Część I. Półbasy

Jesień 2010. Zrobiło się chłodno, deszczowo i nieco samotnie w mojej pustelni. Para przyjaciół z Kanady (Mirek i Ania) postanowiła wyciągnąć mnie z „jesiennego doła” przy pomocy rozweselających upominków ze strefy wolnocłowej. Poza kilkoma litrami Finki przywieźli też szafę z ubraniami na zbliżający się Halloween. Ja dostałem nowy garnitur na chłodne wieczorowe spacery po parku. Lubię odwiedzać ten park po zmierzchu, jest bardzo bezpieczny – zawsze patroluje go policyjny radiowóz.

Dostałem też w prezencie kawałek przeszmuglowanego łososia, o którego poprosiłem Mirka. Mam turystyczną wędzarnię, uwielbiam wędzoną rybkę, ale od roku kopciłem w niej tylko kurczaki z powodu braku materiału (innego od nabiału). Mirek z żoną pojechali na Manhattan, a ja zostałem w domu z zamiarem uwędzenia rybki dla nas na kolację. ”Filecik” (jak to określił Mirek) okazał się na tyle duży, że nie mieścił się w imadło w celu pokrojenia, a w całości był 2 razy większy niż moja wędzarnia. Na poniższej ilustracji widać z czym miałem do czynienia.

Po stępieniu 2 noży myśliwskich wyjąłem z szafy piłę elektryczną. Niestety, miałem tylko ostrze do drewna, a nie do ryby. Kilkukilogramowy filet jeździł po całym bufecie nadal w jednym kawałku. Użyłem jeszcze siekierki, dłuta oraz młotka. Kiedy Mirek z Anią wrócili z zakupów, ryba (nadal w całości) leżała w zamrażalniku, czekając na nowe technologie rzeźnicze, a ja na kolację zrobiłem wędzonego kurczaka. Nie ukrywali rozczarowania, że nie będzie rybki. Postanowiliśmy, że następnego dnia wybierzemy się nad jezioro po jakiś mniejszy rozmiar leszcza. Po kilku godzinach siedzenia i przetestowania mnóstwa przynęt Mirek wreszcie złowił swój pierwszy amerykański okaz.

Ja wyrwałem jeszcze 2 podobne i mogliśmy wracać – było po sztuce na łba. Przy skromnej kolacji z nieskromną ilością Finki wpadliśmy na pomysł, żeby wybrać się razem na wakacje w 2011 r. nad jakieś zasobne w bassy jezioro w USA. Najlepiej gdzieś w połowie drogi między Toronto, a Nowym Jorkiem. Znałem takie miejsce z moich poprzednich wakacji i przy pomocy Tyskiego przekonałem Mirka, że jest dokladnie w połowie drogi, tam więc zarezerwuję domek z łódką na tydzień w lipcu.

Na 2 tygodnie przed wyjazdem zaczęliśmy telefonicznie ustalać szczegóły wyprawy – głównie ile skrzynek Tyskiego należy zabrać na tydzień. Ponieważ flaszka piwa w Kanadzie kosztuje tyle co litr Mazowszanki na Saharze, więc ja zostałem zaopatrzeniowcem wyprawy. Ustaliłem, że po zapakowaniu sprzętu wędkarskiego i szczoteczki do zębów w moim Fordzie Focus zostaje miejsce tylko na 3 skrzynki, po 20 browarów każda. Mirek wpadł na pomysł, żebym wypełnił bak Tyskim i w dniu wyjazdu zadzwonił po pomoc drogową to mnie doholują na miejsce. Dopakowałem w puste lodówki turystyczne przeznaczone na filety z bassa nieco Żywca i uspokojony wyruszyłem na spotkanie. Dotarliśmy nad jezioro w tym samym czasie wczesnym popołudniem. Szybkie przygotowanie łódki oraz wędek i pierwszy wyjazd na bassy. Żona Mirka zrobiła nam fotkę na pomoście i spytała:

- Ile skrzynek Tyskiego wsadzić do lodówki na wasz powrót? Byliśmy zgodni.

Złowiliśmy 3 nieduże bassy i uznaliśmy, że czas wracać na wieczorek zapoznawczy. Tu nastąpiła część oficjalna i wymiana podarków między tubylcami i turystami z dalekiej północy – pół basa za pół bassa.

Po rybnej kolacji, na którą składała się polska kiełbasa z Drinkpointu, pieczona na grillu oraz zupa chmielowa przeszliśmy na pokoje, żeby należycie uczcić spotkanie... i tak przez pozostałe 7 dni czciliśmy ...

Każdy poranek wyglądał podobnie, a wszystko przez głupi zakład. Pierwszego wieczoru Mirek zaproponował, żebyśmy wybrali się o świcie na ryby. Ja na to: - Nie wiem jak w Kanadzie, ale tutaj świt jest o 5 rano, a ja o tej porze jestem denat. On mówi: - To popłynę sam. Więc stwierdziłem: - Jeśli wstaniesz i wypłyniesz o 5 rano to masz ode mnie 2 Tyskie. Skwitował: - Zakład stoi ... o 2 Tyskie.
Stało się... co dzień o piątej rano budziło mnie ćwierkanie ptaszków i cichy głos Mirka, szepczącego do psa Hektora: - Jak ktoś wejdzie do pokoju Pani... zagryź!

Około 8 rano Mirek wracał na poranną kawkę i żeby zabrać mnie na łódkę. To była wspaniała chwila... wreszcie mogłem przejść z mojej sypialni do łazienki bez obawy odgryzienia klejnotów. Dlatego od tamtej chwili na słowa: „Zakład o 2 Tyskie” od razu walę w mordę. A swoją drogą to jego pies Hektor powinien nazywać się Hektolitr.

Od poniedziałku na jeziorze pojawił się Leon Czyściciel i za pomocą swojego traktora wodnego zaczął mieszać nam szyki w wodzie.

Większość bassów najprawdopodobniej uciekła pod brzeg, więc ścigaliśmy niedobitki w jeziorze. Nawet całkiem niezłe.

Złowiliśmy około 60-70 takich leszczy przez tydzień. Byłoby więcej, ale człowiek nie ryba – czasami musi wyjść na brzeg i się napić.

Najbardziej lubię być na łódce o zmierzchu, kiedy zamiera hałas wodnych traktorów i kosiarek trawników, zachodzące słońce rzuca kolorami w chmurach, a lustro wody jest gładkie jak tyłeczek osiemnastki.

To także pora, kiedy zaczyna żerować inny drapieżnik oprócz bassa - catfish czyli sum. Pytam się kompana na łódce: - Mirek, może tej nocy zostaniemy wielbicielami suma? A on na to: - Chyba jesteś navallony. Jeszcze po jednym basie i wracamy wielbić Tyskie na tarasie.

* * *

Część II. Metróweczki

Do wyjazdu pozostały 2 dni, jak zwykle czułem niedosyt. Spędzam wakacje nad tym jeziorem już 12 raz i za każdym razem poluję na wielkie szczupaki, o których nasłuchałem się od właściciela domku. Ma on na ścianie wypchaną metrówkę i zdjęcie z dwoma takimi złowionymi jednego dnia. Drugą oddał za spreparowanie swojego trofeum. Do tej pory największy mój szczupak z tego jeziora miał nie więcej niż 80 cm. Próbowałem żywca, ale był rozszarpywany natychmiast przez wszędobylskie bassy. Szczupakowe woblery, wahadłówki i obrotówki nie zdają egzaminu, bo jezioro jest płytkie i zarośnięte w 90 procentach. Po kilku skrętach korbką zwykle jest zaczep. Bassy łowimy na gumy firmy Yamasenko - hak jest schowany w sztucznym robalu i prześlizguje się między wodorostami. Czasami uderza w nie szczupak, ale zwykle jest to mały „pickerel”. Typowa miejscówka wygląda jak na poniższym obrazku. W zielsku siedzą wielkie „Northern Pikes” i od lat nie mogłem się do nich dobrać... aż do tego roku.

Bassy brały już coraz rzadziej, więc Mirek zmienił wędkę na lekko-pół-ciężką i założył malutką obrotówkę własnej roboty. Dwa ruchy korbką i coś jest!

Po chwili podciągnął do łódki około 5-kilowego szczupaka. Podbierak leżał złożony na dnie łodzi zaplątany z klamrami plecaka. Kiedy dotknął ryby dłonią, żeby uchwycić ją za kark nagłe szarpnięcie, fontanna na wszystkie strony i... po ptakach. Nie mogłem sobie darować. To mogła być sztuka, z którą warto się sfotografować, żeby wspominać wakacje aż do następnego lata. Sponiewierałem trochę słownie kompana i odpaliłem elektryka w stronę lodówki, żeby wypić kilka południowych Tyskich i odzyskać równowagę po takiej tragedii.

Wieczorem nic się nie działo, więc w desperacji poprowadziłem łódkę pod sam brzeg, niedaleko przystani. Rok temu urwał mi się tam duży szczupak. Resztę wieczoru spędziłem opowiadając Mirkowi jak duży był ten szczupak i jaki waleczny. W trakcie walki robił takie fale, że zatopiły 2 wyspy na jeziorze i teraz są to tylko podwodne górki.

Następnego dnia o świcie, jak zwykle, Mirek poinstruował Hektolitra i wyskoczył o 5 rano na łódkę. Ja zdążyłem się zaprzyjaźnić z Cerberem i po przebudzeniu siedziałem w sali tronowej obmyślając podstępne plany złowienia dużego szczupaka. Wtem usłyszałem jak ktoś biegnie za domem, a następnie krzyk Mirka: - Zdzichu! Na pomoc! Cholera, nie jest dobrze – nie dość, że zapomniał jak się nazywam to w dodatku podpalił jezioro, a może Indianie atakują? Złapałem co miałem pod ręką – rolkę papieru toaletowego, gaśnicę i pobiegłem za nim do łódki. Dobiegam do brzegu, a tam Mirek łapie wędkę umocowaną w rurce na pomoście i woła: - Mam go! Wyrzuć tą gaśnicę i przynieś aparat! Dookoła łodzi krążył jak mały rekin naprawdę spory szczupak. Pobiegłem z gaśnicą do domu wołając: - Anka!!! Na pomost!!! Złapałem kamerę i wróciłem do łódki, tam już Mirek przygotowywał zdobycz do sesji zdjęciowej. Za chwilę przybiegła żona Mirka z gaśnicą.

Po zmierzeniu okazało się, że szczupak miał 38 inczy, czyli 97 cm. Mówię: - Metróweczka. Na to Mirek: - Ale on nie ma metra. Wyjaśniłem: - 100 cm i powyżej to metrówka, a prawie metr to metróweczka.
Zatem zrobiłem fotki z metróweczką i zwróciliśmy ją do jeziora. Nie było chętnego do skrobania prawie metra ryby.

Po upewnieniu się, że szczupak odpłynął o własnych siłach, czyli jak to mówią „w dobrej kondycji” udaliśmy się w znakomitej kondycji na taras, żeby pogadać o wydarzeniu i poprawić jeszcze bardziej naszą kondycję przy pomocy „piwa z rana jak śmietana”. Wyjaśniło się, że Mirek krzyczał do mnie: „Na pomost!” a nie „Na pomoc!!!”. Szczupaka złowił około 100 metrów od przystani na wieczorowej miejscówce, gdzie w zeszłym roku pokonał mnie potwór z jeziora. Widząc chęć mordu w moich oczach poprzedniego dnia (po stracie fotogenicznej sztuki) postanowił tym razem doprowadzić do sesji zdjęciowej. Jedną ręką trzymał wędkę z metróweczką, a drugą wyciągnął kotwicę. Włączył motor, powoli dopłynął i zacumował łódkę trzecią ręką. Wędkę osadził w rurze przy pomoście i pobiegł po mnie, zastanawiając się w drodze jak się nazywam i czy po powrocie mój ulubiony Fenwick z nowym kołowrotkiem Daiwa nie będzie śmigał pod nenufarami. Tym razem szczęście było po naszej stronie, ale i szczupak miał swój „lucky day”.

Pełni satysfakcji (zwanej Tyskie) resztę dnia spędziliśmy na basenie nie przypuszczając, że tego wieczoru i następnego ranka wyłowimy jeszcze 10 podobnych metróweczek i kilka niewiele mniejszych. Przez cały tydzień pogoda dopisywała - temperatura w ciągu dnia osiągała ponad 30 stopni Celsjusza. Najprzyjemniejszą porą był wieczór, kiedy słońce przestawało oślepiać niewyspane oczy i parzyć moją czerwoną skórę. Nawet po zachodzie było stosunkowo jasno za sprawą pełni księżyca. Według starych teorii indiańskich ryba nie powinna brać w pełni. Ale Indianie nie mieli Fenwicków i Meppsów, więc o zachodzie wybraliśmy się na miejsce porannej walki Mirka.

Założyłem świeżą gumę na bassa, a Mirek posłał Meppsa między kępy wodorostów. I to był koniec łowienia bassów tego wieczora. Aż do zmroku nie miałem szansy na wykonanie choćby jednego rzutu, musiałem asystować z podbierakiem i aparatem fotograficznym. Po dwóch skrętach korbką Mirek zaciął i stwierdził: - Mam szczupaka. Odłożyłem swoją wędkę gotów pomóc. Pytanie czy to duża sztuka, czy szczeniaczek, którego można uwolnić bez wciągania do łódki. Gwizd plecionki na kołowrotku spowodował, że sięgnąłem po podbierak. Bestia miała 92 cm.

Po kilku szybkich fotkach i uwolnieniu zębatego Mirek posłał Meppsa znowu w to samo miejsce. Niewiarygodne – znowu uderzenie i plecionka ucieka z wygiętej w kółko wędki. Mówię: - Może to ten sam? Mirek na to: - Zaraz się przekonamy. Mierzymy go w podbieraku – ma 96 cm.

Mirek upewnia się, że szczupak odzyskał siły, a ja pstrykam fotkę. Uwolnienie szczupaka – 100 punktów, uwolnienie włochatego cycka spod kamizelki – bezcenne!

Myślałem, że to koniec ze szczupakami w tym miejscu... a to był dopiero początek. W kolejnych kilku rzutach meldowały się nieco mniejsze – od 70 do 85 cm.

Było już ciemnawo, więc zarządziliśmy tzw. „ostatnie trzy rzuty”... i w podbieraku wylądowały jeszcze trzy metróweczki. Brakowało im 5, 3 albo 2 cm do prawdziwej metrówki.

Wieść rozniosła się po okolicy. Mieliśmy bowiem kilku kibiców na brzegu i przez cały następny dzień w okolicy naszej miejscówki stały 3 łódki z wędkarzami. Jak się okazało bezskutecznie – pytali jakich przynęt używaliśmy. Pokazaliśmy im najdziwniejszego woblera jaki był w naszych zbiorach... no co... to nie Wędkarskie Centrum Wymiany Informacji.

Mnie też ogarnęła pasja złowienia metrowego szczupaka, a także ciekawość czy nadal są i biorą na Meppsy w tej naszej zatoczce.

Po wyciągnięciu następnych sześciu okołometrowych wróciliśmy do gum Yamasenko pomęczyć bassy. W sumie złowiliśmy 11 metróweczek i około 10 nieco mniejszych szczupaków z zatoki o średnicy 50 metrów. Dwóch szczupaków nie udało się odratować i trafiły do rybiego piekła, czyli zamrażarki.

To były już 12-te wakacje nad tym samym jeziorem, wracam tu jak do domu. Znowu moc niezapomnianych wrażeń i emocji. Trochę boję się tej przysłowiowej13-tki, myślałem nawet o nowym miejscu. Ale za rok te prawie metrowe sztuki podrosną do 100 cm!

Tekst: Piwoniusz
Foto: Piwoniusz & Hrom

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Myślisz, że będę komentował? Ni cholery! :grin :grin :grin
Autor godny swego nicka.
Paszoł Ty biednemu w torbę!!! Ja tyż jak Kliwcio nie będę komentował bo bym musiał Ci do \"pieca\" dowalić!!!
A cóż Was tak gryzie (jak szczupak blaszkę), wyjaśnijcie proszę w detalach. Może brak fotki z damskim tyłeczkiem?
Przednio, Twoje hamerykanskie pióro z humorem jest doprawdy.... Piwoniuszowate :grin
Szwecja normalnie :grin
Twoje fotki, Piwoniuszu, przypominają mi lata 1980/81, kiedy podobne \"szczuki\" (no, może przeciętnie parę centymetrów krótsze) łowiłem na zalewie (ca\' 40 km dł. i ca\' 2km szer. przy tamie na rz. Diesnie) przy budowanej, Smoleńskiej Elektrowni Atomowej. Ech, wspomnienia...! Gratuluję serdecznie! H.
Krzysiek, ten deal z bassami to jakoś nierówny. Z Twojej strony to może i pół bassa, bo ryb już jakiś ugryziony, ale Hrome to dzierży z 0.7 raczej :) Chyba, że to frycowe nowicjusza?

Artykuł wstawiłem do innego działu, niż poprzednie Trylogie (w sumie to już po 4 części trylogia nie jest i pewnie trzeba będzie obmyślić jakiś inny tytuł - Pięcioksiąg? ;)). Jest teraz w \"Tam łowią nasi\", bo faktycznie połowiliście jak nigdy (do tej pory), a tamte jednak bardziej krajoznawcze są. Niemniej czyta się świetnie, a ogląda przednio. W przyszłym roku myśl jednak o innej miejscówce, bo po takim spektaklu ryb już tam nie będzie. W końcu choć nieco skołowani przez was Amerykanie i tak wpadną na dobrą przynętę. Wszak skoro wiedzą, że ryby są to im nie przepuszczą...
Nie no przede wszystkim dwója za brak tradycyjnej fotki z Damskim ciałkiem, chociaż jak Mirek tak swojego psa tresował, to może i nie dziwne, kto by się odważył ;) ;) ;) ;) ;) ;) . Swoją drogą Krzysiu to Ciebie Przechera nad Przechery. Wiesz o czym piszę :grin :grin :grin :grin :grin :grin .
Dziękuję za artykuł. Wyborny (choć akurat wyborowej to nie mieliście ;).

I jestem pod wrażeniem amerykańskiego roweru wodnego. Mam wrażenie, że ten koleś na górze musi się zdrowo napedałować, by to ustrojstwo płyneło :P
TJ, deal z Hromem był wedle zasad \"O traktowaniu turystów\" obowiązujących w całym cywilizowanym świecie (zwłaszcza taksówkarskim). :grin

Czy miejscowi wyłowią wszystkie duże szczupaki ... wątpię. Co roku mam spotkania na środku jeziora z miejscowym rzeźnikiem - wali w łeb wszystko co mu się zaczepi na hak i zawsze ofiaruje mi za papierosa jakiegoś dorodnego szczupaka. Mieszka nad tym jeziorem i twierdzi, że ma pełne zamrażarki ryb w domu, dlatego rozdaje. W zeszłym roku tak \"nieumiejętnie\" wziąłem od niego metróweczkę, że chlupnęła do wody i uciekła. :grin Jest na łodzi codzień i szokuje mnie, że tak czyści własną wodę ... bez potrzeby. Opowiadał mi, że miał kilka razy na haku \"norlunga\" ale pociągnął jego sporą łodź motorową kilka metrów i urywał plecionkę. Norlunge to krzyżówka Northern Pike i Muskellunge - dorasta do 40-60 funtów wagi. Zatem za rok wyprawa na Norlungi. :grin

Dziękuję za komentarze. Dla jednego niezadowolonego (cały czas nie wiem czym) Kryskonia polecam relację z tej wyprawy spisaną przez Hroma na PW - Na bassy i Tyskie

Grześ, ten facio na rowerze wodnym ma jeszcze jedną maszynę zaparkowaną w przystani przed domem - mały samolot na płozach. W nim się dopiero musi napedałować, żeby unieść w powietrze. :grin
Artur, Tobie też polecam powyższy link do artykułu Hroma. Znajdziesz w nim kobiece ciałko, którego Ci brakuje w moich ilustracjach. A brakuje bo pazury Hektolitra nie są tak groźne jak inne pazurki ... ;)
Krzysiu, Mireczkowy artykuł przeczytałem jak tylko się pojawił :) :) :). Aż się dziwię że nikt na Mirka nie wsiadł że z \"Zaprzańcem\" :grin :grin :grin :grin Piwoniuszem się na ryby umówił i jeszcze się tym pochwalił. A niektórzy nawet pochwalili i pogratulowali :grin :grin :grin :grin :grin .
Piwoniuszu podłość ludzka nie zna granic. :grin Jak możesz tak dołować w lato. Piękne tereny i wspaniały urlop. Gratuluję z zazdroszczeniem. ;)