W sumie ten artykuł powstawał na raty, część zapisałem zaraz po powrocie, część w rocznicę, a resztę ostatnio. Fakty są jednak nieubłagane i to, co znajduje się poniżej jest migawką naszych przeżyć sprzed 2,5 roku! Pomyślałem jednak, że warto coś napisać o wspólnej wyprawie, bynajmniej nie próbując zaklinać przyszłości, tym bardziej, że ostatnio w portalu pojawia się niewiele nowych tekstów.

Nasz wyjazd do Szwecji, a właściwie mój udział w planowanej ze sporym wyprzedzeniem wyprawie Bartka, był dość spontaniczny. Wrzesień bywa u mnie dość „luźnym zawodowo” miesiącem, więc zbyt długo nie musiałem zastanawiać się nad propozycją dołączenia do prawie w 100% wcwujowego składu. Grupę poza mną stanowiło dwóch Pawłów, Jarek, Artur i Bartek, ekipa sprawdzona w wielu wędkarskich bojach. Cel podróży nie był zbyt odległy, to dla mnie decydująca cecha, bo mieliśmy przebywać na południu Szwecji, raptem niecałe 100 km na zachód od Karlskrony, ciągle w geograficznym regionie Skåne. Dokładnego położenia przed wyjazdem nie znałem, bo w sumie niespecjalnie mnie to interesowało. Ważne, że jazdy było niedużo, ekipa znana, a lider pewny, czego sobie życzyć więcej? No może tylko metrowych szczupaków. W końcu w Szwecji powinno być ich więcej niż u nas…

To nasz skład, od góry z lewej: Bartek (bart), Artur (Sołtys), Jarek (kot_bury), pod nim: Paweł, drugi Paweł (czyli Baks) i TJ.

* * *

Jadąc na ryby do Szwecji lub gdziekolwiek za granicę, przed wyprawą każdy ma oczywiście marzenia i nadzieję na spotkanie z okazami, a nawet jeśli nie z nimi, to chociaż z wędkowaniem do bólu rąk. Nie należy jednak zapominać, że za każdym razem taka wyprawa to okazja do poznania nowych ludzi, bo nie zawsze wszyscy uczestnicy znają się przed wyjazdem, czy odwiedzenia nowych miejsc, często bardzo odmiennych od tych spotykanych w kraju, choć odległość wcale nie musi być duża. W końcu wędkarskie wyjazdy turystyczne sprzyjają przeżyciu niezwykłych przygód, także nie związanych z naszym hobby, takich które rzadko zdarzają się podczas krótkich, krajowych wypadów.

W naszym przypadku o wyposażenie sprzętowe zadbaliśmy sami i wyszło z tym różnie, w zależności od naszego doświadczenia. Sprzęt okoniowo-szczupakowy przecież jako mieszkaniec północno-wschodniej Polski posiadam w standardzie, więc poza kilkoma przynętami do głębokiego trollingu nic więcej nie potrzebowałem. Za to o zaprowiantowanie zadbał Bartek i sądzę, że było to najlepsze rozwiązanie z możliwych. Oczywiście każdy mógł sobie zabrać do jedzenia to, co wyjątkowo lubi, jednak kuchnia była wspólna i oczywistym zachowaniem było dzielenie się np. smakołykami z innymi.

Jesienią do Szwecji jedzie się jednak z myślą o konsumpcji rybiego białka, w bogatym grzybowym dresingu. Z podstawą, czyli rybami raczej nie powinno być kłopotu, bo jest ich – dzięki środowiskowej polityce, naturalnym zasobom i mentalności Szwedów wystarczająco dużo. Grzybów w niektórych regionach nie zbiera się w ogóle lub tylko nieliczne gatunki w ograniczonym zakresie do bezpośredniego spożycia. Rodowici Szwedzi rzadko sami konserwują grzyby, a raczej polegają na tych przetwarzanych przemysłowo lub importowanych i dostępnych w sklepach.

W praktyce więc, było co jeść i pić w ilościach wystarczających na nasz pobyt. Natura zapewniać miała smaczne uzupełnienie, a po drobiazgi zawsze można podjechać do pobliskiego sklepu. Zaopatrzenie świetnie zmieściło się w doskonale nadających się do takich wypraw dostawczakach, tym bardziej, że podróżowaliśmy po 3 osoby w każdym z nich.

W dniu wyjazdu członkowie grupy pozbierali się po drodze z Siedlec, przez Warszawę do Olsztynka, gdzie dokoptowałem do nich na stacji Orlenu. Były wczesne godziny popołudniowe, a na prom, wypływający wieczorem, 18 września 2009 r. z Gdyni do Karlskrony mieliśmy odpowiedni zapas czasu. Skorzystaliśmy więc z postoju przy restauracji, aby zjeść obiad, porozmawiać o nowościach i tym co nas czeka w Szwecji. Co prawda nie widzieliśmy się tylko miesiąc od 8. Urodzin WCWI, ale jak wiadomo wyobraźnia wystarczająco nas motywowała do snucia przyszłych wydarzeń. Droga do gdyńskiego portu promowego minęła błyskawicznie.

Jak można sobie łatwo wyobrazić tym, którzy w Szwecji ostatnio bywali, do wjazdu na prom Finnarow, takich jak my zapaleńców czekało co najmniej kilkudziesięciu. Poza paroma samochodami firmowymi większość naszych współpodróżnych posiadała kombi z bagażnikami dachowymi, wypełnionymi sprzętem wędkarskim. Ni mniej, ni więcej, jak wędkarski exodus. Zrobiło to na mnie niemałe wrażenie, bo w Szwecji byłem ostatnio z 10 lat temu (był to wyjazd zupełnie niewędkarski), a na ryby zwykle jeżdżę w promieniu 50 km od miejsca zamieszkania. W dodatku, nie mam w gronie kolegów z pracy czy sąsiadów wędkarzy, a tu tylu ludzi, jadących w jednym celu! Będzie się działo, oj będzie…

Do Szwecji płynęliśmy, jak wszyscy, na pokładzie Stena Baltica mieszczącym pasażerów, samochody osobowe i ciężarowe.

Wnętrze nie jest specjalnie szykowne, ale jak na te trasy wystarczające i wygodne.

Nocna, morska podróż promem to swoista rutyna. Wjazd na prom, rejestracja w recepcji, załadowanie bagażu podręcznego w kajutach i zbiórka w restauracji. Tam, bez względu, czy bilet zawiera tzw. all inclusive, czy też nie, wrzuca się coś na ruszt, popija zimnym lub nieco cieplejszym trunkiem i udaje się na spoczynek (kierowcy szybciej, reszta ciut później). Wstać trzeba o 6, bo o godz. 7 prom jest opróżniany po szwedzkiej stronie.

Specjalnie nie oszczędzaliśmy na kajutach i choć można było przespać się w fotelach lotniczych na wspólnym pokładzie, to jednak najważniejsze jest, aby dobrze się wyspać.

W sumie podróż przez Bałtyk między Gdynią a Karlskroną (podobnie jak ze Świnoujścia do Ystad) jest krótka, bo większość czasu i tak śpi się w kajutach i bywa, jak w naszym przypadku, że dopiero ogłoszenie przez załogę promu o zbliżaniu się do wybrzeża Szwecji zrywa nas z łóżek. Ci, którzy wybierają podróż do trzeciego portu docelowego przy połączeniach Polski ze Szwecją, czyli Nynäshamn (w okolicy Sztokholmu) mają nieco więcej czasu na zwiedzanie promu i dostępnych na pokładzie atrakcji, jednak wcale nie odczuwa się pokonywania setek mil morskich. Jeśli jest pogodnie to większość pasażerów podczas dokowania przygląda się mijanym szkierom, nadbrzeżnym zabudowaniom, zacumowanym statkom i temu wszystkiemu, co jest jednak znane, ale przecież inne niż w otaczających nas realiach.

Spożyliśmy szybkie śniadanie, zebraliśmy podręczny bagaż i udaliśmy się na dolne pokłady samochodowe w poszukiwaniu naszych pojazdów. Nie mieliśmy z tym problemów, ale można zagubić się nieco, jeśli zapomnimy lub nie sprawdzimy po wjeździe na pokład, w której sekcji zostawiamy samochód. Pokładów na promach pływających z Polski jest kilka i są rozmieszczone wokół statku, więc zapamiętanie czy jest to 5D czy 4C bardzo ułatwia życie.

Wkrótce otwarto drzwi wyjazdowe i nieśpiesznie wytoczyliśmy się z zachowaniem kolejności parkowania, na nabrzeże portu w Karlskronie. Kierowcy ze strefy Schengen kierują się do wyjść oznaczonych dla członków EU, pozostali do wyznaczonych bramek celnych. Przejazd tzw. zieloną strefą nie oznacza jednak, że za każdym razem uda nam się przejechać bez kontroli. Te prowadzone są wyrywkowo przez szwedzkie służby celne, a głównie koncentrują się na pytaniu o cel podróży. Najczęściej wędkarze gładko przejeżdżają, a problemy mają wyłącznie nadużywający alkoholu na promie. Szwedzi są nieustępliwi i bardzo rygorystycznie podchodzą do przestrzegania przepisów drogowych. Jeśli przesadzi się z imprezowaniem na pokładzie promu i nikt trzeźwy nie jest w stanie poprowadzić samochodu, oprócz słonego mandatu trzeba będzie czekać do ustąpienia objawów na policyjnym parkingu lub co gorsza w ichniejszej izbie wytrzeźwień (wg wysokich stawek). Zresztą taką akcję widzieliśmy i jednemu z „mobilków” mogliśmy jedynie współczuć.

Po wyjeździe z terminala skierowaliśmy się na obwodnicę Karlskrony (miasto znajduje się na zachodnim półwyspie w stosunku do terminala promowego) i obraliśmy kierunek Malmö, drogą międzynarodową E22. Miejsce naszego pobytu było oddalone od portu ok. 95 km. Zresztą położone jest także w podobnej odległości od Ystad z tym tylko, że płynęliśmy z Gdyni, a nie Świnoujścia.

Drogi w Skandynawii nie są zbytnio oblegane (to wynik znacznie mniejszej gęstości zaludnienia) więc poza obwodnicami, dojazdami do miast i porami szczytu ruch jest niewielki. Mijanych czy wyprzedzanych pojazdów było jak na lekarstwo, także dzięki temu, że było pogodne, wczesnojesienne, niedzielne przedpołudnie. Po niespełna dwóch godzinach dotarliśmy na miejsce, czyli do zabudowań Haralda - gospodarza wynajmującego domki wędkarzom.

Droga na miejsce położona jest nad brzegiem naszego, docelowego jeziora, zresztą poruszaliśmy się nią wielokrotnie.

To mapa batymetryczna jeziora z zaznaczonym czerwonym kółkiem miejscem naszego pobytu.

Na spotkanie o tak wczesnej porze nikt do nas nie wyszedł, bo zwyczajnie gospodarstwo jeszcze nie funkcjonowało. Zdążyliśmy nieco rozejrzeć się po okolicy, rozprostować nogi i zaczerpnąć powietrza, czym na podwórku pobudziliśmy psy właściciela, a następnie jego syna.

Pojawił się z uśmiechem i co ważniejsze, kluczami do najbliższego drodze wyjazdowej z gospodarstwa, domku. Tych było kilka, typowych dla tej części Szwecji, tzw. stug. Oczywiście drewnianych o charakterystycznych, mahoniowych elewacjach z jasnym wykończeniem okien i wiatrownic, krytych gontem lub czerwoną papą. Ten nasz był chyba jednym z pierwszych w gospodarstwie, więc wyglądem nieco odbiegał od pozostałych, ale był za to w dogodniejszym miejscu. Wewnątrz znajdowały się 2 izby, z których pierwsza miała otwartą przestrzeń korytarza, jadalni, kuchni i sypialni z dwoma łóżkami. Te zajęli Jarek z Arturem. Nad stołem jadalni dostawiało się drabinkę i wchodziło na drugi poziom, gdzie przewidziano kolejne 2 miejsca noclegowe – miejsce obrali Pawły. Drugie pomieszczenie było typową sypialnią dla dwóch osób, wyposażone w dość obszerną szafą ubraniową, które przypadły mnie i Bartkowi. Z korytarza wchodziło się także do łazienki łączącej funkcję prysznica i toalety w jednym.

Pośpiesznie wrzuciliśmy na łóżka podręczne bagaże i poszliśmy z synem gospodarza na przystań, żeby sprawdzić łodzie, silniki i wysłuchać instrukcji ich użytkowania. Opłata za pobyt obejmowała także koszt paliwa, co nie było bez znaczenia zakładając, że jezioro, nad którego brzegami stacjonowaliśmy jest jednym z większych w tej części Szwecji. Było po czym pływać i szukać ryb, a gospodarz dbał o zawartość zbiorników paliwa.

Podwórko w naszym gospodarstwie. Za tym parawanem jest bania, w Skandynawii częste miejsce regeneracji sił, bez względu na pory roku, choć jak wiadomo największą atrakcją jest korzystanie z niej zimą.

Do naszej dyspozycji mieliśmy dwie laminowane łodzie (jedna do złudzenia przypominała polską łódkę chętnie wykorzystywaną przez ratowników) wyposażone w kilkukonne (6 i 8) silniki spalinowe Suzuki i Johnsona, wystarczające do swobodnego przemieszczania się między łowiskami, a także trollingu. W zanadrzu przy pomoście stała jeszcze jedna łódź z silnikiem na wypadek awarii jednej z nam przydzielonych. Dobre rozwiązanie, bo pozwalało nie tracić czasu w oczekiwaniu na naprawę. Jedyną rzeczą, która nieco nas zmartwiła było wyjście z przystani. Mocno kamieniste (jak dno większości jezior w Szwecji) i dość płytkie, ale najgorsze były wielkie kamienie znajdujące się tuż pod powierzchnią wody, które jednak nie były ani oznaczone, ani dobrze widoczne z łodzi. Gospodarz co prawda objaśnił nam jak wypływać z zatoki, mimo to początkowo nie czułem się pewny w nawigacji.

Po większych deszczach, przed wypłynięciem trzeba było najpierw wylać wodę z łódek.

Z przystani do domku było ok. 500 metrów polnej drogi, biegnącej wzdłuż łąki z jednej strony i mini lasu z drugiej. W tym rzadkim lasku gospodarz urządził wybieg dla koni, które są traktowane w Szwecji jak zwierzę domowe, rzadko wykorzystywane w pracy, a bardziej jako element folkloru. Koniki były przeważnie kasztanowate i kare, nie bały się i nie stroniły od ludzi. Bywało, że często odprowadzały nas wzdłuż drogi i z powrotem znad jeziora do domku.

Samochodem podwoziliśmy tylko cięższy sprzęt, echosondy, paliwo. Dla nas zdrowiej było wędrować piechotą, tym bardziej, że po drodze zbieraliśmy grzyby.

Praktycznie wszędzie wokół drogi, a także przy samej przystani na spłachetkach organicznej ziemi, mchu i zwiędniętego listowia poutykanego między polodowcowe głazy rosły grzyby: koźlarze, borowiki, podgrzybki, maślaki i opieńki. Było ich wystarczająco dużo, żeby już pierwszego dnia wysmażyć niezłą kolację, ku zdziwieniu gospodarza (pewnie dziwił się za każdym razem, kiedy stacjonowali u niego Polacy). A propos rodaków, dowiedzieliśmy się, że kilka dni przed nami Harald gościł dwóch, którzy jednak przedwcześnie wyjechali, choć zarezerwowali domek na tydzień. Po 2 dniach słabych połowów zdecydowali się szukać szczęścia w szkierach.

Takich dorodnych borowików zbieraliśmy codziennie po kapeluszu, pod koniec pobytu jednak już się nam znudziło...

Informacja o słabym żerowaniu ryb trochę nas zasmuciła, ale dopiero przyjechaliśmy, więc nie było sensu martwić się na zapas. Najważniejsze, że okolica była przepiękna, pogoda letnia, jezioro ogromne, więc i szanse powinny być duże. W domku mieliśmy mapę jeziora i notatki mieszkających przed nami Polaków z kilku lat (widocznie przyjeżdżali tam systematycznie). Na kilku kartkach w notatniku zaznaczone były miejsca okoniowe, szczupakowe i sandaczowe, krótkie informacje o sposobie połowu i najlepszych przynętach. Bardzo cenne informacje, które wkrótce zamierzaliśmy sprawdzić.

Narada przed wyprawą...

i niezbędne przygotowania z załadunkiem sprzętu...

Można wypływać... najpierw na wiosłach...

bo przy brzegu łatwo było uszkodzić silnik o różnej wielkości głazy...

a dopiero na wodzie można było uruchomić silniki i wrzucić bieg.

Jeszcze wieczorem po przyjeździe postanowiliśmy zmierzyć się z rybami z jeziora. Jednak do zmroku było zbyt mało czasu, żeby poznać choć ułamek wody. Skoncentrowaliśmy się na okolicy naszej przystani. W dwóch łódkach złowione zostały pierwsze ryby – drobne okonie. Przy zachodzącym słońcu oczywiście uradowaliśmy oczy przepięknymi okolicznościami przyrody i wracając zazgrzytaliśmy… kolumnami silników o wystające wszędzie głazy. Na szczęście płynęliśmy wolno, a fala nie była zbyt duża, więc obyło się bez katastrofy.

Następne dni były do siebie bardzo podobne. Wstawaliśmy rano (ale bez przesady), jedliśmy śniadanie, chwytaliśmy za sprzęt, podjeżdżaliśmy albo podchodziliśmy do przystani, ładowaliśmy się do dwóch łódek i wypływaliśmy na szerokie wody Ivösjön. Pływaliśmy do południa, potem udawaliśmy się na sjestę, a po niej do zmroku znowu próbowaliśmy coś z wody wyciągnąć.

Pierwsze szczupaki wyprawy...

i okonie...

Jednak w takiej bezkresności wody zamierzmy złowić coś większego.

Kilka dni bywało mocno deszczowych i nieco chłodniejszych. Nie wypływaliśmy na ryby, a raczej oddawaliśmy się innym rozrywkom albo jeździliśmy do miasteczka Barum położonego na zachodnim brzegu jeziora, po niektóre produkty spożywcze.

To widok na jezioro z jego północnego krańca.

Jezioro zaskakiwało nas za każdym razem, choć po paru dniach mieliśmy już swoje ulubione miejsca i marszrutę. Zaczynaliśmy od wypłynięcia na szerokie wody. Wtedy dopiero można było ogarnąć całość zbiornika. Osobiście czułem się przytłoczony jego wielkością, żeby nie powiedzieć zagubiony. Jezioro ma powierzchnię ponad 5,4 tys. ha, czyli mniej więcej podobnie jak nasze Dąbie w woj. zachodniopomorskim, czyli 4. co do wielkości jezioro w Polsce.

Często pływaliśmy koło siebie, dzieląc się uwagami na temat miejsc żerowania ryb, efektami i najskuteczniejszymi przynętami.

Często jednak bywały chwile, kiedy ryby przestawały brać, a i kolejne pomysły nie pomagały dobrać się im do ogona.

Jak podawano, największa głębokość to prawie 52 m, czyli tyle ile na położonym w okolicach Olsztyna jez. Wulpińskim, czy jez. Łańskim, jednak zarówno ukształtowaniem, jak i czystością wody Ivösjön odbiega od większości naszych jezior, na korzyść tego ostatniego. W zależności od części jeziora można było natrafić na miejsca z piaszczystym, żwirowatym jak i kamienistym dnem. Roślinności podwodnej nie było nigdzie tyle, ile na naszych silnie zeutrofizowanych jeziorach. Tylko w trzech miejscach zlokalizowaliśmy płytkie obszary bogato porośnięte roślinnością. Głównie były to rdesty, wywłócznik, moczarka i osoka rosnące w zatokach na nisko położonych brzegach. Bliżej krawędzi wody i lądu pojawiała się trzcina i tataraki, ale strefy tych ostatnich urywały się wraz z gwałtownie obniżającym się dnem jeziora. Większość brzegów otoczona była ogromnymi skałami, na których nierzadko, jak bocianie gniazda albo przypominające twierdzę z „Dział Nawarony” znajdowały się szwedzkie posiadłości. Niektóre z nich robiły imponujące wrażenie nawet przyglądając im się z wody.

Przyroda radziła sobie na każdym wolnym od wody kawałku kamienia. Kwestia czasu, a w tak niesprzyjających warunkach pojawiały się pierwsze porosty i mchy...

Aby wkrótce (co jest oczywiście pojęciem względnym, bo zasiedlanie trwa latami) pojawiły się rośliny wyższe...

Zasiedlając wyspy i tworząc ich specyficzny klimat... jak ze skandynawskich bajek. Jak widać da się tutaj też obozować, chociaż nie wiem, czy jest to dozwolone.

Niedaleko naszej przystani była jedna zatoka, która przypominała te spotykane na naszych mazurskich jeziorach, w niej czułem się najlepiej i często tam właśnie kończyliśmy wędkowanie, nawet jeśli nic sensownego nie udawało złowić się w innych częściach jeziora. W sumie nie pływaliśmy zbyt daleko od przystani, bo odległości dzielące nas od skrajów jeziora były ogromne. Kilka razy jednak zapuszczaliśmy się daleko na południowe części akwenu.

Podczas pierwszego tak odległego wypłynięcia trafiliśmy na międzynarodowe zawody wędkarskie. Brały w nich udział załogi nastawiające się głównie na metodę trollingową, wykorzystując duże i mocne jednostki zaopatrzone w elektronikę, specjalne uchwyty i profesjonalny osprzęt umieszczony na łodziach. My na naszych łódkach wyglądaliśmy raczej na amatorów... Spotkaliśmy jednak także i wędkarzy podobnych do nas, czyli na zwykłych łodziach i wędkujących raczej z ręki niż za pomocą skomplikowanego sprzętu. Bez względu na technologiczne zaawansowanie, wyniki mieliśmy podobne, czyli poza kilkoma około metrowymi szczupakami nikt nie mógł pochwalić się nadzwyczajnym sukcesem. W tym dniu wypaliliśmy praktycznie dwa 15-litrowe zbiorniki paliwa.

Bywały dni, że nie brało absolutnie nic! Pływaliśmy w różne części jeziora, a nawet urozmaicaliśmy sobie czas dobijając do ledwo zarośniętych wysp-głazów. Było ich na jeziorze co najmniej kilkanaście. Jedne małe i nagie, inne całkiem spore, a największe z nich tworzyły pokaźne, zamieszkałe wyspy. Między jedną z nich - Ivön a Barum, systematycznie pływa nawet prom na kablu.

Kiedy w wodzie rybia posucha, chociaż trzeba było dbać o gardło ;)

A propos kabla i pewnej związanej z tym przygody. Okazało się, że nasz kolega Artur ma duże szanse zostać zwycięzcą wielu gier losowych. Dwukrotnie podczas naszej wyprawy trafiał ciężką blachą i woblerem w łączący wyspę Ivön i brzeg naszej części jeziora kabel energetyczny. Raz prawie wyciągając go z wody, a był to nie lada wyczyn, gdyż kabelek był gruby jak ramię dorosłego mężczyzny. Na szczęście obyło się bez przykrości zdrowotnych, administracyjnych i sprzętowych, poza rozgięciem kotwic. Szkoda, że to szczęście nie przełożyło się na sukces wędkarski, jednak w zawodach rzutowych Artur ma spore szanse błyśnięcia ;). Za to inny bohater dnia, czyli Baks połamał wędkę i choć coś próbował z nią robić (sztukować), to jednak nie udało się w pełni przywrócić jej użyteczności. Co oczywiście nie ujęło mu skuteczności w wędkowaniu, o czym niżej.

Sołtysowe wynalazki, dobrze sprawdzały się w rzutach i w trollingu.

Próba naprawy połamanego wędziska Pawła, mało skuteczna, ale zajęcie było ;)

Jak już wcześniej wspominałem, głównie wędkowaliśmy spinningami z ręki do głębokości nawet 10 metrów. Posługiwaliśmy się wszelkiego rodzaju gumowymi przynętami z ciężkimi główkami. Łowiliśmy z opadu i w pół wody, płytko i głęboko, przy skałach, blatach i wypłyceniach. Także trollowaliśmy osiągając nierzadko 12 i więcej metrów na daleko za łódkami wypuszczonych linkach ze znajdującymi się na końcu deep runnerami. Niektórzy posiadali sprzęt castingowy i nim próbowali coś zdziałać. Wszystko jednak na nic. Nie udało nam się dorwać gada, godnego szwedzkich opowieści i obiegowych opinii o zasobności tego jeziora.

Generalnie z większością złowionych przez nas ryb nie mieliśmy problemu decyzyjnego. Miejscowe licencje zakładały wymiary ochronne dla sandacza i szczupaka na 45 cm, a takich powyżej mieliśmy raptem kilka z jednym wyrośniętym włącznie (tylko szczupaków, sandaczy nie złowiliśmy). Podobnie jak troci, ani łososia (60 cm), ani węgorza (w tym wypadku to akurat dobrze, bo objęty był całkowitym zakazem połowu). Padło trochę nie za dużego okonia i dla relaksu białej ryby. Czy to jednak można nazwać wędkarskim sukcesem i czy po to wielu z nas jeździ na zagraniczne wyprawy? Pewnie nie, choć dodam przewrotnie i bardzo osobiście, że gdybym wiedział to wcześniej, to… i tak pojechałbym jeszcze raz :)

Przyczyn niepowodzenia trudno jednoznacznie typować, chociaż można spróbować. Po pierwsze jak na koniec września mieliśmy lato, co widać na niektórych zdjęciach. Często około południa łatwiej było zażywać kąpieli słonecznych niż pływać po wodzie, ciepłej na... 18 st. C (tyle pokazywał wskaźnik temperatury w echosondach). Na tak wielkiej trudno szukać termoklin i jeszcze się do nich dostać. W dodatku nie zaczęło nawet dobrze wiać, żeby przemieścić warstwy wody i nie było szansy na zimne noce, żeby woda mogła oddać do atmosfery zgromadzone ciepło. Występujące na naszej półkuli ryby drapieżne jak wiadomo w takich warunkach niezbyt chętnie żerują, ograniczając się do krótkich okresów ranka i wieczoru. W te jednak trzeba się wstrzelić, co nie zawsze nam się udawało. Kilka dni na 9 dni pobytu było deszczowych, ale nie doczekaliśmy zmiany frontów. Po deszczu przychodziły ciepłe noce i słoneczne dni, w czasie których świetnie rosły grzyby, ale nie wpływało to na apetyt ryb. Poza tymi kilkoma dniami ochłodzenia i nieco zimniejszych rankach lub wieczorach, średnia temperatura powietrza oscylowała wokół 15 st.

Po przedpołudniowym wędkowaniu często na obiad lub kolację przyrządzaliśmy grzyby znalezione w drodze powrotnej.

Po drugie, być może nie byliśmy dość zdeterminowani, aby łowić do upadłego. Pod tym względem bardzo sobie cenię pobyt, bo nie mam silnego parcia na wędkowanie. Samo przebywanie w zacnym gronie, wędkarskie opowieści, wspólne piwo, kolacja, wyprawa do pobliskiego miasta na zakupy, partyjka tysiąca, czy w kości znaczy dla mnie więcej, niż codzienne zrywanie się o 4 rano i owczy pęd za rybą. Wydaje mi się, że koledzy z ekipy mieli podobne podejście stąd świetnie się rozumieliśmy, ale być może przez to, wiele okazów zostało nietkniętych wędkarskim hakiem?

Bywało też, że nie chciało już się nam pływać. W końcu nie ryby były najważniejsze...

Toczyliśmy wiele rozmów na wszelkie możliwe tematy...

Dzwoniliśmy do domów... "Uwaga! Mam kota i nie zawaham się go użyć!"

Rozgrywaliśmy emocjonujące partie kości, czy gier karcianych...

czy poza kotami, gościliśmy także inne, miejscowe czworonogi... Ten to ulubieniec gospodyni, ale nie chciał przyjechać z nami do kraju.

Po trzecie, zabrakło nam wędkarskiego szczęścia, bo że takie trzeba mieć, to wiadomo. Są podobno tacy, którzy i w kałuży coś złowią. Stawiam nawet, że jeden z tych szczęśliwców był z nami. Paweł – Baks, jako jedyny podczas wyprawy dorwał ponad metrowego gada i to w dniu, w którym nikt z nas nie miał na haku żadnego szczupaka. Przy okazji, szwedzka nazwa szczupaka to właśnie gädda i choć wymawia się jeda, to po mocnym uproszczeniu posłużyła mi za tytuł artykułu ;)

To największa ryba wyprawy ze szczęśliwym łowcą.

Po czwarte, może to jezioro i jego zasobność raczej należą do legendy z przewagą tej tworzonej na niestworzonych opowieściach? Trudno wyrokować, ale kogo wokół nie pytaliśmy, to jednak odpowiadali i łowili podobnie jak my, czyli słabo. Widzieliśmy sami bardzo wyspecjalizowanych wędkarzy, wyposażonych w cuda techniki wędkarskiej, widzieliśmy gumofilcowych dziadków, w większości z pustymi siatkami. A propos siatek, to jezioro było także eksploatowane przez załogi rybackie, więc zakładam jednak, że wiedzą co robią i ryby tam są.

A pozostali mogli jedynie pływać i pływać... ;)

Chyba, że w ich sieci wpadają głównie karpiowate, bo tych niewątpliwie jest w jeziorze dostatek. Zresztą sami dla odmiany od spinningowania ciągaliśmy piękne płocie na przerobione wędki i kolanka makaronu. Ta sztuka udawała się znakomicie także na tzw. boczny trok. Jeśli można było zabrać się do tego profesjonalnie, to zaręczam, że dobrze zanęcone miejsce na Ivösjön potrafiłoby przynieść medalowy białoryb.

Często pływając w różnych częściach jeziora widzieliśmy na ekranie echosondy ogromne ławice niemałych ryb. Poszczególne sztuki miały wielkość 2 cm na 5 calowym wyświetlaczu. Na pewno nie były to głazy ani rośliny, których w tym jeziorze i na tych głębokościach nie ma. Cóż z tego, kiedy nie byliśmy na tego typu połowy przygotowani.

Jak podają w lokalnych informatorach w jeziorze można spotkać oprócz szczupaka, okonia, sandacza i białej ryby także trocie jeziorowe, więc może to były one? Nie udało nam się sprawdzić, ale może kiedyś jeszcze będzie okazja.

* * *

Mieliśmy już wykupione bilety promowe i 27 września musieliśmy wrócić do domów. Podróż powrotna nigdy nie jest tak entuzjastyczna. Ma się także wrażenie, że trwa dłużej, chociaż w naszym wykonaniu taka była, gdyż zaproponowałem kolegom zjazd z drogi nad odcinek łososiowej i słynnej rzeki Mörrum. Sam byłem ciekawy jak zmieniła się wędkarska infrastruktura od czasu, kiedy byłem tam ostatnio, czyli dekadę wcześniej.

Jak się spodziewałem, dzisiaj to inny wymiar wędkarstwa. Wybudowane nowe pawilony informacyjne, badawcze, akwarium i galerię, w której można oglądać przez szybę naturalne zachowanie ciągu łososi, oczywiście jeśli ma ono miejsce. Są też stoiska handlowe i smażalnia z wędzarnią. Cała okolica została podporządkowana rzece, chociaż ta pozostała prawie nienaruszona. Ciągle ma charakter szybkiego i groźnego, górskiego żywiołu. Rzeka pokonuje wodospadem kilka progów. Naturalnie nie brakuje spokojniejszych prostek, ale dojście praktycznie w każde miejsce nad wodą nie stwarza problemu, za wyjątkiem wyłączonych miejsc z rzadkimi roślinami, czy niebezpiecznymi kamieniskami. Do brzegu dochodzi się jak do parkowego stawu, po wysypanych żwirem alejkach. Co kilka metrów skonstruowano wędkarskie stanowiska, a na niektórych częściach wolno wędkować z wody. Te fragmenty okupowali muszkarze, a na brzegach raczej czaili się spinningiści. Dzięki sobotniemu popołudniu było wielu nie tylko wędkujących, co zwyczajnie spacerowiczów. Wśród nich spotkaliśmy grupkę turystów z Polski, a także ekipę telewizyjną jednej z krajowych gazet wędkarskich. Być może kręcili film na potrzeby dodatku w którymś wydaniu, jednak minęliśmy ich bez wdawania się w rozmowę.

W wydzielonym miejscu znajdowała się też wiata, w której można zmierzyć, zważyć rybę, a także oprawić, jeśli przyjdzie ochota na zabranie jej do domu. Na ścianie powieszono też instrukcję jak pobrać łuskę z łososia i zabezpieczyć ją do badań, zapewne prowadzonych w pobliskim instytucie. Chyba nie muszę dodawać, że przyjemność wędkowania na Mörrum jest płatna i do najtańszych nie należy, nawet jak na szwedzkie warunki. Jednak chętnych jest wielu, co mieliśmy okazję zobaczyć. A zaznaczam, że nie był to główny okres migracji łososi, bo na te okresy bilety są zarezerwowane z wyprzedzeniem kilku lat. W końcu nie wszędzie można w tej części świata złowić ponad 20 kilogramowego łososia.

Zgodnie stwierdziliśmy, że w Polsce długo nie dorobimy się tak prosperującego wędkarskiego biznesu. Do tego z korzyścią dla wszystkich. Zarabia gmina, nauka, wędkarze są zadowoleni, a przyroda "logicznie" eksploatowana. Widać w Szwecji można...

Wieczorem, po wcześniejszych zakupach w ICA – znanej sieci hipermarketów, obecnej również na przedmieściach Karlskrony zaokrętowaliśmy na Stena Line. Co prawda jest sklep na promie, jednak bardzo skromnie zaopatrzony i raczej pod potrzeby jednej grupy klientów. W hipermarkecie zawsze można trafić na promocje, a na pewno jest większy wybór towarów z grupy poszukiwanych przez nas produktów. Moim zdaniem niektórych rodzajów np. tak smacznych słodyczy nie kupi się nigdzie w Europie. Takie też zakupy zrobiłem, dorzucając kilka paczek cenionej, a w Polsce rzadko dostępnej naturalnej kawy na upominki dla znajomych.

Na parkingu, kiedy oczekiwaliśmy na powrót wszystkich członków wyjazdu, podszedł do nas Polak, mieszkający od dawna w Szwecji z pytaniem o... polską wódkę. Cóż, chętnie odstąpilibyśmy, ale w drodze na ryby, a nie w powrotnej :) Swoją drogą to ciekawe, że szwedzki rząd nadal utrzymuje ten dziwny rodzaj prohibicji ograniczając dostęp obywatelom do wysokoprocentowego alkoholu przez zaporowe ceny i wydzielając sklepy (Systembolaget), dni i godziny sprzedaży. Widocznie wychodzą z założenia, że politycy wiedzą lepiej, co służy społeczeństwu. Cokolwiek by jednak nie pisać o sytuacji społeczno-gospodarczej Szwecji, czy innych krajów skandynawskich, jest kilka obszarów, w których mogą być niedoścignionym wzorem. Osobiście cenię Norwegów za wizję przyszłości i mechanizmy zabezpieczenia bytu społeczeństwa w następnych pokoleniach, a Szwedów za kompleksowe, działające i przynoszące wymierne efekty rozwiązania, związane z ochroną środowiska naturalnego. Napiszę kolejny raz: widać można...!

Gdynia przywitała nas nieco chłodniejszą pogodą i pomimo niedzielnego ranka sporym tłokiem na drogach. Tradycyjnie próbowaliśmy dostać się do trójmiejskiej obwodnicy (czy to co najmniej nie dziwne, że dzisiaj jest nadal podobnie, choć minęło już 2,5 roku od naszej wycieczki?). Udało się połowicznie, bo i tak musieliśmy kluczyć objazdami i "skrótami" aby ominąć największe, zgłaszane przez CB, korki. W porze obiadu dotarliśmy do Olsztyna, gdzie po szybkiej kawie moi towarzysze pomknęli na południe, a ja z nostalgią za kończącym się właśnie wolnym czasem i pełnym wrażeń pobycie wśród doskonałych kompanów, rozpakowałem wędkarskie bagaże.

Zdjęcia: Pawły, Bartek, Artur, Jarek
Tekst: TJ

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Miło powspominać :-).
Robert mała poprawka, wędkę złamał Baks, i to jego widać jak skraca szczytówkę. Mój sprzęt wytrzymał, nawet kabel, no kotwiczki się rozprostowały :-).
Eeeeccchhhhh, znajome klimaty :-)
No cóż, może rybki nie dopisały za bardzo ale to i tak Wam zazdraszczam
Najważniejsze, że wyprawa była udana, ale to było akurat najpewniejszą kwestią ze względu na dobór towarzystwa!
Następnym razem może się wybiorę w roli fotografa?
Artur, dzięki za przypomnienie, poprawiłem... Ja mam kłopot z tym co robiliśmy 2 tyg. temu, a Ty tu wymagasz nadzwyczajnej pamięci sprzed ponad 2 lat ;-)
Takie historie to jak tlen dla wisielca ,ciągle wpadam złapać duży wdech :-) Thx Wodzu i do zobaczenia kiedyś.Ps. Zazdraszczam jak Novis ;-)
Kruca, zdjęcia takie jakieś do moich podobne. Tylko osoby inne :( .
Pooglądałem i znów mi się zachciało. Dawno tam nie byłem...
Czyli relacji z Konferencji możemy się spodziewać gdzieś w lipcu 2014 roku?
Sensowniej będzie w 2016, razem z relacją z 20 KKNN :-) Wojtku, od jakiegoś czasu przestaliśmy pisać relację z naszych spotkań, bo biorą w nich udział te same, niezawodne osoby. Spośród nich trzeba by typować autora relacji, a ja nie jestem skłonny do narzucania czegokolwiek. Sam nie napiszę, bo nie umiem lakonicznie sprawozdawać, a tworzenie tekstów, za które nie muszę się wstydzić zabiera mi zbyt dużo czasu. To, że akurat ten artykuł powstawał tak długo wynika z faktu, że do jego pisania potrzebowałem czegoś więcej jak opanowania warsztatu. Muszę wczuć się w atmosferę, wyłączyć z codzienności, podzielić tym co było dla mnie niezwykłe, wyczuć co może Was zainteresować, poszukać informacji zewnętrznych, żeby był to reportaż (choć w części), a nie opowiadanie. Takiego komfortu w realnej tyrce za groszem nie mam od dawna i znalezienie 3 dniówek na dokończenie (bo tyle to mniej więcej mi zajęło) jest trudne. Jako anegdotę zdradzę, że do dokończenia relacji ze Szwecji zmusiło mnie sprzątanie wszelkich dokumentów i znalezienie biletów promowych... Właśnie je wyrzuciłem (nie zbieram), bo już utrwaliłem co miało dla mnie znaczenie, a katalogi ze zdjęciami przerzuciłem do archiwum.
Co do KKNN raczej można spodziewać się ilustracji zdjęciami w galerii, co ostatnio ma miejsce przy większości naszych spotkań. No chyba, że wydarzy się naprawdę coś spektakularnego, wtedy i chętnych do opisu będzie więcej ;-)
Robert. Nie żebym się wymądrzał, ale w 2016 roku to będą....15 Urodziny ;-)
Wiem, bo lampiony w takiej liczbie już zakupiłem
Tejocie kochany - na nabiale się nie znasz, czy co?
@Wojtek no pewnie, że się znam, nie odebrałem tego jako zarzut, wyjaśniłem czemu tak się dzieje, u mnie zwłaszcza, po prostu każdy z nas ma też inne życie i pracę w portalu traktujemy jako spokojną przystań, w której życie toczy się wolniej...
@Romek, no
Przeczytałem dwa razy z największą przyjemnością. Widać, że Robert wczuwasz się w to o czym piszesz, bo doskonale można sobie wyobrazić, to co miało miejsce podczas wyprawy.
Też bym się przejechał, bo parę lat już minęło od mojego pobytu w Szwecji. I to na takim luzie, żeby właśnie odpocząć i trochę połowić.
Na tym jeziorze kilka lat temu był znajomy z dziewczyną, pokazywali zdjęcia ładnych okołometrowych szczupaków.
Tak swoją drogą, chętnie przeczytał bym kiedyś relację z wyprawy do Szwecji na ryby spokojnego żeru :-)
Wiem coś na ten temat sam tego doświadczyłem, sporo rybek ale wielkością nie powalały,ale jak tylko będę miał okazję to zapewne jeszcze nie raz wyruszę na Szwecję. Koledzy gratuluje wspaniałej wyprawy, może następnym razem wspólnie? :-)
Paweł, Bartek był mistrzem w łowieniu całkiem ładnych płoci, rosówki na haku z bocznym trokiem i na podciąganego :-). W jednej z zatok :-).
Bardzo przyjemna fotorelacja! Zazdroszczę Panowie wyprawy i mam nadzieję, że mi się kiedyś uda zorganizować tego typu wyjazd z tym, że w trochę bardziej nie skarane ręką człowieka tereny ;-)