Ktoś powinien wreszcie coś napisać. Powiem, że wielu obiecało i zapewne im się nie chciało, więc wypadło na mnie, choć jestem bardzo zniesmaczony, że (niechcący) to my z Bożeną zgarnęliśmy dwa pierwsze miejsca i zapewne za karę musimy to teraz opisywać.

Więc od początku. Nadeszła wiekopomna chwila magicznej daty 15 czerwca roku pańskiego 2007, czas wyjazdu na upragnione spotkanie ze wspaniałym gronem poprzednich edycji Drapieżnika. Wyjechaliśmy dość późno, bo dopiero o 17.00 Bożenka skończyła pracę. Oczywiście byłem cały czas bombardowany telefonami od obecnych już na miejscu zwiadowców, którzy już się bardzo galigancko zintegrowali, a co poniektórzy siedzieli nad Sajnem już od tygodnia poznając jezioro.

Ci to mają zawsze ciekawe pomysły...

Bulba i sędzia w akcji

Misiaczkom nie było końca, może Jasia Kotowi mordki nie pocarapie, ja jakoś
to wytrzymałem!

Odprawa...

Odprawa cd.

Po dotarciu na miejsce byliśmy bardzo mile zaskoczeni przesympatycznym przywitaniem, buziaczkom i misiaczkom nie było końca i nie wiadomo, kiedy minął czas do odprawy. Silna ekipa frakcji litewskiej WCWI była już przed nami na miejscu.

Frakcja litewska

Czyż to nie jest fajnackie?

Stefan z Kliwolitem strasznie rozmarzeni, Estrad jak zwykle dba o fotki

Telefoniczne, co raz padały meldunki od osób z dalszych stron Polski, które były jeszcze w trasie, ciągle ktoś dojeżdżał i tak trwało przez całą noc. Problemy zaczęły się dopiero rano… Czas wstawać, ale jak to zrobić po zaledwie dwóch godzinach spania? Żubr jeszcze rozwala czaszkę, oczy zapluszczone, a tu czas na start!

Bulba jak zwykle góruje nad innymi

Przed startem na pierwszą turę

Przygotowania do startu

Czasami było gęsto na wodzie i oczywiście wesoło

Na szczęście pamiętaliśmy poprzednie edycje zawodów, lepiej się nie śpieszyć, spoko przygotować się zrobić kilka fotek, bo to ciekawe widowisko jak na raz od brzegu odpływa około 50-60 łodzi. Nasz start wyglądał dość ciekawie, Bondarenki bardzo się zdziwili, gdy moja partnerka zapakowała się do innej łódki. Dopiero potem zdradziliśmy tajne plany Marka „Mareckiego”, które uzgodniliśmy poprzedniego dnia, że Bożena w drogę na łowisko (około 4-5 km) będzie robiła za dziobowy „balast” dla Marka. Marek płynął sam, miał lekką łódeczkę i dość mocną spalinę, więc zapewne na miejsce dotarłby z prędkością silnika elektrycznego, tak pokonaliśmy ten odcinek momentalnie, a i ja miałem oszczędności „bateryjki” (wystarczyła na dwie tury bez doładowania).

Co tam u Bondarenków słychać, jak efekty?

No i wszystko było fajnie, balast na dziobie u konkurencji bardzo zadowolony, ja na holu szykuję wędeczki i przynęty. Dotarliśmy na miejsce i wtedy Bożenie zdradziliśmy tajemnicę jej przejażdżki na konkurencyjnym statku. Ludziska, co tam się działo, jak ta zołza dowiedziała się, że ona tam nie rekreacyjnie ino jako bardzo pożyteczny (w pełni tego słowa znaczeniu) balast, to mało my z Markiem nie robiliśmy za żywe boje!!! No, ale jak miałem pierwsze branie i ciekawy hol, to mojej ładniejszej rozjaśniło się lico ze śmiechu komentując moją zdobycz złośliwie, no jak można się tak podniecać ciągnąc jednorazowy kubek i udawać, że pierwszy rzut i pierwsza ryba hi hi hi, no patrz, zaraz zobaczysz jak wygląda prawdziwa ryba.

Pierwsze branie

No to już wiedziałem, że to nie przelewki, w zeszłym tygodniu byliśmy na tej górce na rekonesansie. Wtedy Bożena znakomicie się zapoznała i zaprzyjaźniła z nowym „Mikrosem”, dała po okonkach aż było miło, więc ja z „Tango” nie mogłem liczyć na lepsze efekty w paprochowaniu. Nastawiłem się na kaczodzioba, wiedziałem, że ta górka obfituje w oba gatunki drapieżców. Jak mówiła tak zrobiła i pierwszego ładnego łokunka zaliczyła, no nic to pierwsi mogą być ostatnimi jak mówi przysłowie. Nie trzeba było długo czekać i mi na prawdziwe branie, ale nic nie gadam tylko zaciąłem i holuję, moja to zobaczyła i z pretensją do mnie, że nic się nie chwalę, a ja, co miałem się drzeć, poprzednio mnie wyśmiałaś, jak mi teraz się zepnie to całkiem suchej nitki na mnie nie zostawisz!

Dać podbierak? - grzecznie już się zapytała, nie, nie trzeba mam silny sprzęt, a szczupak raczej niewymiarowy, podbiorę ręką. Podebrałem całkiem sprawnie, podniosłem delikatnie, by nie zrobić mu krzywdy, gdyż zapewne po zmierzeniu wróci do wody i nagle wyśliznął mi się z ręki, jedna z kotwic cykady wbiła mi się w dłoń, on wisi ja zaciskam zęby z bólu, położyłem go na kolana i mam dylemat, czy wyciągać sobie haczyk, czy jemu? Jemu się nie da, bo strasznie się wierci, więc operację przeprowadzam wpierw na sobie. Szybki pomiar i ku mojemu zdziwieniu ma 48 cm mały, ale jednak ma wymiar. Po opatrzeniu ręki i zastosowaniu środka odkażająco-znieczulającego (oczywiście wewnętrznie, a nie na ranę) płyniemy na następne znane nam miejscówki.

Oto mój bohater zawodów

Pomimo wielu starań przechytrzenia następnych drapieżców dajemy sobie spokój i spływamy z pierwszej tury przed czasem. Doszliśmy do wniosku, że raczej dopiero pod koniec drugiej tury w tak gorący dzień będzie można liczyć na bardziej intensywne brania. Zresztą ci, co byli już parę dni przed zawodami dali ostro po rybach, jak dzwoniliśmy wcześniej do Bondarenków, to Aneta z Pawłem meldowali bardzo podnieceni, że ryby zwariowały, biorą na wszystko i wszędzie, nawet okoń nie zwraca uwagi na kolor paproszków. To wróżyło tylko jedno, szybkie nadejście zmiany pogody, lecz liczyliśmy na to, że do soboty jeszcze będzie OK, a tu masz, z piątku na sobotę ciśnienie i wiatr spłatały nam figla. Potwierdzili to też inni zawodnicy.

Spływając ostukaliśmy miejscówki o pionowych spadkach licząc, że głębiej będzie coś się działo, ale nie mając kontaktu z rybą postanowiliśmy odespać nocną integrację. Po dopłynięciu do ośrodka stwierdziliśmy, że nie tylko my wpadliśmy na ten pomysł, więc szybko do sędziego, punkty zapisane w karcie startowej, a tu było już gwarno i rojno, telewizja filmowała, ekipa Maćka Kuronia kocioł na gaz wstawiała, a my cichaczem dyla do domku na małe spanko, by znów kogoś bardzo miłego nie spotkać, groziło to nie wypłynięciem na drugą turę, co się przytrafiło paru osobom.

Oj dali chłopcy po robocie

W takim gronie wspaniałych osób tego typu wypadki zdarzają się dość często, na Bulby imprezach zazwyczaj rywalizacja na wodzie dla wielu jest na drugim planie. Udało się przemknąć, więc godzinka spania, obiadek. Na drugą turę wypłynęliśmy bez pośpiechu, gdyż interesowały nas teraz pobliskie, płytkie blaty porośnięte roślinnością, w której bankowo czaiły się drapieżniki. Nadal postanowiłem łowić ciężko, postawiłem wszystko na jedną kartę, miałem tylko 620 pkt. i dlatego podjąłem taką decyzję. To za mało, żeby zająć znaczącą lokatę, a za dużo, by zmarnować te punkty wyłuskując okonki, wóz albo przewóz. No i niestety przeliczyłem się, przez 4 godz. nie miałem najmniejszego kontaktu z rybą, ale przynajmniej wyszedłem z honorem, bo jak bym się zabrał za paprochy i też bym nic nie złowił, to byłby większy obciach, Bożena łaptoszyła okonki jak się patrzy, ale w większości niewymiarki, więc teraz ja się pośmiałem, że narybek męczy. Spłynęliśmy o czasie oczywiście po drodze tocząc głośne dyskusje z konkurencyjnymi załogami innych łodzi.

Wszyscy weseli, uśmiechnięci i zanim się obejrzeliśmy to już byliśmy przy pomoście. Ważenie, zdanie kart startowych, wypakowywanie majdanu, mały odpoczynek przy wyśmienitej cytrynówce ala Bondarenko i lecim na dalszą integrację w oczekiwaniu na odczytanie wyników. Aparat przygotowany, bateryjki naładowane, więc trza wszystko uwiecznić. Zanim na dobre się rozgadaliśmy dociekając, kto co złowił i kto może być na pierwszych miejscach w poszczególnych kategoriach, usłyszeliśmy zaproszenie do odczytania wyników. Zająłem odpowiednie miejsce do robienia fotek, w zeszłym roku nie wyszły mi za bardzo, więc chciałem się poprawić. Wszyscy z niecierpliwością i w napięciu czekaliśmy, kto będzie tym pierwszym. W międzyczasie Bondarenkowa darła się do mnie, bym oddał aparat Bożenie niech ona robi zdjęcia, żona nie chciała, a ja nie wiedziałem, o co jej chodzi, więc machnąłem ręką i jakże wielkim zaskoczeniem było usłyszeć swoje nazwisko, doprawdy nie wiedziałem, co jest grane, aż wreszcie ktoś krzyknął: KRYSKON ODDAJ TEN APARAT I IDŹ PO NAGRODĘ!!! Myślałem, że te szutniki jakieś jaja se ze mnie robią, to w tym towarzystwie normalka, ale jak sędzia sprowadził mnie na ziemię to uwierzyłem, oddałem aparat i na ugiętych nogach polazłem, bo wołali! To był naprawdę szok, na dotychczasowych Drapieżnikach Bulby nie załapywałem się nawet do pierwszej dziesiątki, a tu jedna ryba i to ledwie wymiarowa?!

Nie ma to jak toast w zwycięskim pucharku!

Nadal myślałem, że to jakiś przekręt, lecz dokumenty sędziego nie kłamały! Po wszystkim mało Bodarenkowej nie udusiłem ze złości, ta zołza utrzymała wszystko w tajemnicy, a sama wypisywała dyplomy, lecz jej darowałem ochłonąwszy troszkę i pomyślałem, że ten moment pozytywnego zaskoczenia jest czymś, czego nie da się opowiedzieć, to trzeba przeżyć. Jak już się chwalę to muszę wspomnieć nieskromnie, że nie mniejszą, a może nawet większą nagrodą dla mnie było usłyszeć gdzieś z tłumu okrzyk, Kryskon wreszcie po tylu latach, to ci się należało! Tego to już naprawdę nie jestem w stanie określić jak po tych słowach się czułem. Nie dość, że jakimś trafem udało mi się tak wysoko zajść ledwie wymiarowym szczupciem, to jeszcze tak miłe słowa, po tym łza w oku mi się zakręciła. Żadne materialne nagrody nie dadzą tyle radości, co niezwykłe słowa niezwykłych ludzi! Dzięki wszystkim serdelecznie.

Zwycięscy

Chwalipięta

I po zawodach...

Troszkę oszołomiony zapomniałem o robieniu fotek. Jak ruszyłem z aparatem do boju spotkało mnie następne niezwykle miłe zaskoczenie, gdyż na pierwszym miejscu w kategorii kobiet usłyszałem poniekąd znane mi nazwisko, ale z imieniem mojej żony, to już był podwójny SZOK! Czterema okoniami pierwsze miejsce? W tak zacnym gronie spinningistek? Nie, to już było nie do wiary... Z tego wszystkiego kategoria open uleciała mojej uwadze i nie jestem w stanie nic napisać na ten temat, a tam dopiero się działo złowiono ładne okazy i w znacznych ilościach. Po rozdaniu nagród wypadki potoczyły się tak szybko, że też niewiele mam do opisania. Pamiętam ogromne zainteresowanie zupą rybną, którą przygotowywał sympatyczny kucharz pod bacznym okiem Maćka Kuronia. Każdy chętny mógł liczyć na skosztowanie tej niecodziennej potrawy. Ilu smakoszy, tyle zdań na temat niepowtarzalnego smaku owej potrawy, jak to zwykle bywa w takich sytuacjach... Potem było ognisko, bankiet w stołówce, pieczone dziki i balety do białego rana.

Cieszy się jakby to on złowił

Puzio z Nowisem po czyszczeniu tej misaczki mają odciski na dłoniach

Dziki były przepyszne

Ten to ma podzielną uwagę!

Co do jednego to wszyscy byli zgodni, zupa była bardzo ostra

Przy garnuszku z zupą rybną duży ruch

Zapomniałem na początku opisać ciekawą sytuację, jak przyjechaliśmy do ośrodka Bożenki wzrok przykuła pewna łódka leżąca na trawie, Krzychu zobacz, jaka fajna, kto na niej będzie pływał, znasz właściciela? Roześmiałem się mówiąc: Bożenko te dwie łodzie to nagrody za pierwsze miejsca. Ale ta mniejsza mi się podoba, kiedyś czas będzie zamienić naszą malutką Nortonkę na coś takiego, dobrze kochanie, to zacznij grać w totka i nie ma sprawy nabędziemy taki stateczek. Wyobraźcie sobie, jaki to był szok, gdy staliśmy się jej nowymi właścicielami. Niedziela, troszkę późna pobudka, ale wstajemy od razu z nastawieniem na wodowanie naszej nowej zabawki. Dziewczyny pichcą śniadanie, ja poleciałem wykupić zezwolenia. Po drodze namówiłem Piotrka (Novisa) na wypłynięcie z nami, co ma się nudzić jak jedne pływadełko wolne stoi zakotwiczone, długo nie dał się prosić, więc szybkie pakowanie klamotów, Novisa bierzemy na hol, by se mozołów od wiosłowania nie narobił i w drogę.

Nadszedł czas na testy nowej zabawki

Pierwsze podłączenie silnika i w pierwszy rejs

No i okazało się, że... pływa

Długo na wodzie nie byliśmy, ludziska zaczęli wyjeżdżać, więc wielkim nietaktem byłoby nie pożegnać się wiedząc zresztą, że z wieloma osobami spotkamy się dopiero za rok. Zadzwoniłem do firmy, poniedziałek dostałem wolny, więc decyzja zapadła, że wracamy w poniedziałek. No i tak szybko minęło to przesympatyczne spotkanie, że nie wiadomo kiedy.

Rozstania nadszedł czas

Wojtek już się martwi, że zaraz trzeba wracać do rzeczywistości

Teraz już pozostało czekać na Noc Traperów i równie znakomitą imprezę Pożegnanie Lata. Do zobaczyska kochane ludziska, dzięki serdeczne od Kryskonów za tak znakomitą atmosferę w tak wspaniałym gronie! Wróciliśmy zmęczeni fizycznie, ale niezwykle naładowani pozytywnie psychicznie.

Do następnego spotkania! Cześć wodom i rybom!

Krzysztof Kondzior *Kryskon*

Wyniki "Drapieżnika 2007":

Kategoria Dziennikarze
I. Krzysztof Kondzior „Kryskon” - 620 pkt.
II. Adam Sienkiewicz „Adsien” - 600 pkt.
III. Edmund Burel - 190 pkt.

Kategoria Open:
I. Waldemar Bagiński - 3090 pkt.
II. Jerzy Rynkowski - 2480 pkt.
III. Zbigniew Maciejewski - 2215 pkt.

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

o rany te okonki w misce są tragiczne
Marrcin, to są frytki do Kuroniowej zupki :grin
Przede wszystkim gratuluję zwycięstwa Tobie i Twojej śliczej Pani, pięknie napisanego tekstu i wspaniałych oddających atmosferę spotkania zdjęć. Życzę miłej zabawy na następnej imprezie!!!
Krzychu super relacja, oj ciezko znowu czekac do przyszlego Drapieznika 8)
A nie miałesz to inszych foćków, jeno ta frykcja litewska na co drugim źnienciu!!! :upset
Lówcie tak dalej, nic nie zostanie... :cry
Cóż mogę napisać ralacja bardzo fajna, pozytywny klimat. Szkoda tylko, że wiecej żubra niż okonia...A ta miska to faktycznie jakies nieporozumienie
Marrcin, zerknij tu http://www.wiadomosci.tvp.com.pl/7454,20070627517471.strona, to się dowiesz co Kuroń zrobił z tymi okonkami, a fotka faktycznie smutna, ale nie tragizuj!

Mroczek, dzięki serdeleczne, ale jak pisałem to był fuks, że prawdziwi mistrzowie spinningu sobie odpuścili, a czemu to nie powiem hi hi hi :grin

Bondarenki, toć zaraz Noc Traperów!

Kliwolitas, to Wasza pierwsza dżampreza w gronie WCWI więc się Wam należało, no nie?

Kuba, nie bieduj, na tylu zawodników, tylko tyle rybki co na 100 litrowy gar, to jeszcze Tobie coś w Sajnie zostało. No chyba, że byśmy uczestniczyli na takich imrezach co weekend, to już insza inszość.

Pozdrówka wszystkim i spadam na następne rybowanie, testować nowy statek. Do zobaczenia w poniedziałek.
ja nie tragizuję jest spoko fotka idealna do antygalerii, każdy umieszczajacy fotkę z dużą ilością trobnicy w misce mógłby dorobić jakąś teorię. Nie znam Was zapewne jesteście fajne chłopy ale mogliście darować sobie tę michę Pozdrowienia z ziemi lubelskiej
Krzychu zawsze się znajdą tacy co szukają jakiś bzdur , ciekawe kiedy oni coś napiszą i pokażą jakieś fotki. Niemartw się tymi komentażami.Super relacja ,pozdrawiam.
Gratulacje Krzychu może tylko z powodu niebywałego farta. Jednak lata pacyfikacji Sajna przyniosły efekty. Nikt mi nie wmówi, że tam są ryby, bo te ledwo wymiarowe z fotek to nawet na chipsy żal by było. Poza tym na setkę startujących \"micha mięcha\" to kiepściutki wynik. Ubolewam nad przyszłością tej wody. :cry
Drapieżnik 2007 :eek ??? Raczej rzeź niewiniątek.
Taka MICHA ??? I taki nóż :eek ?
...i osoby mi znane w tym uczestniczyły ...ehhh :eek
Wszystko fajnie, tylko tego narybku okonia, okonika, okoniunia szkoda. No cóż, różne są formy wędkarstwa.
Aha, do bondarenki - jeśli twoim zdaniem są to bzdury, a liczy się fotka i kilka słów - to wyrazy współczucia. Jedni wędkują bo to ich prawdziwa pasja, inni robią fotki i teksty dla ogółu. Ja zdecydowanie preferuję to pierwsze. Poza tym u nas na takie zjawisko mówi sie \"wodna pedofilia\", a ludzie to uprawiajacy nie są dobrze postrzegani.
Szkoda słów na niektóre komentarze, a korton- zastanow sie jakich słów używasz \"pedofilia\" w swoim komentarzu i czy to wogóle pasuje :?
Nie jest to moje określenie, lecz wiekszej częsci naszej lokalnej społeczności wędkarskiej. Tak przyjęło się mówić przeważnie na łowców \"szczupaków\" o wymiarach 25 do 35 cm - usprawiedliwiających sie tym że trzeba coś zjeść z nocnego ogniska. A takich rybek w ciągu kilku godzin łapie sie około 20. Tak czy inaczej wiaderko wyglada niesmacznie.
Bondarenki - mnie nie sprowokujesz :)
Zdjęcie z okoniami jest fatalne, antygaleryjne i jest zaprzeczeniem wartości krzewionej przez to foru - to miesiarstwo w czystej postaci, więc to Ty GŁUPOT nie opowiadaj
Rzeczywiście - fotka z obeschniętymi okonkami w misce jest paskudna.
Kryskoniku - po prostu trzeba było nie zamieszczać tej kontrowersyjnej fotki. Bo relacja jako taka - wielce fajniacka. Zresztą potwierdzająca to, o czym już na żywo słyszałem od uczestników :)

Do krytyków:
pamiętać trzeba, że gdy się gotuje zupę rybną dla kilkudziesięciu uczestników, to na pięciu okonkach ugotować się nie da.

Rzecz jedynie w estetyce fotki. Na pewno nie w tzw. mięsiarstwie.
Byl tu niedawno taki post \"Co na haku, to w plecaku\". Przeszedl jak widac bez echa.
W Vastervik robi sie szczupakowe mistrzostwa swiata, ale tylko na wymiar. Cyfrówa, deska z podzialka i do wody.
Z tym ze tu potrzebny bylby mikroskop lub co najmniej lupa...
Następnym razem zamiast do michy kładzi ryby na atłasowej poduszce-nie będą się czepiać.
Następnym razem zamiast do michy kładzi ryby na atłasowej poduszce-nie będą się czepiać.
Mogą być na atłasie ale przyzwoite okonie i nie w hurtowych ilosciach :P . Nie czepiaj się że ktoś się czepia
Do wsiech mądralińskich pokroju KORTON&Co - czym strzępić jęzory i wieszać psy na tych, kto coś robi, a przy tym popełnia jakieś błędy (zamieszczenie tej niefortunnej fotki): jak waszym zdaniem powinno technicznie wyglądać przeprowadzenie takich zawodów? Jak pisze KUBA - każdemu Bulba miał wydać cyfróweczkę i deseczkę - centymetrówkę? I jak podczas 2 6-ciogodzinnych tur zachować te okonki w żywym widzie przy ponad 30 stopniowym upale?
Orni - witaj na pokładzie!!! Nie, nie \"Texasa\"! Pamiętasz, jak nam z Estradem onegdaj dokopali za pacyfikację uklejek? No to teraz ciebiego okuńki zgubiwszy :grin
To bylo nie do uczestników Drapieznika, w kazdym razie nie tylko do uczestników... :sigh
Kliwolit
Nie ma potrzeby deseczek i cyfróweczek. 8)
Wystarczyłoby gdyby do woblerów nie zakładać kotwiczek a gumy naciągać na haki uciętę na początku kolanka 8) Adrenalina przy braniach by była,chwila holu też :P a zwycięzcę wyłaniałoby się z tych którzy by o takim holu najładniej opowiedzieli. 8)
A swoją drogą na tylu uczestników taki wynik :roll
pierwsze miejsce ledwo wymiarowym szczupaczątkiem :?
Chociaż z opisów kilku ostatnich lat to norma na Drapieżniku :P Właśnie tak wygląda rybostan naszych jezior :(
\"Do wsiech mądralińskich pokroju KLIWOLIT&Co\" - jak napisałem wcześniej różne są formy wędkarstwa, osobiście takiej nie akceptuję. \"Nic szczególnego, ponieważ łowienie to nie uganianie się za okazami, a relax, rozrywka, przyjemność, jednanie się z Matką-Naturą...\" - to Twója wizytówka. Jeżeli w ten sposób jednasz sie z Matką Naturą - twoja sprawa, pozostawię to pod rozwagę. Ja się jednam z moją Matką Natura w inny sposób. A zresztą, mam nadzieję że takie zawody nie odbęda sie nigdy na zbiornikach w których łowię, bo zimowa i letnia przyducha i tak robi swoje.
Podniesc wymiar dolny do >20cm i po sprawie.
1. Warto czasem wziąć głębszy oddech i policzyć do 10-ciu, zanim coś się zacznie pisać. Gwarantuję, że po takim zabiegu \"ostrość\" pióra nadzwyczajnie łagodnieje.

2. Wielokrotnie pisałem już, że wędkarstwo nie jest czarno-białe, lecz ma wiele różnych odcieni i dopóki mieszczą się one w dopuszczalnej prawem rozpiętości barw, może czasem z bólem serca, lecz winniśmy tą różnorodność tolerować. Odmienność subiektywnych poglądów i indywidualny sposób zachowania nie zwalnia z tolerancji, a powinien wręcz dopingować do walki na argumenty.

3. A może ktoś mi powie z jakiego powodu Krzysiek nie powinien publikować fotki z michą ryb? Pokazał świat takim, jakim on jest. Może to oczywiście dotykać czyjegoś poczucia estetyki, co powinno znaleźć swoje odzwierciedlenie w stosownym komentarzu, ale po co tyle wrogości? Wrogość rodzi wrogość, wyluzujcie więc...
Piątka Robik, a do wszystkich PEACE :) :grin
1. Popieram pomysł Kuby. 2. Mam pytanie - czy w regulaminie zawodów wędkarskich można wprowadzić zapis, jaki może być minimalny wymiar zabieranej ryby?? :)
Jeszcze jedno - u mnie w kole wędkarskim zawodyodbywają sie na takiej zaszdzie, że 1. nagroda jest za najwiekszą złowioną rybę, 2. nie wygrywa ten co złapał najwiecej, lecz nagrody są losowane na wszystkich uczestników zawodów, nie ma wtedy takiego parcia na ilość. Nie wiem czy to dobre czy nie, ale członkowie koło z chęcia to zaakceptowali.
Napiszę Wam coś od siebie, rzadko to robię, bo to Wasz portal, ale nieraz warto :)
Największą wartością takich społecznych miejsc w Internecie jak nasze jest dyskusja, komentarze... potem dopiero artykuły, zdjęcia i pozostałe statyczne, i znane z innych mediów formy przekazu. Dlatego to, co napisał Robik powinno być dla biorących udział w dyskusjach najważniejsze. Konstruktywna krytyka, nieraz wnioski, życzliwe choć ostre uwagi i tolerancja. Wiemy jak wygląda wędkarstwo w Polsce, większość z nas także wie, jak powinno wyglądać. Jesteśmy w znakomitej mniejszości takich poglądów, ale pionierzy zawsze tak mają ;)

Zmierzam do tego, że w artykułach, na zdjęciach, często pojawiają się fakty, które są powszechnie obserwowane w naszej, wędkarskiej rzeczywistości... Ja bez względu na ich \"zabarwienie\" (za wyjątkiem skrajności) publikuję je zawsze, bo uważam, że właśnie żywe komentarze, wskażą autorom i innym czytaczom, jak nie powinno się postępować. Przykładów z naszej portalowej historii może być wiele: praktyki w wędkarstwie morskim, zawody na „żywej” rybie, powoływanie się na obowiązujące przypisy (RARP i inne), jeśli chodzi o limity ilościowe, terminowe, wielkościowe itd. Wielu z Was ma własne przepisy z poprzeczką ustawioną dużo wyżej. Niektórzy podpierają się obowiązującymi, stwierdzając, że nic złego nie zrobili, wszystko zgodnie z prawem... I jedni i drudzy mają racje, także są przykładem dla innych, zwłaszcza w obliczu i tak wszechobecnego kłusownictwa, złodziejstwa i bezprawia obserwowanych nad naszymi wodami. Jednak tylko Ci drudzy mają wizję naszego wędkarskiego rzemiosła na przyszłość. Nikt już dzisiaj nie podważy faktu wyrybionych wód, nikt nie podważy czynników, które są tego powodem, tak samo jak nikt rozsądny, także z branży, nie zakwestionuje przyszłości, w której rybactwo śródlądowe (i wkrótce morskie) zogniskuje się wyłącznie na hodowli i pozyskiwaniu ważnych handlowo gatunków z rybich ferm lub wydzielonych jezior produkcyjnych. Nikt też nie zaprzeczy, że jako wędkarze eksploatujemy wody ponad miarę (choćby taki przykładzik: zakładając tylko 500 tys. zrzeszonych członków PZW x 20 dni wędkowania w roku x 5 kg ryby wszelkiej = 50 tys. ton ryby, która nie bierze się z kosmosu - to zdecydowanie za dużo jak na możliwości produkcyjne naszych wód).

Innymi słowy, a w kontekście artykułu Kryskona... przedstawił On relację z towarzyskich zawodów, na których uprawia się bardzo rzeczywiste praktyki łowienia ryb i klasyfikacji zawodników po ilości złowionego mięsa. Ryba została przeznaczona na zjedzenie, co też uczyniono. Jak sądzę, nie zostało tutaj naruszone prawo, ani przepisy łowiska... pytanie, czy ma to sens? Dla pierwszej grupy (wymienionej grupy wędkarzy) jak najbardziej, dla drugiej, takie zawody są nie do przyjęcia. Problem jak zwykle rodzi się na granicy i leży w tym, żeby organizator mógł kiedyś wybrać między móc a mieć, a uczestnicy między „po nas choćby potop” a „wędkujemy dla przyjemności i przyszłości”.

Czy można zorganizować masowe zawody inaczej... oczywiście! Przykłady znacie lepiej ode mnie, ale to tylko kwestia założeń i zarządzania. Zawody odbywają się na całym świecie (za wyjątkiem Wschodu) i jakoś tam nie ma problemów jak zapanować nad 60-łódkową flotyllą. Obserwowałem kiedyś zawody na jednym z jezior na północy Stanów Zjednoczonych. Załóg było kilka setek, ryby były przetrzymywane w siatkach przez 3 godziny, tyle trwała tura (większość miała po 3 siatki, gdzie przebywały ryby w miarę małe, np. kilkanaście bassów i oddzielnie duże szczupaki - zresztą nie jestem przekonany, czy nie było też ustaleń ile ryb może być maksymalnie w siatkach). Po spłynięciu do mariny nikt ryb z wody nie wyciągał tylko czekał, aż sędzia podpłynie do tych dalszych lub podejdzie do tych stojących przy pomostach (sędziów było z 10 i nie trwało to dłużej niż godzinę) i zważy „urobek” nad wodą na wadze podwieszanej. Drugie zawody, które widziałem, także w Stanach, odbywały się na rybie mierzonej. Każdy z zawodników miał kartę startową, do której wpisywał długość, gatunek ryby i godzinę połowu i zaraz ją po zmierzeniu wypuszczał. Siedzący towarzysz podpisywał kartę kolegi i na odwrót. Załogi losowało się z kapelusza (po dwóch do platformy - to takie łódki wyglądające jak tratwy z silnikiem i daszkiem), zresztą Amerykanom raczej nie w głowie przekręty. W obu przypadkach do wygrania były samochody... Jakiś terenowy Chrysler i Nissan Pathfinder, więc współzawodnictwo było duże. Dodam, że było to pod koniec lat 90. Jeśli jesteśmy organizatorami zawodów, sponsorami, uczestnikami to właśnie z takich przykładów powinniśmy czerpać wzory, bo warto jeśli stan naszych wód nie jest nam obcy.

Co do zupy jeszcze :) Gotowałem i ja admińską uchę podczas Urodzin portalu, było nas ok. 25-30 osób. Dużą rybę (leszcza, okonia, płoć) kupiłem w gospodarstwie rybackim, ktoś dołowił krąpie, klenie i jelce. Wg mnie zupa była dobra i wcale nie trzeba do niej miski okonków, tym bardziej, że gatunek to wolnorosnący. Zupę jedliśmy 2 dni, bo mam 50 litrowy admiński garnek, więc i zupy było dość nawet dla 50 osób.

Kochani, w dyskusji zachowujcie zatem umiar, zwłaszcza w krytyce, jeśli coś Was razi, piszcie o tym, bo o to chodzi, jeśli się zgadzacie, także starajcie się dać temu dowody. Nie potrzebna tu wrogość, zacietrzewienia, a zwyczajnie, napiszcie co jest wg Was nie tak, a Ci którzy mają inne zdanie powinni to uszanować. Dzięki temu karawana jedzie dalej, bo niezgoda niestety nas cofa.
Do Kolegów nie widzących rozwiązania innego jak w łeb i do miski:

Rozwiązanie istnieje i da się zapanować nad flotyllą łodzi. takie rozwiązanie zastosowania np. na \"Pucharze Wędkarskiego Świata\", gdzie zawodnik po złowieniu ryby wkładał ją do wielkiego foliowego worka wypełnionego wodą, spływał do sędziego, sędzia mierzył a ryba odzyskiwała wolność. Tak wrócił do wody m.in. 80 cm sandacz oraz wiele innych ryb. Obowiązek łowienie bezzadziorowymi hakami.

Jak widać można. Dla mnie każdy organizator przeprowadzający zawody na bitej rybie po prostu daje ciała. Na zawody w większości przyjeżdżają dobrzy wędkarze, a nie przypadkowi ludzie. Potrafią łowić. Czy 3090 pkt w kategorii open to 3090 gram? Jeśli się nie mylę, to po prostu dla zabawy i nagrody wytłuczono ładnych parę kilo ryby.

I jak ma być lepiej, kiedy na tego typu imprezach, które powinny służyć propagowaniu najwyższych wartości w wędkarstwie tłucze się frytkowe okonki i śledzikowate szczupłe. Tak naprawdę to ręce opadają, jak się na coś takiego patrzy.

Nie zmienia to faktu, że zwycięzca jak i reszta z czołówki zasługuje na najszczersze gratulacje i wielki szacunek, za tak wysokie lokaty. Jak również za publikację tych fotek i pokazanie jak właśnie wyglądają zawody.


Ależ Kolega Kryskon ma adwokatów.
Nie adwokaci tylko przyjaciele!!!!!!!!!!!!!!!
ROBIK! To po co na forum antygaleria przecież na tych zdjęciach jest tylko obraz rzeczywistości...............Tylko o to mi chodzi fotka jest mięsiarska, ale zgodna z prawem i ja nikogo nie krytykuję że jest be itp itd. Uważam że fota jest do dupy - tak jak ja nie chcę usunięcia zdjęcia czy przeniesienia go do antygalerii tak niech ktoś zrozumie że mnie to zdjęcie po prostu nie podchodzi i nie jestem mądraliński tylko wypowiadam swoje zdanie.
Fajna impreza Krzychu. Gratuluje zwyciestwa Tobie i malzonce. Mam nadzieje, ze kiedys i ja sie pojawie nad tym jeziorkiem :). Pozdrowionka
No wreszcie jestem po wędkarskim weekendzie i wreszcie mogę zabrać głos. Pozytywnym komentom podziękował serdelecznie, a negatywom specjalnie wkleiłem tą fotkę, bo życie jest realne, a nie jak na obrazkach, jak ktoś sobie życzył. Czy zwróciliście uwagę, że ludzie mający jakiś dorobek wędkarski i nie tylko wędkarski wypowiadają się na poziomie? I myślę, że poziomem wypowiedzi trzeba zbliżać się do mądrych ludzi, a nie do………. Bez komentarza. Ta miska okoni to nie je bajka to po prostu życie, świnie i krowy w ubojni to też jest życie tylko, co po niektórzy mają klapki na oczach i udają, że tego nie widzą. Szkoda mi ludzi, którzy są skrajnie (utopijnie) nawiedzeni a nie dostrzegają realnych stron życia. A tak nawiasem to po części fajnie by było jakby się jeździło na zawody wędkarskie bez wędek, bo, po co kaleczyć biedną rybkę no nie? Człowiek jest najgroźniejszym drapieżnikiem z istot żyjących, bo ma rozum, a brak mu instynktu, tak było jest i będzie i żadne nie odpowiedzialne komentarze tego nie zmienią, tylko dają do myślenia o ich autorach.

PS. Nie dam się zbulwersować i nie odpowiadam na dziecinne komentarze. Pozdrawiam serdelecznie, wielkie, dzięki, że mam nie tylko znajomych, ale i przyjaciół.
Antygaleria i tyle . Politycznie poprawni się nie odzywają, a zdjecia innych wędkarzy niemiłosiernie objeżdżają.
Zresztą każdy wędkuje jak umie i lubi.
TJ dzięki za podpisy fotek.
Nie ma to jak \"koledzy po piórze\"... Ty mi podpisz , ja podziękuję, a przy okazji innych w...w.ę.( a później wstawię inne fotki żeby bardziej podminować atmosferę ). A jak młody wędkarz wstawi fotkę ...nawet z wymiarowym okazem, to wstawimy ją do ANTYGALERI no bo ryba nie była na tle jeziora, tylko w ogrodzie, kuchni itd. i facet dłuuuugo będzie pamiętał ten dzień.
Pozdrawiam ...obiektywnych wędkarzy-Marrcin,Kuba,Modzel.
Kolego szewer, myślę, że nie załapałeś, o co tu chodzi. Fotki do antygalerii są nominowane z galerii fotek, natomiast zdjęcie nawet tak paskudne, lecz realistyczne, jest integralną częścią artykułu i nie ma innej możliwości. Skoro Admini dopuścili to do wyemitowania, to proszę nie negować ich umiejętności w ocenianiu, co jest dobre, a co złe. Jeżeli jeszcze masz jakieś problemy z pewną dozą zrozumienia i tolerancji to zerknij tu.

http://www.wcwi.pl/index.php?option=com_simpleboard&Itemid=207&func=view&id=54541&catid=4

Pozdrawiam serdecznie.
Sewer, Cieszę się, że się porozumieliśmy. Paweł Tobie z Lublina na Noc Traperów to rzut beretem, więc mam nadzieję, że się spotkamy. Zresztą z Waszych rejonów będzie troszkę ludków. Do zobaczyska nad wodą!