizny z rzadką roślinnością przewalają się nad nią krótkie, ale ponad półmetrowe fale. Wygląda to tak, jak gdyby wiatr postanowił przyganiać fale z różnych zakątków właśnie w to miejsce, gdzie ja aktualnie chcę łowić! Skoro jednak tu przypłynąłem to trzeba próbować. Jeden, drugi i trzeci rzut… przy czwartym uderzenie, które przynosi mi przyzwoitego szczupaka. A później już co chwila pobicie. Praktycznie gdzie bym nie posłał slidera, to o ile nie łapię zaczepu roślinnego, to mam pobicie! W ciągu następnych 90 minut wyciągam 6 dużych szczupaków i pięć małych. Wśród dużych jest kaczodzioby w kategorii krokodyl – 101cm. A dwa inne krokodyle wygrywają ze mną: jeden spina się, drugi zjada gumę wraz z przyponem! O 13-tej - zmarznięty, ale całkowicie usatysfakcjonowany podejmuję decyzje o powrocie na obiad. Oprócz metrowca mam na koncie jeszcze jeden rekord – 18 ryb złapanych w jednej turze!

Przy obiedzie okazuje się, że Sławek też złowił metrowca, a znacznie większy okaz spiął mu się przy pontonie.

Wieczorne łowienie zamierzam potraktować z dużym luzem w nadgarstku: żadnego dalekiego pływania – po prostu lejek. Do 22-giej padają 2 szczupaki, 2 okonie, 5 okonków i szczupaczek. A.. i jeszcze kolejne curiosum w meritum: jaź 35cm, który zaatakował 10cm gumę na 15-gramowej główce!!! Jakieś porażki n tej szychcie?! Tak, oczywiście – kilkanaście puknięć sandaczowych, czasem po wyjątkowo długim prowadzeniu – be efektu. Czyżby lejek ożył?!

101 cm agresji i piękna

Galeria chwały

Tuż przed rozstaniem

Bardzo ambitny jaź...

Dzień dwunasty

Po dobrym wczorajszym wprowadzeniu w lejku byłoby grzechem pozostawić łowisko - jak by to powiedział Kubuś Puchatek – takim samotnym. Zatem od rana w moim grafiku wielkimi literami wypisano LEJEK! . Tyle tylko, że również tak jak wczoraj pogoda nie zamierza sprzyjać połowom. Zimno, wiatr i przelotne deszcze dają się solidnie we znaki. Dlatego w ciągu dnia aż dwa razy zawijam do przystani, by, ogrzać się w domu i wysuszyć. Tu dają o sobie znać zalety łowienia w Szwecji: nie trzeba zabierać silnika, wędek i pudeł z przynętami . Nie trzeba targać się z tym majdanem tam i z powrotem. Nikt tu nic nie ukradnie. A w przypadku złej lub niepewnej pogody nie trzeba pływać na odległe łowiska, bo nawet w promieniu 700m od domu mamy do wyboru kilka fajnych miejsc do spinningowania. Dzień nie należy wędkarsko do fantastycznych, ale przecież niecodziennie jest niedziela. Na osłodę wieczorem udaje mi się złapać sandacza 53cm. Po kilku puknięciach i jednym sandaczowa tym spadzie, ale jednak.

Największy mój sandacz A. D. 2012

Coś mnie brało...

Dzień trzynasty

Bez żadnych rewelacji: 7 szczupaków, 6 szczupaczków i okoń. Ponadto zjedzony Hard Nose przez dużego szczupaka i spad sandacza w trakcie holu, w lejku. I oczywista nauka – dobry kołowrotek i dobrze ustawiony hamulec. W Bulanda Polonia to się tak nie rzuca na mózg, bo rzadko w ogóle się coś dzieje, ale tutaj nawet dzienna analiza przypadków przynosi pouczające wnioski. Ja to niby wszystko wiedziałem, ale jakoś tak… nie przykładałem wagi.

Szwedzki garbusek

Dzień czternasty

Cały dzień lało jak z cebra. Rano wiatr zrzucił mi z pomostu do wody drugi skład Mitchell Privilidge’a….. Intensywna akcja ratunkowa z użyciem podbieraka, okularów polaryzacyjnych i ciężkiej wahadłówki orzącej dno nie dały rezultatu. To miał być debiut tej wędki…. .

Sławek na swoim okręcie...

Dzień piętnasty

Łowię tylko od 6 do 13. 3 szczupaki i 3 szczupaczki. Kontakt z poznanym wcześniej krokodylem w trzcinkach na wprost ujścia…. Zatoka z dziewiątego dnia. 2 razy jego wygrana… .

Dzień szesnasty

I to już koniec. Ostatnie godziny w raju. Płynę powoli wzdłuż zalesionego brzegu i podziwiam przyrodę. „Kątem pluje” przyrodę. Prawie tak, jak to sugerują niektórzy wędkarscy kacykowie w programach wędkarskich rodzimej telewizji. Żegna minie poselstwo złożone z 3 szczupaków, 3 okoni i całego mnóstwa szczupaczków. Chłopaki z Dalalven, niestety – nic się nie da zrobić! Za rok Finlandia!

the end....

Postscriptum

W ciągu roku, który dzielił naszą poprzednią wyprawę od obecnej przeczytałem kilka relacji z wypraw wędkarskich . Niektóre tematycznie dość bliskie naszym przeżyciom. Niektóre ….odebrałem jak wywołanie do tablicy. Na przykład ktoś napisał „… Niektórzy piszą, że bierze im na wszystko i wszędzie…” Ja cos podobnego napisałem w „ Naszej Szwecji” ! Bo tak po prostu było. Nie przez cały czas, tylko dwa lub trzy dni z całego wyjazdu, ale jednak. I mam na to dowody - na zdjęciach, oraz w postaci dokładnie takich samych „zeznań” Sławka.

Niektóre relacje starają się „odczarować” Szwecję. Pojechali i … nie połowili. Lub połowili tylko troszkę. Kiedy czytam takie zdania to przypomina mi się, że rok temu ja przepłynąłem przez lejek nie zwracając na niego uwagi. Dopiero metodyczne podejście Sławka pozwoliło je odkryć. Dlatego jest dla mnie oczywiste, że nawet będąc w wędkarskim raju trzeba mieć to szczęście, by go zauważyć. I … by znaleźć do niego klucz. I… że nawet w wędkarskim raju trafiają się zwykłe dni. Inna strona medalu: Sławek , by mieć większe szanse złapania sandaczy, pływał na łowisko oddalone o ok. 2 km skrótem, lub ok. 5 km „ normalną drogą”. Ja – wyszedłem z założenia, że sandacze musza być znacznie bliżej w tak obfitującej w ryby rzec jak Nedre Dalalven. 800m od domu wyznaczyłem miejsce, w którym –w moim odczuciu - musiały być sandacze. Bo tak sugerowało ukształtowanie dna, rodzaj dna, głębokości, bliskość lub wręcz obecność nurtu, bliskość lub wręcz obecność olbrzymich stad ryb. I one tam rzeczywiście były, bo udało się jednego złapać. A kilka innych sprowokować do ataku. Jednak gdyby nie mój upór, to łowisko nie zostałoby odkryte. Podchody do niego trwały kilka dni, zanim pierwsze dowody ujrzały „światło dzienne” Gwoli ścisłości to łowisko – jak i wszystkie inne znane nam łowiska sandaczy w Nedre Dalalven – nadal są w pewnym sensie nieodkryte, ponieważ nadal nie opracowaliśmy metody regularnego połowy tych ryb w większej ilości. Jedno jest pewne – one tam są i można je złowić . Są też prawdziwe okazy: w sklepie wędkarskim w Gevle widzieliśmy fotografię ponad metrowego sandacza złapanego przez sprzedawcę ledwie tydzień wcześniej. Na gumę!!!

Andrzej Pilipczuk *Andyp*

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Byłem tam kiedyś... To był mój pierwszy wędkarski wyjazd do Skandynawii. Ależ wtedy było ryb... :-)
Fajna opowieść, nakręca chęć obejrzenia miejsca. ;-)
Gratuluję .Relacja jak zwykle dopracowana w każdym szczególe.Fajnie , że połowiliście pozdrawiam
Darek
Fajna relacja i fajne foty. Bardzo podoba mi się portret sandacza z 12 dnia, ten podpisany \"coś mnie brało\". Jakby miał pióra...