Od pewnego, dłuższego już czasu obserwuję swoistą ambiwalencję w wypowiedziach wędkarzy, a także prasy wędkarskiej. W mediach, najczęściej w Internecie przeważają głosy wędkarzy krytykujące wszystko i wszystkich, (a najwięcej PZW) za stan naszego wędkarstwa: za degradację środowiska wodnego, za zabójczy wpływ na przyrodę tzw. melioracji, czyli betonowania koryt, stawiania zapór, jazów i innych przegród bez zwracania uwagi na ekologiczne następstwa przedsięwzięć; za skutki zanieczyszczeń przemysłowych i rolniczych, wysypisk śmieci, rabunkowego wybierania żwiru i kamienia z koryt rzek i potoków; za pochopne i niezgodne ze światowymi trendami renaturyzacyjnymi karczowanie drzew i krzewów nad brzegami cieków, za rabunkową gospodarkę na wodach oddanych w pacht rozmaitym dzierżawcom, nigdy nie rozlicznych z ciążących na nich obowiązków, za brak ochrony wód, za panoszące się kłusownictwo, za impotencję policji, prokuratury i sądów w sprawach dotyczących wód, rybactwa i złodziejstwa kłusowników, rozzuchwalonych tzw. "małą szkodliwością społeczną" ich wykroczeń i przestępstw; a PZW i inne organizacje - za brak zarybień, za niewłaściwe zarybienia, za zbyt wysokie (?!) opłaty za wędkowanie, za brak pieniędzy na inicjatywy lokalne, za nadmierną biurokrację i jej nieruchawość w sprawach wymagających szybkiej i skutecznej interwencji , za brak dozoru nad łowiskami, za ich stan czystości, za brak etyki i "mięsiarstwo" wędkarzy, za… Za wszystko to, co złe w naszej gospodarce wodami i rybostanem. Mogę tak wymieniać wszystkie nieprawidłowości jeszcze długo.

Natomiast mało kto i rzadko wypowiada się o sposobach zaradzenia tym zjawiskom. Panuje ogólne przekonanie, że sprawy są nie do ruszenia i nie ma mocnych do przełamania ogólnej inercji na tym polu. Wypowiedzi o sposobach naprawy sytuacji są skrótowe, często mało precyzyjne, nieskonkretyzowane, a jeśli ktoś nawet podaje sensowne projekty rozwiązań, to część komentatorów zamiast je pozytywnie oceniać, poprawiać, udoskonalać, koncentruje się na totalnej, negatywnej krytyce i zaprzeczaniu samej idei o możliwości usunięcia lub poprawy problemowego wynaturzenia. A jeśli już ktoś przedstawi swoje realne, pozytywne osiągnięcia w tym zakresie, to w komentarzach najczęściej podziwiamy jego odwagę, klaszczemy mu, ale i na oklaskach się kończy. Nie próbujemy iść za ciosem, naśladować odważnego. Do tego trzeba dodać wciąż jeszcze za mały obszar oddziaływania dyskusji internetowych. Ogromna większość wędkarzy, zwłaszcza tych starszych, mających większe wpływy w działalności organizacji wędkarskich dostępu do internetu nie ma i rzadko odczuwa potrzebę takiego kontaktu ze światem.

Jednocześnie, jakże mało piszą o tych problemach i faktach dzienniki i periodyki, a miesięczniki wędkarskie, predestynowane przecież do tego rodzaju publikacji, mimo iż starają się reagować na doniesienia o przypadkach przestępczej działalności, o których wyżej wspominam nie mają takiej siły przebicia z powodu długiego cyklu wydawniczego. Ale i te nieliczne fakty i przykłady nieraz zbrodniczej - nie waham się użyć tego słowa - działalności na żywej tkance przyrody, o których się czasem pisze, nie są monitorowane do końca, nie pokazuje się efektu interwencji lub jego braku, nie wskazuje się palcem i nie potępia tych, ustawowo zobowiązanych do interwencji i działań prawnych osób i władz, które przez lekceważenie lub zaniechanie sprawy powodują pogłębienie regresu, dewastacji i katastrofalnego stanu naszych wód, w których ginie życie, a bez wody, dobrej wody, życie przecież jest niemożliwe. Jakiekolwiek życie!

Tymczasem nasze czasopisma wędkarskie po raz n-ty wałkują bez przerwy niuanse podobnych technik wędkarskich, rozwodzą się o każdym nowym splocie włókien w modyfikowanych wędziskach, o każdej nowej śrubce lub łożysku w kołowrotkach, ciut mocniejszych żyłkach i jeszcze cieńszych plecionkach, inaczej podkolorowanych błystkach i woblerach, o mniej lub więcej ogoniastych muchach lub paprochach, o drobniejszych lub grubszych kaszkach, mieszankach, ciastach i zapachach. Opisują te same lub podobne łowiska: jeziora i jeziorka, rzeki i rzeczki, potoki i potoczki, okraszając je tylko innymi fotkami. Przeprowadzają drobiazgowe analizy filozofii "myślenia" ryb, personifikując je niemal do poziomu umysłowego, jeśli już nie Kanta, to bliższego nam, Kołakowskiego.

Rozumiem potrzebę przedstawiania kolejnym pokoleniom wędkarzy tradycyjnych i najnowszych metod i technik łowienia, najnowszych, technologicznych osiągnięć w produkcji sprzętu, nowych, jeszcze łowniejszych przynęt, coraz lepszej odzieży dostosowanej wyłącznie do wędkowania i całego wachlarza najwymyślniejszych drobiazgów poprawiających komfort uprawiania tego hobby. Rozumiem potrzebę szerokiego informowania czytelników o wszystkich, nawet marginalnych, przejawach działalności wędkarzy i do prezentowania różnych doświadczeń znad wody. Rozumiem nawet potrzebę reklamy całego wędkarskiego biznesu, albowiem tak naprawdę, to dzięki reklamie ceny czasopism są jeszcze na względnie dostępnym poziomie.
Ale nie rozumiem, dlaczego nie ma w naszej prasie wędkarskiej artykułów o tym, jak radzą sobie z takimi problemami w innych krajach? Dlaczego nie mamy budujących przykładów, jak sobie radzi z takimi przypadkami samorząd gminny w Austrii, w Szwecji, Francji, czy w Niemczech, nie sięgając już do zaoceanicznych wzorów?

Ktoś mi powie, że tamte samorządy są bogatsze, mają więcej pieniędzy na konieczne interwencje. Fakt, że jesteśmy biedniejsi, ale czy wykorzystaliśmy prawidłowo wszystkie środki, materialne i niematerialne, jakie są do naszej dyspozycji? I czy przypadkiem nie w systemie edukacji społeczeństwa, od małolatów do dziadków, leży przysłowiowy pies pogrzebany? Zaraz, zaraz - ktoś mi przerwie - można pokusić się o wychowywanie małolatów, chociaż w naszych czasach jest to już bardzo trudne. Ale wychowywać dziadków…?! Ano, są różne metody wychowawcze. Jak się wychowuje dzieci wszyscy, oglądając się jeden na drugiego podobno wiedzą, więc ten problem pomijam. Ale dorosłych i dziadków wychowuje się skutecznie tylko jedną metodą: sięgając im do kieszeni.

Więc dalej nie rozumiem, dlaczego przechodzimy na ogół obojętnie obok kup śmieci zwalonych do wody lub na brzegu, nie pokazujemy ich i nie piętnujemy lokalnego samorządu? Dlaczego oprócz zdjęć pięknych ryb, w pięknych plenerach z częstym udziałem pięknych kobiet nie pokazuje się serii ponurych obrazków np. z cofki Jeziora Rożnowskiego: brzegów pełnych śmieci, butelek, styropianu, foliowych worków, puszek i pudełek, kłębów starych żyłek i wszelakiego innego świństwa? Dlaczego w każdym numerze, każdego czasopisma nie pokazuje się podobnych zdjęć i nie wytyka palcem tych, którzy rozjeżdżają spychaczami i koparkami koryta rzek i potoków, ukształtowane przez przyrodę na przestrzeni wieków? Dlaczego nie woła się wielkim, wielusettysięcznym głosem wędkarzy, że ten lub ów, wymieniony z nazwiska i funkcji przedstawiciel władzy, odpowiedzialny na swoim terenie za porządek, za zapobieganie dewastacji cieków lub ochronę rybostanu nie reaguje na doniesienia o przestępstwie? Dlaczego ten i ów, wymieniony z nazwiska przedstawiciel organizacji wędkarskiej nie bierze udziału nawet w tych nielicznych procesach wytoczonych winnym przestępstw i nie protestuje na łamach prasy, czy też w apelacjach przeciwko pobłażliwości organów sprawiedliwości? Dlaczego tym i wielu podobnym sprawom poświęca się tak mało miejsca na łamach naszej, wędkarskiej prasy? A przecież redaktorzy czasopism, to też wędkarze. Ba! Przecież reprezentują tę społeczność i powinni kumulować, formułować i prezentować nurtujące ją problemy.

Na podstawie kontaktów z wędkarzami, również i tymi, wyrażającymi swoje stanowiska w rozmaitych sprawach na internetowych stronach wiem, że większość z nich prasy wędkarskiej, albo w ogóle nie czyta, albo czyta sporadycznie i to tylko jedno z dostępnych czasopism. Swój negatywny stosunek do prasy wędkarskiej uzasadniają rozmaicie, ale zasadniczym powodem jest "nudziarstwo", czyli - jak ja wywnioskowałem - monotematyczność artykułów, powielanie tej samej od lat formuły: "Łowiska, sprzęt, metody i techniki, trochę informacji" oraz nadmierne reklamiarstwo. Nie te płatne przez firmy, w formie ogłoszeń, ale tzw. kryptoreklamę, która wyziera prawie z każdej strony. Te opinie byłych i obecnych czytelników dotyczą wszystkich czasopism; może w odrobinę, ale tylko odrobinę, mniejszym stopniu "Wędkarza Polskiego".

Z drugiej strony wiem z różnych, wiarygodnych źródeł, że sprzedaż czasopism wędkarskich ma tendencję wyraźnie spadkową. Nietrudno z tych dwóch opinii i informacji wyciągnąć wniosek: potencjalni czytelnicy magazynów wędkarskich oczekują, że będą one reprezentować ich poglądy dotyczące w nie mniejszym stopniu problemów ekologicznych, dewastacji wód i renaturyzacji stosunków wodnych, skuteczności ochrony rybostanu przed kłusownictwem zorganizowanym i indywidualnym, jak i przyszłości i właściwej organizacji wędkarstwa, po przez zwiększenie np. ilości samorządnych podmiotów: społecznych gospodarzy wód, czy to w ramach PZW (z osobowością prawną kół), czy też niezależnych stowarzyszeń wędkarskich. Chcą dyskusji o celach i środkach naprawy wędkarstwa polskiego i ochrony przyrody.

Że takie zasadnicze, ważne dla całości polskiego wędkarstwa artykuły wzbudzą zainteresowanie czytelników, a tym samym zaważą i na sprzedaży czasopism mogę zilustrować grudniowym przykładem. Oto informacja na forum internetowym o artykule Marka Szymańskiego p.t. "Nienasycona komuna" (WŚ 1/2004) wywołała bardzo duże zaciekawienie i wiele komentarzy świadczących, że tego rodzaju tematyka, dotykająca nabrzmiałych do niemożliwości problemów wędkarstwa spotyka się z uznaniem i akceptacją środowiska.
Także publikacja w Internecie artykułu z jednej z gazet lubelskich (Kurier Lubelski z 12.12.2003) na temat nagannego odniesienia się Prokuratury Rejonowej do zawiadomienia o kłusownictwie, wywołała burzę bardzo krytycznych komentarzy i wysłanie przez jednego z wędkarzy-internautów pisma do Prokuratora Generalnego z zażaleniem na prokuraturę lubelską, co spotkało się z aprobatą i poparciem ponad setki wędkarzy z pośród przeglądających strony wędkarskie w Internecie.

Myślę, że zainicjowanie szeregu dyskusji na kontrowersyjne tematy, które bulwersują od dawna wędkarzy na pewno zwiększy także poczytność czasopism. Warto spróbować zwiększyć udział publicystyki w pismach, aby pełnym i gromkim głosem mówić i pisać o tym, co boli nas wszystkich, a najwięcej boli przyrodę. Na pewno pomoże to nam, wędkarskiej społeczności, zwiększyć inicjatywę w granicach naszych możliwości, w naprawieniu tego, co złe i zmusi w końcu odpowiedzialne władze wszelkich szczebli do takich ekologicznych przedsięwzięć i działań, których efekty będą konkretne i zbliżą nas w tym zakresie do unijnych standardów.

Zapraszam do dyskusji.

Hilary Jałoszyński *Hiljot*


Wybrane komentarze z poprzednich wersji portalu:

Bombel:
Przeczytałem raz, potem drugi i... odnoszę nieodparte wrażenie, że w dniu, gdy ten tekst pisałeś, chyba wstałeś lewą nogą. Chodzi mi o Twoje odniesienia i oceny prasy wędkarskiej, włącznie z wyrażaniem Twoich oczekiwań dotyczących zawartości poszczególnych periodyków.
Zacznę od przypomnienia o prawach rynku, w tym wypadku - czytelniczego. Po kolei: reklamy w prasie wędkarskiej, jak i w ogromnej większości funkcjonujących na wydawniczym rynku tytułów, są niezbędne dla finansowego bytu pism. Sam dochód ze sprzedaży raczej by nie wystarczył na pokrycie bieżącej działalności wydawnictwa, o ile nie ma ono poważnego sponsora, niezbyt liczącego się ze stratami. Owszem, jest jedno takie pismo, które mimo fatalnie niskiej sprzedawalności od bardzo dawna utrzymuje się na rynku wyłącznie dzięki dotacjom. Nie wymienię ani tytułu, ani nazwy sponsora.
Nie do końca prawdą jest, że spada poczytność prasy wędkarskiej. Bardzo wiarygodne badania rynku wydawniczego dowodzą, że przynajmniej jeden z miesięczników ma stałą tendencję wzrostową. Nie bardzo też się zgodzić mogę z Twoją nieco lepszą oceną tytułu wymienionego przez Ciebie w artykule. Wybacz, ale nie daję się przekonać i pozostaję przy własnych ocenach. Choćby z racji merytorycznej zawartości pism, a również szaty graficznej czy jakości (estetyki) wydania w stosunku do ceny.
Za całkowicie niesłuszne uważam Twoje nawoływanie, by prasa zajęła się wyciąganiem wszelakich brudów organizacyjnych, ekologicznych itd., rezygnując z opisywania nowinek sprzętowych, omawiania stale doskonalonych metod i technik połowu, nęcenia, montażu zestawów i setek różnych spraw składających się na wędkowanie jako takie. Przy czym zdecydowanie niesprawiedliwie przejaskrawiasz, wspominając o rozwodzeniu się nad nową śrubką czy nowym rodzajem splotu włókien.
Twierdzisz, że czytelnicy bardziej będą zainteresowani dysputami o praniu brudów, o naprawianiu świata itd... Hilary, czy czasem nie żartujesz? Kogo, poza wąskim gronem tzw. działaczy, społecznych czy etatowych, parających się sprawami organizacyjnymi, prawnymi czy ekologicznymi, będzie to obchodzić? Wędkarza, który chce wiedzieć, jaki sprzęt, jakie przynęty i zanęty nabyć, jak je optymalnie wykorzystać i na jakie łowisko się wybrać, by ryb połowić? Zapewniam Cię, z całkowitą odpowiedzialnością za słowo, że wśród mnóstwa moich znajomych - wędkarzy, nie znajdę nikogo, kto chciałby co miesiąc wydać kilka złotówek, że o stracie czasu nie wspomnę, na czytanie o jakichś zawiłych problemach, najczęściej mających charakter li tylko lokalny. Owszem, dla lokalnej społeczności dany problem z pewnością jest ważny, lecz czy dla kogoś innego - również? Każdy ma własne problemy i każdy zapewne by chciał, aby to właśnie te ICH sprawy zostały wyciągnięte na szeroki widok publiczny. Więc co miesiąc, nawet co tydzień, można by było opisywać o dziesiątkach coraz to nowych spraw. A że żaden z periodyków się tego nie podejmuje? Trudno się dziwić. Nie wierzysz? Spróbuj znaleźć samobójcę, który podejmie się wydawania takiego tytułu. Oczywiście przy założeniu, że wydawnictwo nie będzie jechało na stratach. Pal licho zysk, byle dochodu starczyło na płynne finansowanie bieżącej działalności. Takie coś jest możliwe tylko w dwóch przypadkach: wydawnictwo jest dotowane, bo wynika to ze statutowych czy innych obowiązków donatora lub ktoś chce po prostu "wyprać" nadmiar pieniędzy. I trzecia możliwość, najmniej prawdopodobna: trafi się jakiś zapaleniec, który ma po prostu takie hobby i nie musi liczyć się z kosztami.
Zgadzam się z Twoimi ocenami, że ogromna większość dobrych pomysłów czy inicjatyw kończy się na gadaniu. Bo gdy przyjdzie wziąć się do autentycznego działania, wcielania pomysłów w życie, chętnych do pracy nagle ubywa. Doradzaczy, pomysłodawców, w tym również zwykłych pieniaczy - zawsze u nas pod dostatkiem. Gorzej z wykonaniem. Czemu? Narodowa przywara? Lenistwo? Niechęć do działania? Spro przyczyn można by znaleźć, począwszy od tego, że znaczna część ludzi biorących pieniądze za tego rodzaju działania, zajmuje się tym tylko na tyle, by stołków nie stracić. Zaś społecznicy, często dokładający do interesu własne pieniądze, że o siłach i czasie nie wspomnę, mają ograniczone możliwości. Choćby przez to, że mają swoje obowiązki zawodowe, zaś w czasie wolnym - rodzinne.
Ubolewasz, że większość starych wędkarskich wyg, mających najwięcej do powiedzenia w PZW, więc też kształtujących rzeczywistość i przyszłość, nie korzysta z pokłosia np. internetowych dyskusji. Bo nie mają dostępu do internetu, a jeśli nawet mają, to nie są zainteresowani korzystaniem z tej formy komunikacji, wymiany poglądów itd. I w znacznej mierze właśnie tu pies jest pogrzebany! Stare wygi, korzystając z kształtowanych przez lata układów, nawyków, stereotypów, dla zachowania własnej wygody (czyt: posadek) zdają się być gronem hermetycznie zamkniętym, kiszącym się w we własnym, decydenckim sosie. I jest to układ niemal zupełnie niezmienny. A żeby taki pozostał, to każdy, kto próbuje postulować jakieś zmiany, wnosić nową krew, natychmiast uznawany jest za wroga. Więc - przeznaczany do odstrzału.
To się zaczyna od dołu. Stare wygi rządzą w większości kół, stare wygi spośród siebie wybierają delegatów mających ich reprezentować w okręgu, z kolei w okręgu mechanizm jest niemal identyczny, co się przekłada na szczebel centralny... Ech, szkoda słów! ten wątek kończę, by się niezdrowo a niepotrzebnie nie podniecić.
Wspominasz o potrzebie, wręcz konieczności uczestniczenia przedstawicieli PZW czy inych organizacji wędkarskich w kształtowaniu aktów prawnych czy w postępowaniach prokuratorskich i sądowych. Więc wygląda to tak (jednak nawiążę do poprzedniego wątku): w pracach nad ustawą o rybactwie uczestniczył, a jakże, przedstawiciel ZG PZW. Namieszał, wprowadził sporo fermentu, zraził do siebie większość zespołu (więc przecież i do PZW!), a następnie się obraził i trzasnął drzwiami. Dopowiem: to jeden ze starych wygów, co to mają dużo do powiedzenia, ale do internetu raczej nie zaglądają. Lecz dzięki układom ten i wielu innych są niezatapialni!
Uczestnictwo w postępowaniach prokuratorskich i sądowych? Spokojnie, Hilary, spokojnie. Wspominasz o interwencji Bolka Michalskiego (personaliów nie podałeś, lecz i tak większość z nas wie, o co chodzi). Spójrz, co z tego wynikło. Niemal dokładnie to, co prognozowałem już wówczas, gdy sprawa protestu ujrzała światło dzienne. Najważniejsze: pojedyńczy obywatel może sobie pisać, protestować, domagać się itede. A urząd powinien mu odpisać. I to tyle. Ot, zwykłe marnowanie nerwów, czasu i papieru. gdzie jedynym pozytywnym skutkiem jest nagłośnienie tematu, nie posuiadajęące najmniejsego wpływu na orzekane wyroki.
Zwykły obywatel, jako osoba prywatna, a również PZW czy inna organizacja, osobowość prawną posiadająca, może występować jedynie w roli obserwatora lub - jeśli zostanie dopuszczona - konsultanta. A ponieważ nie jest stroną w sprawie, to może się - dosadnie to określę - we własny lewy pośladek, przez prawę ramię (lub odwrotnie) cmoknąć się tak, że aż gowa odskoczy, a nie próbować wpływać na czynności procesowe. To jest normalny, cywilizowany system prawny, daleki od uwzględniania pobożnych życzeń i spektakularnych, jednostkowych potrzeb obywatela czy grupy społecznej. Nie wierzysz? No to spójrz na rozwój, czyli rozwodnienie tematu wszczętego przez Bolka. gdy uprzedzałem, że tak będzie - wielu chciało mnie uznać za pesymistę, krakacza. I co? Co Bolek, wsparty przed mnóstwo internautów, wywojował? Ano uprzejmie brzmiące pismo, że cenna jego obywatelska troska, lecz... itd. Znowu pozwolę sobie na dosadność: znaczy to tyle samo, co zwykłe: spadaj facet na szczaw!
Ja nie próbuję Ciebie czy kogokolwiek innego wkurzyć, Hilary. Ja tylko próbuję nakreślić stan faktyczny. W sprawie prasy - rządzący się prawami rynku, w sprawach prawnych - oparty na obowiązującym systemie prawnym. Pozdrawiam serdecznie.
Hiljot:
I o to właśnie mi chodziło pisząc komentowany przez Ciebie tekst. Zobaczymy ilu wędkarzy-internautów odezwie się? Ilu zajmie jakieś merytoryczne stanowisko? I jaki będzie ich stosunek do tematu? Ale ja z kolei - chociaż w ocenie sytuacji masz niewątpliwą rację -nie zgadzam się z Tobą, że nikogo nie interesują dyskusje i polemiki na temat przyszłości wędkarstwa w Polsce, ale to temat do szerszej wypowiedzi. Ale przyznasz, że gdybyśmy, jako społeczeństwo, jednostka po jednostce, jednocząc się powoli, ale stale i krok po kroczku, kropla po kropli, nie drążyli betonowych okowów byłego już systemu - tkwilibyśmy w nim po dzisiaj, ciesząc się z udawania pracy i z udawanej płacy. Dlatego uważam, że nie należy opuszczać rąk i starać drążyć, drążyć i jeszcze raz drążyć ten system, w którym tkwi dotąd wędkarstwo polskie. I na marginesie - wiedziałem, że się odezwiesz pierwszy. Dziękuję i pozdrawiam. HJ
Bombel:
Nie twierdziłem, że nikogo nie interesują poruszone przez Ciebie tematy. Niemniej przyznasz, że grono zainteresowanych jest bardzo wąskie. A czy ktoś temat podejmie? Zobaczymy. Mam nieodparte a smutne wrażenie, że nasz dyskurs jeno między nami będzie pobrzmiewać... Ci, którzy zwykle głos zabierają, właśnie gawędzą w realu o przyszłości WCWI. Miejmy nadzieję i kciuki trzymajmy, by pogawędki przyniosły dobrą przyszłość dla witryny.
Jeszcze pytanie retoryczne: czyż nie lepiej, że prowokowana przez Ciebie polemika nie rozwija się? Całkowitą rację masz w ocenie zasadności i merytorycznej wartości mnóstwa dysput wcześniej tutaj rozwijanych. A przecież my, userzy WCWI, jesteśmy statystycznym, wiarygodnym przekrojem milionowej rzeszy polskich wędkarzy. Ze statystyczną granicą błędu nie przekraczającą 5%.I nie mów, że kielich goryczą Ci napełniam. To najzwyklejszy realizm. Pozdrawiam serdecznie.
Picolo:
Bombelku jesteś bezlitosnym realistą! Ale oczywiście masz całkowitą rację. A nie pomarzysz, choćby przez chwilę, że mogło być tak: przyjeżdżasz nad czystą rzekę (jezioro), od progu opiekunowie łowiska zdmuchują proch z przed Twoich stóp, wprowadzają Cię do czystych, tanich domków zaopatrzonych we wszystko, co wędkarzowi potrzebne do życia (włącznie ze sprzętem i przynętami), przewodnik prowadzi Cię na łowisko, doradza czym, gdzie, jak rzucić. Holujesz kilkanaście dużych ryb, większość albo wszystkie wypuszczasz, oczywiście nie spotykasz nad wodą jakichś tam kłusoli, śmieciarzy, zadymiarzy itp. Słowem dostajesz wszystko na tacy (za niemałe pieniądze), ale ja nie zamieniłbym się na takie skomercjalizowane wędkarstwo (gdzie esencja wszystkiego: poszukiwanie samodzielne łowisk i ryb, samodzielny dobór i wykonanie przynęty, same niewiadome). Moim zdaniem trzeba zachować złoty środek, obok komercyjnych łowisk, wędkarstwo oparte na zreformowanym PZW, klubach i stowarzyszeniach wędkarskich, mających więcej praw niż dotychczas. pozdrówka Picolo
HotSauce:
- oprzeć działalność na kołach wędkarskich tworzonych przy jednostkach samorządowych,
- każda woda powinna mieć swojego opiekuna w osobie koła,
- inne rozplanowanie środków - większość na zarybianie (takie środki możnaby uzyskać także z samorządu choćby pośrednio),
- ochrona oparta na społecznej straży powołanej w każdym kole, która będzie prowadzić działalność w porozumieniu i pomocy lokalnej policji,
- koło jako gospodarz, np. rzeki byłoby uprawnione do interwencji (także w imieniu samorządu) w takich kwestiach jak choćby regulowanie poziomu wody w rzekach (znane sytuacje gdy po nagłym spuszczeniu, lub zatrzymaniu wody, całą ikrę szlag trafia)
I jeszcze jedna sprawa jeżeli chodzi o towarzystwa wędkarskie. Na prowincji (gdzie znajduje się przecież większość łowisk) nie ma na takie coś miejsca - to niepotrzebne rozdrobnienie. Powinny wystarczyć zreformowane koła wędkarskie.
Oczywiście to są wnioski które wyciągam na podstawie analizy "swojego podwórka"
Pozdrawiam

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

A tak na marginesie! Gdzie się podział Bombel???!!!
Hilary z Andrzejem rozmawiałem tuż po pogrzebie Kryskona, dzwonił do mnie, obiecywał artykuł wspominkowy i spotkanie. Od tej pory jednak nie odezwał się. Wówczas miewał się nieźle, tyle tylko, że jakoś z dostępem do Internetu u niego na bakier.
Bombel żyje, łowi, pracuje. Troche mu sie życie pozmieniało, ale daje radę.
Nieraz sobie razem wyskakujemy na ryby.
Ma problem z internetem, ale niedługo to się zmieni, więc na pewno się tu pojawi. Fakt faktem, że tęskni bestia za WCWI :D
Dzięki za informacje! Wodnick, proszę, pozdrów go ode mnie!
Moje skromne zdanie ,każda woda powinna mieć tzw gospodarza na etacie.Nie koło tylko gospodarz o wszystkim decyduje.Edmund :)