Wydawałoby się, że nocna zasiadka niczym się nie wyróżniała od innych. Z pewnością tak jest, zawsze jesteśmy blisko z naturą, zawsze widzę i słyszę piękno, które daje mi (nam) cała otaczająca przyroda. Ale jednak było coś nowego, coś, co dobrze pamiętam i z czym chciałbym się z Wami podzielić.

Na zaplanowane miejsce docieram około 20:00, troszkę zaskoczył mnie stan wody, ale poza tym jest OK. Wcześniej na południu kraju, były intensywne i długotrwałe opady deszczu, więc nasza Królowa Rzek jako zlewnia była wypełniona po brzegi. Niezbyt mi to pasowało, ponieważ nie mogłem przedostać się na moje ulubione na tej główce miejsce, mieszczące się za pierwszym przelewem. Niestety nie sposób było przejść.

Mogłem przejść do następnych główek, ale... po pierwsze były na bank zalane, bo były niższe, od tej przy której byłem. Po drugie, to zwykłe lenistwo i chyba troszkę zmęczenie spowodowało, że zostałem właśnie tu. Tu, zaraz przy pierwszym przelewie, nie pierwszy raz przelew nie puścił mnie do ulubionego odcinka. Na tym ciekawym pod względem wędkarskim, jak i przyrodniczym miejscu, mogłem liczyć nie tylko na sukces wędkarski, ale i na wsłuchanie się w naturalne głosy MATKI NATURY.

Gdy tak siedziałem przy swoich gruntówkach, zacząłem marzyć o rzeczach, które nie tak szybko mogą się spełnić. Te marzenia, to raczej życzenia, które po pewnym czasie gdzieś giną w następnym marzeniu, giną jak woda, wlana w suchy piasek na niewielkiej nadwiślańskiej plaży. Czy kiedykolwiek się spełnią? Nie wiem, może... Tylko kiedy? Czy moje wnuki tych marzeń się doczekają? Być może... Ja gorąco w to wierzę.

Ze stanu marzeń wyrywa mnie widok zwierzęcego łebka na tafli spokojnej wody. W pierwszej chwili pomyślałem, że jest to młody bóbr. Wieczór już na dobre zagościł nad wodą, jednak poświata zachodzącego słońca pozwalała na tak cenną obserwację. Wnioskowałem, że to bóbr, bo wiedziałem o tutejszych żeremiach w wysokich skarpach, a z obserwacji z tak daleka bez lornetki, mogłem tylko snuć domysły co to za zwierzę. Ale sposób poruszania i wielkość zwierzęcia zdradzała, że może to być zupełnie coś innego.

Właśnie, jak nie bóbr, to co? Na piżmaka za duże, a właśnie sposób poruszania odbiegał od obserwowanych przeze mnie bobrów. Zwierzę płynęło, by po chwili zniknąć pod wodą, a gdy wynurzyło się, to od razu nurkowało znowu lub kładło się na plecy (tak ja to odbierałem) i coś przekładało, jak gdyby się czymś bawiło. W świetle poświaty ginącego za horyzontem słoneczka, widziałem jak zwierzątko wpłynęło na płytszą wodę, między kępą skąd wypływały przeze mnie obserwowane niegdyś bobry, a wyspą, która jest od lat wykorzystywana przez mewy śmieszki jako miejsce lęgowe.

Odniosłem wrażenie, że czegoś intensywnie szuka, dosłownie kręcił się jak nurek szukający czegoś pod wodą, na pewno nie był to bóbr. Miałem podejrzenie co do gatunku zwierzątka, a gdy po kolejnym wynurzeniu zobaczyłem jak płynie w kierunku wyspy z czymś co się ruszało, byłem pewien moich podejrzeń. To wydra. Wiedziałem, że zwierzątko upolowało większą zdobycz i musiało ją wynieść na brzeg, aby ją pożreć. Niestety, nie widziałem jak drapieżnik zjadał swą zdobycz, nie widziałem też jakiej wielkości była ryba, którą upolowała wydra.

Ta część wyspy zalegała już w półmroku kończącej się słonecznej poświaty, przy której miałem szczęście oglądać polującą wydrę.

Ale moja wyobraźnia nie zawiodła i nadal patrząc w ciemny punkt wyspy oglądałem jak to sympatyczne zwierzątko pchane instynktem najpierw z trudem upolowało, a teraz z dala od wścibskiego wędkarza pożera swą zdobycz.

Jeszcze chwilę patrzyłem w miejsce, w które wydra udała się wraz z posiłkiem, stwierdziłem też, że właściwie niewiele widać, czyli jest już noc. Spojrzałem na niebo, zobaczyłem jak wysypane jest niemymi świadkami, moich jakże ekscytujących i niezwykle pouczających obserwacji. Mrugają, jak by chciały coś powiedzieć, a może mówiły, że ja, jako człowiek stanowiący tylko małą część tego otaczającego ogromu, jestem zbyt ułomny, aby usłyszeć to co chciały powiedzieć. Może i tak było...

Gdy po sprawdzeniu wędek, usiadłem na krzesełku na tle wysokiej trawy i krzaków wierzby, znowu pochłonęły mnie marzenia.

Marzyło mi się już wiele rzeczy, ale gdy siedzisz w ciemności i słyszysz słowika jako solisty, a całą resztę odgłosów przyrody przykładasz jako akompaniament dla tego wspaniałego ptaka, to jakie można mieć marzenia? Marzyły mi się rybne wody, a nad brzegami tętniące życie, życie dzikich zwierząt, takie jakie było za nim to wszystko zniszczyliśmy. Nie zdążyłem określić do końca jednego marzenia, a już nasuwało się następne.

Przebudził mnie z tego stanu (czy też koncertu życzeń) odgłos szeleszczącej trawy. Tuż przy moich wyciągniętych nogach zaczęła rozsuwać się wysoka trawa, troszkę zdziwienia, troszkę ciekawości i serduszko zaczęło mocniej bić, co też za stwór ma śmiałość podejść tak blisko? Nie ruszałem się, ani nie oddychałem, aby nie spłoszyć nocnego gościa. Wreszcie trawa niczym kurtyna odsłoniła tajemnice, był to bóbr, jestem pewien, że nasze oczy spotkały się pomimo ciemności, jaka wtedy panowała, a na świadków powołuje moje gwiazdy :).

Zwierzę ze stoickim spokojem odwróciło się i znikło w ciemności nocy. A ja? Ja siedziałem i cieszyłem się jak dziecko. Jak z wymarzonej zabawki. Najpierw polująca wydra, potem mało brakowało, aby bóbr wlazł mi na kolana (chyba był przeświadczony, że jest to krzak młodej wierzby, tyle, że wierzba nie była taka młoda...). I czego chcieć więcej?

Ktoś zapyta się, a gdzie były tam ryby? Przecież idąc na ryby, myślimy o rybach, a potem opowiadamy o rybach. Były i ryby, tyle, że w wodzie, słyszałem je, lecz nie widziałem. Jak napisał kiedyś do mnie Sławek Wszołek: "Dla mnie wędkarstwo jest czymś osobistym". Ja, dodam więcej, nie dość, że dla mnie wędkarstwo jest czymś bardzo osobistym, to jeszcze nie oznacza tylko ryb. Musi być jeszcze uzupełnienie, jak dawniej. Właśnie tego szukam w swoich miejscówkach, właśnie tej otoczki świata wodnego, w którym ryba jest tylko jej częścią, a ja jako drapieżnik staram się ją upolować, ale mając wybór, nie muszę jej złowić. Gdyby przyjąć, że w wodzie byłyby tylko ryby i poza wodą nie byłoby żadnego zwierza, czyż wędkarstwo nie byłoby smutne? Może nie potrafię tego wszystkiego zrozumiale wyjaśnić, ale wiem, że Ci, którzy myślą podobnie, to doskonale wiedzą o czym piszę.

Nie przypadkowo opisałem moją przygodę z wydrą, ta obserwacja miała miejsce, nie jest to wymyślone, tak samo jak wszystkie moje przygody, ma swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości. Powiem więcej, wróciłem do domu równie zadowolony, jak gdybym złowił co najmniej suma 150 cm. Chciałbym poświęcić ten skromny tekst temu, abyśmy spostrzegali zwierzęta, takie jak wydra, kormoran, czapla, nurogęś tracz, bóbr i wszystkie inne, które nie sposób tu wymienić, jako mieszkańców środowiska wodnego, a nie jako potencjalnych konkurentów do wodnej stołówki.

* * *

Na przykład wydra (Lutra lutra). Co powinniśmy o tym przesympatycznym i wydawałoby się, rezolutnym zwierzątku wiedzieć? Może najpierw krótki opis wyglądu.

Głowę ma szeroką, spłaszczoną; pysk krótki, tępy; oczy małe, wypukłe, aczkolwiek wesołe i sympatyczne. Małżowiny uszne, nozdrza niewielkie, podczas nurkowania zamykane są fałdami skórnymi. Tułów wyderki jest wydłużony, giętki, odnóża krótkie i silne, palce połączone błoną pławną. Ogon jest obły, masywny, gruby, dłuższy niż połowa ciała. Okrywa włosowa gęsta (50,000 na cm kw.) koloru ciemnobrunatnego, spodem jaśniejsza, natłuszczona, nieprzepuszczająca wody do skóry.
Choć występuje w prawie całej Europie, wszędzie jest rzadkim zwierzęciem. Jeszcze w początkach lat 90. ubiegłego wieku uważano, że wydra musi być bezwzględnie chroniona. Znalazła się nawet w Polskiej Czerwonej Księdze Zwierząt. Jednak już w 2001 r. z księgi tej została wypisana, a co więcej - trafiła na listę zwierząt chronionych częściowo. Oznacza to, że w przypadku dużych szkód w hodowlach ryb na stawach, można starać się o zgodę na eliminację części osobników.

To, że jest więcej wydr w naszym środowisku wodnym, wcale nie oznacza, że grozi nam nadmiar tych zwierząt, nadal w niektórych częściach naszego kraju możemy pomarzyć, aby zobaczyć wydrę w jej naturalnym środowisku. Ta sympatyczna łowczyni, musi dzielić z nami wędkarzami swoje środowisko, bowiem ulubionym biotopem są czyste wody rzek i jezior, rzadziej stawów. Ostatnio też zaobserwowano wydry, nie wybrzydzające w czystości wód. Właśnie! Musi dzielić i dzieli, a my? Co na to niektórzy wędkarze? Zanim odpowiem Wam na powyższe pytanie, najpierw przeczytajmy o jadłospisie moich psiapsiółek :).

Ten sympatyczny i naprawdę bardzo inteligentny drapieżnik, nie należy do wąskich specjalistów pod względem żerowym. Za artykułem Wojciecha Sobocińskiego:

Jego podstawę stanowią (w zależności od regionu i pory roku) ryby różnych gatunków, żaby (najczęściej w zimie) i raki. Nie gardzi też większymi żukami wodnymi, pisklętami ptaków wodnych i błotnych, a także postrzałkami dzikich kaczek i piżmaków (bardziej dotyczy to kuzynki naszej wydry zza oceanu wydry kanadyjskiej).

Mniejszą zdobycz zjadają w całości od razu w wodzie. Duże ryby wynoszone są na brzeg, a zjadane przeważnie od grzbietu. Najczęściej po uczcie pozostaje tylko głowa i ogon. Cechą charakterystyczną sposobu żerowania wydr jest to, iż nie oddzielają one rybiego mięsa od ości, lecz zjadają je razem. Rybie szkielety, odkrywane na brzegach rzek i jezior, nie są więc pozostałością po uczcie wydry, jak powszechnie sądzi wiele osób.

A skoro mowa o pokarmie tych drapieżników, warto obalić pogląd, iż wydry zjadają tylko duże ryby. Nie jest to prawdą. Krajowe badania dowodzą, że przeciętna wielkość ofiar wynosi ok. 10-20 cm. Jedynie w przypadku kilku największych gatunków ryb, długość jest nieco większa np. dla szczupaka ok. 30 cm. Waga większości chwytanych przez wydry ryb nie przekracza 200 g, ale gwoli ścisłości trzeba dodać, że wydra potrafi złowić również rybę kilkukilogramową. Jednak nie są to przypadki częste. Jej dzienne zapotrzebowanie na pożywienie wynosi ok. kilograma pokarmu. Podkreślenia wymaga to, iż chodzi tu o badania prowadzone w miejscach dzikich, a nie na stawach hodowlanych lub sztucznych hodowlach tych zwierząt. Tam sytuacja może odbiegać od powyższej i np. dzienne zapotrzebowanie pokarmowe może być wyższe nawet o 100%. Poza tym problemem związanym z wydrami na stawach rybnych jest fakt, że zimą często są na nich utrzymywane przeręble. W naturze wydr jest opuszczanie zimą ostoi, w której woda całkowicie zamarza. Wydry nie posiadły bowiem, jak bobry, umiejętności aktywnego przekształcania środowiska, w tym wygryzania w lodzie przerębli. Zwierzęta szukają zatem innych stołówek, a za takie uważają kompleksy rybnych stawów hodowlanych. Czasem dochodzi do koncentracji tych zwierząt na jednym stawie i wówczas straty mogą być spore. Drugim ważnym faktem, związanym z pokarmem wydr, jest to, że ryby stanowią w zależności od pory roku, od 45% do 65% wszystkich ofiar. Pozostałe to przeważnie płazy, ale zdarzają się również raki, mięczaki, gady, drobne gryzonie, a nawet kaczki. Stwierdzono też, że w okresie wiosny i lata, ptaki mogą stanowić nawet 10% wszystkich ofiar. Badania europejskie dowodzą, że w menu wydry znajduje się aż 50 gatunków ryb i to bezsprzecznie ta gromada kręgowców należy do najbardziej eksploatowanych przez wydry. Ale bez obaw. Rybostany nie są zagrożone, mimo iż wydra jest zwierzęciem występującym w całej Palearktyce. W wielu krajach Europy obserwuje się spadek liczby tych drapieżników. Najsilniej zjawisko to odnotowano na zachodzie naszego kontynentu.

Jak czytamy (i trudno nie dawać temu wiary) menu wydry to przede wszystkim ryby, jednak z ilości dziennego zapotrzebowania ok. 1 kg trzeba odliczyć pokarm nie rybi. Innymi ważnymi cechami zachowania wydr jest to, że są terytorialnymi samotnikami.

Badania przeprowadzone zarówno w naszym kraju, jak i w państwach o dużo lepszej sytuacji tego gatunku, dowodzą, że na 10 km linii brzegowej rzeki lub jeziora przebywają najwyżej dwie wydry. Częściej jednak zagęszczenie jest jeszcze mniejsze i jedna wydra przypada na 7, a nawet 10 km brzegu. Drapieżniki te znakują granice swych terytoriów i raczej chronią je przed innymi osobnikami. Areały osobnicze samic są dwa razy mniejsze niż samców i często pokrywają się. W przypadku naruszenia granic terytoriów przez sąsiadujące osobniki, wydry raczej nie walczą ze sobą. Wykształciły one wiele zachowań, które pozwalają ocenić jakie szanse ma dany osobnik w ewentualnym starciu z rywalem. To przeważnie wystarcza, by słabsza wydra wycofała się oddając pole silniejszemu osobnikowi.

Często spotykamy się z opinią, że wydra zabija ryby dla zabawy. Nie wiem dlaczego taka opinia krąży wokół tych wodnych ssaków (najczęściej słyszę tę opinię od wędkarzy). Mogę tylko snuć domysły i podzielić się nimi.

Wydra jest stworzeniem "sympatycznym" i śmiało można powiedzieć, że wykazuje skłonności do zabaw nawet swoją zdobyczą, którą potem pewnikiem zjada. Ale czy jest to zabawa? Nie wiem. W ten sposób zachowują się zarówno osobniki młode jak i dorosłe. Często do tych "zabaw" używają specjalnych zjazdów do wody.

Taka zjeżdżalnia może mieć nawet 100 m długości. Szczególnie chętnie jest wykorzystywana zimą, gdy pokrywa ją śnieg. Również zimą można zaobserwować ciekawe zachowanie wydr biegających po lodzie. Gdy odpowiednio rozpędzą się, nagłym ruchem podciągają przednie łapy pod siebie i puszczają się ślizgiem po lodzie. Potrafią w ten sposób przejechać kilka metrów. Osobniki młode lubią zmagać się na brzegu. Wygląda to jak zapasy, w których czasem biorą udział nawet 3-4 młode. Tworzą wówczas kłąb ciał i trudno połapać się, która głowa należy do którego korpusu. Wydry lubią również baraszkować w wodzie.

Myślę, że właśnie takie obserwacje tych zwierząt, także ze złowioną rybą doprowadziły do mylnego stwierdzenia o zabijaniu dla przyjemności, ze szkodą dla tych, nadal nieczęstych zwierząt naszego wspólnego środowiska wodnego. O wydrzych igraszkach czytałem w niejednym czasopiśmie, ale jeszcze nigdzie nie przeczytałem, żeby wydry zabijały dla zabawy! Ktoś, kogo uznałem za wzór do naśladowania, powiedział mi dawno temu, że zwierzę nie potrafi zabijać swojego pokarmu dla zabawy, ale potrafi zabijać kiedy jest głodne, zagrożone lub uczy swe potomstwo sztuki łowieckiej. Zabijanie dla przyjemności, to cecha, którą możemy przypisać człowiekowi. Jestem przekonany, że warto się na tym zastanowić. Wiem, że niektóre zwierzęta wyrządzają szkody w hodowli i tam możemy jakieś kroki przedsięwziąć. Moim skromnym zdaniem, hodowcy ryb mają prawo do obaw i co za tym idzie domagania się rekompensat lub innej pomocy ze strony odpowiednich władz. Ale nie wińmy za wyrządzane szkody na stawach wydry, one są pchane odwiecznym instynktem drapieżcy. Musimy chronić swój wkład pracy, ale nie przez eksterminacje tych niewątpliwie sympatycznych zwierząt. Są bowiem inne sposoby, o których przeczytałem na stronie Salamandry.

Prawdę mówiąc ten artykulik został napisany pod wpływem wiadomości na forum WCWI pt. "Historia pewnej troci" wysłanej przez lęborskiego wędkarza. Gdybym przeczytał to w jednym lub nawet w dwóch portalach, pewnie nie ruszyłoby mnie to, co najwyżej skłoniło do odpowiedniego komentarza, co zresztą uczyniłem, ale pewnego dnia wpisałem tytuł w Google, a to co zobaczyłem, przekroczyło moje najgorsze domysły. Ta sama historia była przedstawiana na różnych stronach wędkarskich, tych największych i tych średnich. Wyglądało to jak nagonka na wydry. Śmiem twierdzić, że autor w swym nawoływaniu o odstrzał wydr przez myśliwych, podpierał się nieprawdziwymi faktami, opisując wydry jako bezmyślnego mordercę, zabijającego dla zabawy i przez to będącego głównym sprawcą zmniejszenia ilości ryb w "naszych" dzikich wodach.

Czytam też o wydrze jako szkodniku, a że mam prawo nie zgodzić się z takim podejściem, pytam: jeżeli wydra jest szkodnikiem w swoim biotypie, to kim jest wędkarz? Czy, gdyby wydra mogła zapłacić stosowne składki, byłaby szkodnikiem? Dlaczego szukamy winnych w zmniejszeniu populacji ryb w naszych wodach, nawet wśród zwierząt , wiedząc, że największym szkodnikiem jest człowiek? Jakim prawem wiele zwierząt, które są pchane odwiecznym instynktem drapieżnika nazywamy szkodnikami? Dlaczego sądzimy, że to my ludzie mamy wyłączność na wyrybianie "naszych" wód? Przecież wcale nie musimy już polować aby przeżyć, więc po co to robimy, żeby najeść się?

Środowisko wodne to nie tylko ryby, to mnóstwo innych zwierząt, między innymi: wydry, kormorany, czaple, rybołowy, bieliki, błotniaki stawowe i jeszcze wiele innych. Czy wszystkie te drapieżniki będziemy unicestwiać? A wydra, co jej grozi, gdy nie zapoluje na "naszą" rybkę? Czy to zwierzę ma wybór? Gdy już wyeliminujemy wszystkie "szkodniki" czy przybędzie nam ryb?

Po przeczytaniu wielu artykułów w tym temacie, spokojnie mogę odpowiedzieć, że nie, za to naruszymy równowagę w przyrodzie, a nasze wędkarskie wypady będą bardzo ubogie. Myślę, że warto sięgnąć do swojego sumienia i do etyki, raczej zintegrować się właśnie z tym wodnym środowiskiem, a nie z nim walczyć. Nie wiem, czym niektórzy wędkarze kierują się idąc na ryby i czym dla nich jest wędkarstwo? Dla mnie w wędkarstwie nie tylko ryba się liczy, choć jest bardzo ważna.

Nie wiem, czy skłoniłem kogoś do zastanowienia się nad tym tematem, ale jako optymista wierzę, że udało mi się opisać coś co jest dla nas ważne, bo zwierzęta (te domowe i te dzikie przede wszystkim) mają prawo do życia obok nas.

Andrzej Reschke

PS. Dziękuję Państwu Renacie i Markowi Kosińskim za udostępnienie fotografii ze strony: http://www.kosinscy.pl
Zdjęcia "mojej" wyspy, zaczerpnąłem z zasobów WCWI za zgodą autora.

PS2. Chciałbym, aby autor "Historii pewnej troci", nie przyjął tego artykułu jako ataku na jego poglądy. Zawarłem tu jedynie moje przekonanie o poszanowaniu wspólnego życia w środowisku, z którego wszyscy powinniśmy zgodnie i racjonalnie korzystać. Czasami wchodzę na stronę http://pzw-lebork.eu lub na http://www.pzwsiemirowice.prv.pl i wiem, że Marcin ze swoimi kolegami robią bardzo dużo, aby zarządzane przez nich wody były coraz rybniejsze. Za to chciałbym im podziękować jako wędkarz i jako były mieszkaniec tamtych okolic.

PS3. Z ostatniej chwili. Myślę, że mamy do wykonania dużo ważniejsze zadania w sprawie ochrony wód. Chociażby walkę z kłusownictwem... 20 stycznia, kolega chwalił się, że przy trasie Płock-Włocławek kupił od pseudorybaków kilka 40-centymetrowych szczupaków.

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Cytat:
wiem, że Ci, którzy myślą podobnie, to doskonale wiedzą o czym piszę.


Wiedzą, Andrzeju, wiedzą... :)
Jak zwykle, świetny artykuł!

P.S. Ehhhh... Kiedy znów zobaczę Twoje sympatyczne oblicze :) i kiedy znów przy ognisku pogadamy o Rzece...?
Brawo Andrzeju! Wielokrotnie obserwowałem wydry podczas swoich wędrówek wędkarskich, jedno spotkanie opisałem tu
Życzę więcej takich doznań nad naszymi wodami, i masz rację: bez obecności dzikich zwierząt różnej maści i gatunku wędkarstwo straciłoby cały swój urok. :)
Pozdrawiam Picolo.
Ech, rozmarzyłem się... Przez chwilę byłem tam i widziałem tę wydrę, kiedy piep...y telefon brutalnie przywrócił mnie do rzeczywistości :upset :( :upset ...

Pięknie napisane, Andrzeju! Ciepło i osobiście...
Ps3 Andrzeja w tym artykule był zapewne spowodowany rozmową z mną tuż przed wysłaniem do Sekretariatu. Andrzeju, ja wbrew pozorom, też lubię przyrodę i naturę w nienaruszonym stanie.
Jednakoż uważam, że są bardziej naglące problemy związane z naszym hobby. A w odniesieniu do artykułu, to dostajesz piątkę.
Pięknie to opisałeś, bardzo plastycznie i od serca :)
Moje poglądy w kwestii miejsca człowieka w Przyrodzie i szkód, które wyrządza są bardzo zgodne z Twoimi. Szkoda, że spotkanie nad wodą człowieka Tobie podobnego graniczy z cudem...
\'Bawienie się\' zdobyczą jest powszechne w świecie zwierząt. Nie mogę się wypowiedzieć na ten temat jak specjalista, ale mogę z całą stanowczością stwierdzić, że jest to po prostu doskonalenie zdolności łowieckich. Te same zabawy praktykują chociażby nasze domowe koty, bawiąc się sztucznymi myszami. Dzikie koty (wychowujące potomstwo) przynoszą swoim młodym obezwładnione (ale najczęściej jeszcze żywe!) ofiary, by te mogły poćwiczyć i nabrać wprawy przed prawdziwym polowaniem. Rochu, liczę, że odnośnie tego powiesz nam, co nieco o swoich podwórkowych kotach.
Pozdrawiam serdecznie Kamil
Świetny artykuł, Andrzeju. Cieszę się, że podobnie jak widzisz w wydrze po prostu łowcę takiego jak my. Tyle że znacznie lepszego :) Jedno jest pewne: wydry nigdy nie przetrzebią rybostanu, tak jak potrafi to zrobic człowiek.


Co do kotów, przez Mekamila tu na dywanik wezwanych ;) :moje i nie moje, czyli wszystkie koty, uwielbiją zabawę z dreszczykiem. Kociaki, które nie potrafią jeszcze polować dostają takie zabawki w prezencie od swoich mam. Kiedy już podrosną -łowią same i również bawią się przed posiłkiem. Nawet starym kotom zdarza się w przypływie dobrego nastroju wrócić do niewinnych zabaw z dzieciństwa. Kto widział taką zabawę, ten wie skąd wzięło się powiedzenie \"zabawa w kotka i myszkę\" -i wie również, że nie są niewinne igraszki, oraz że nie jest to tylko szkolenie... Kiedyś może zrobię sesję fotograficzną, na której uda mi się uchwycić niesamowity charakter tego tańca...
Taa, Andrzejku, posiedzimy i posłuchamy odgłosów nadwiślanej natury w tym sezonie, i myślę że nie raz. Bardzo osobisty i niezwykły artykuł. Dziękuję Ci za to. Moje poglądy w sprawie ochrony natury znasz. Nie będę się powtarzał. :)
Dziękuję wszystkim za dobre słowo. :)

Piotrze (Picolo), cieszy mnie fakt, że są tacy ludzie, którzy wiedzą kto jest u siebie a kto jest \"intruzem\". Ale myślę, że my ludzie, a zwłaszcza ci którzy wiedzą jak się zachować w takim środowisku, to nie do końca jesteśmy intruzami. Ostatecznie jesteśmy (między innymi) i drapieżnikami, tyle, że nie musimy wydzierać naturze aby żyć, jesteśmy świadomi tego, że mamy coraz mniej w przyrodzie. A dlaczego taki stan jest, kto zawinił?
Myślę, że my ludzie. Dlatego teraz gdy można ponownie niektóre zwierzaki zobaczyć w ich naturalnym środowisku, szanujmy i nie przeszkadzajmy.
Róbmy tak jak Ty, obejdźmy zwierza szerokim łukiem i róbmy swoje :) >

Kamilu, obejrzyj się dobrze. Powiedz szczerze, z kim jeździsz na ryby?
Mówię Ci, cudów nie trzeba ;) Jeśli masz wątpliwości z kim jeździsz, to wpadnij do mnie. :grin

Sławku, kopnij Kamila na najbliższym Waszym spotkaniu piwnym, może się przebudzi :grin , a sam wyłącz tą komórkę i zacznij wspominać swoje wypady nad Wisełkę w rodzinnym Sandomierzu ;)

Rochu, zgadzam się, nie przetrzebią, a rybacy, którzy mogą mieć jakieś problemy z tymi drapieżnikami, niech szukają pomocy w nieszkodliwych narzędziach które są oferowane przez różne instytucje, także pozarządowe.
Jestem pewien, że gdyby doszło do nadmiaru tych zwierząt, natura poradziłaby sobie doskonale.

Omero, Novisie, Wieszaku i reszta chętnych, na 100% w tym roku spotkamy się:)

A z Tobą Erwinku pogadam sobie na osobności, Bandyto :grin :P
Robercie, dzięki za poświęcony czas i za...
Czytałem :grin ;)
Przepraszam Romku za nazwałem Cię Bandytą. :roll
Sądziłem, że wiesz, że daleko abym myślał o Tobie jak o bandycie.
Jeśli Cię uraziłem? To bardzo przepraszam.
Przyznaje, że był to głupi żart, bo nie wszyscy wiedzą dlaczego tak żartobliwie nazwałem Erwina.
Mogę tylko powiedzieć, że urodziło się to tu na forum, co by erwin miał być nie grzeczny dla kłusoli:)
Goście, z którymi jeżdżę na ryby... no zgadza się szanują i rozumieją. Co nie zmienia faktu, że idąc nad wodę na dziesięciu spotkanych wędkarzy (wliczając \'wędkarzy\') najwyżej z jednym mogę porozmawiać, nie będąc wyklętym albo uznanym za oszołoma. Co jednak wcale nie oznacza, że się ze mną zgadzają, a jedynie przyjmują postawę konformistyczną, bylebym się od nich odczepił.
A wpadłbym do Ciebie bardzo chętnie. Powoli zaczynam planować najdłuższe wakacje życia i to byłby całkiem dobry pomysł.
A ja nawety nie napiszę komentarza. Bo i po co.. Andrzej wie, co mógłbym napisać.....
Rybacy na jeziorach narzekają na wydry ale bardziej na norki.ja jedne i drugie zostawiłbym w spokoju.Kiedyś przy połączeniu Krutyni z Mokrym łowiliśmy z kolegą ryby z łódki zakotwiczonej kilkanaście metrów od brzegu.Wcześniej żonę kolegi wysadziliśmy na brzeg bo chciała się opalać.Poszła gdzieś nad Krutynię.Po godzinie może dwóch przeraźliwy pisk i koleżanka nago wypada z krzaków i i drze się żebyśmy ją natychmiast zabrali z brzegu.Zanim wyciągneliśmy kotwicę i podpłynelismy trochę się uspokoiła.jej mąż poszedł po jej ciuchy i koc.Co się okazało?
Wpadła w lekką drzemkę ale w półśnie usłyszała jakby wąchanie przy samym uchu i coś zimnego jej dotkneło,obróciła głowę i spotkała się nos w nos z wydrą.Jedna wrzasneła,druga prychneła i rozbiegły sie w odwrotne strony.
Jesienia kilka razy pokonywałem trasę między Płockiem a Włocławkiem.Jest tam 4 albo 5 punktów z szyldem \"świeże ryby\".
40 cm szczupaki to już niezłe ryby,
widywałem mniejsze-takie po 30-32cm i sumki nie przekraczające 50cm.Rybaków wymiar nie obowiązuje,zresztą okres ochronny też nie.
Ponoć rybacy w Twoim rejonie są tylko na zalewie Włocławskim,na Wiśle ani na jeziorach nie ma żadnych rybaków.Taką informację uzyskałem w ZO Włocławek.
Cytat:
Przepraszam Romku za nazwałem Cię Bandytą. :roll
Sądziłem, że wiesz, że daleko abym myślał o Tobie jak o bandycie.
Jeśli Cię uraziłem? To bardzo przepraszam.


Przeprosiny będą przyjęte po wspólnym wypiciu 6-ciopaka Harnasia. Dlaczego akurat Harnaś?? BO TO PIWO PO ZBóJU :grin :grin :grin
Kamilu, nie wiem ilu takich wariatów jak ja, chodzi nad naszymi wodami.
Myślę, że całkiem sporo, Masz przykład w samym sobie :)
Znam też ludzi podający się za miłośników przyrody, ale jednocześnie przeszkadza im śpiew ptaków, i szybujące wysoko mewy które osr...ją ich samochody.
Znam kilku takich którzy zaliczyłbym do takich samych wariatów jak ja, tylko, że chyba się wstydzą o tym głośno powiedzieć. Ja na szczęście wyrosłem już z supermana i z racji moich latek, nie mam już czego się wstydzić.
Są jeszcze inni ludzie, to po prostu egoiści. Właśnie ci ludzie najbardziej mnie denerwują, to oni twierdzą, że coś robią dla dobra przyrody i może coś robią. Ale przy nadarzającej się okazji będą coś robić pokrętnie, aby mieli korzyść przy następnym tak zwanym ukochanym sporcie.
Czyli inaczej mówiąc, aby pozyskać coś, czego jest gdzieś za dużo, trzeba dążyć aby uzyskać zgodę. Po uzyskaniu zgody, mogą zabawić się w sportowców na żywym stworzeniu, adrenalina jak widzisz nie taka, jak na strzelnicy.
Kamilu nie pytaj o co mi w tym chodziło, ale myślę, że zrozumiałeś

:)
Spotkamy się na pewno :grin

Pozdrawiam serdecznie

PS Żebyś miał jasność. Nigdy nie nazwę mojego wędkarstwa SPORTEM, bo nim, nie powinno być. Nie popieram żadnych zawodów na żywych stworzeniach.
Potrafię uśmiercić, nie tylko rybę. Ale zabawa i znęcanie się nad kimkolwiek nie wchodzi w grę.
Jednocześnie nie komentuję zawodów, zostawiam to sumieniu.
Darku, uwierz mi, chciałbym być wtedy nad Krutynią :grin :grin
Kocham piękno, a zwłaszcza stworzone przez samą naturę :P

Dobrze też zostałeś poinformowany, co nie zmienia faktu, że zalew to też Wisła. Jak widzisz, nie mamy się z czego cieszyć, tym bardziej jak widzimy i słyszymy, że ryby które powinny być w tej chwili pod ochroną są sprzedawane w punktach sprzedaży przydrożnej, nie mające nawet wymiaru ochronnego.
Potwierdza to tylko mój punkt widzenia, nie walczmy z naturą, walczmy z bezmyślnymi ludźmi którzy na to pozwalają :sigh