Ta historia zdarzyła się dziesięć lat temu nad Wisłą, koło Puław. Pojechaliśmy tam w kilka osób z zamiarem złowienia dorodnych leszczy. Nad rzekę dotarliśmy około czwartej rano. Wędki powędrowały do wody. Brania tego dnia były słabe, zaś około południa ustały zupełnie. Porzuciliśmy marzenia o naszych leszczach i ukryliśmy się w cieniu wierzb rosnących na brzegach, bo skwar stawał się nie do wytrzymania. Dalszą cześć historii znam z opowiadań kolegów, bo ja mimo wszystko nie dałem za wygraną i powędrowałem wzdłuż Wisły z jedną wędką, szukać ryb.

Wtedy pojawił się ON. Facet o ciemnej karnacji skóry, krępy, dobrze zbudowany. Koledzy opowiadając mi później tę historię mówili o NIM „Cygan”. „Cygan” przyjechał motorowerkiem, zaparkował i przeszedł się wzdłuż brzegu. Wrócił, podszedł i zapytał, czy będzie mógł stanąć obok. Jasne, panie.... I tak nie biorą. Od swojego jednośladu odczepił dwie bambusowe wędki z kołowrotkami tylu „katiuszka”, zabrał jakieś worki leżące na bagażniku.

Zarzucił. Po jakiś 10 minutach miał pierwsze branie. Leszcz i to taki ponad dwa kilo. Po pięciu następnych minutach znowu złapał leszcza, jeszcze większego. I następnego. Potem na haczyku zameldowała się brzana. Koledzy, ryzykując udar słoneczny wyszli spod drzew i zaczęli obserwować z bliska poczynania „Cygana”. Naliczyli, że w ciągu półtorej godziny gość złapał kilkanaście leszczy, wszystkie na oko powyżej 2 i 3 kg wagi i kilka pokaźnych brzan.

„Cygan” nie był tajemniczy. Zapytany na co łowi odpowiedział, że na początku na haczyk zakładał czerwone robaki, znajdowane pod kamieniami na brzegach rzeki, ale teraz ryby biorą mu praktycznie na wszystko, czyli na białe robaki, kukurydze, kanapki. Kiedy skończył z trudem wyciągnął siatkę z rybami z wody, zarzucił ją na motorower, pożegnał się i odjechał.

Na jego miejscówkę było od razu kilku chętnych. I żaden z nich nic tam nie złowił tego dnia. Nawet tajna broń w postaci robaczków spod kamieni nie pomogła. W drodze powrotnej w samochodzie szeroko omawiane były wyczyny „Cygana”. Jako jeden z powodów takiej niesamowitej skuteczności wskazywano specyficzność zestawu stosowanego przez „Cygana”. Miała to być „samołówka”, to znaczy wędka gruntowa z ciężarkiem nieprzelotowym, tak, że przypon przywiązany miał być do uszka wtopionego w ołów.

„Cygan” pozostał dla nas na te dziesięć lat symbolem wędkarza, który w tym miejscu „natrzepał” taaakich ryb z łatwością, z jaką dziecko wyciąga cukierki z bombonierki. Często przyjeżdżając tam na ryby zwłaszcza, kiedy nie brały, padało retoryczne pytanie: a pamiętacie Cygana... ? Wszyscy go pamiętali, nawet ja, który znałem go jedynie z opowiadania.

Minęło dziesięć lat i znowu pojechaliśmy na opaskę do Łęki. Towarzyszył mi kolega, który swego czasu widział w akcji Cygana. Nad wodą, mimo że była to środa, zastaliśmy kilkunastu wędkarzy. Sądząc po środkach transportu, czyli rowerach i jednym traktorze, byli to tubylcy. Będzie trudno o znalezienie dobrego miejsca. W końcu znajdujemy je. Obok gość w slipach, dwie wędki moczy. Siatka w wodzie. Biorą? Eeeee, słabo.... Można stanąć za panem ? A proszę....

Ruszamy do dzieła. Wędki lądują w wodzie. Czekamy, a tymczasem facet łapie leszcza, to znaczy leszcz sam się łapie o czym świadczy rytmiczne kołysanie szczytówką gruntówki. Kolega pomaga mu podebrać rybkę, bo jest dość duża. W pewnym momencie pyta gościa: Panie, a parę lat temu to nie jeździł pan takim motorowerem, taką babetką? Czyby to ON ? Tylko te wędki z kołowrotkami ze stałą szpulą, nie katiuszki... Pada odpowiedź: no jeździłem... Widzę, jak kolega robi duże oczy. Podchodzi do mnie i mówi, ty, to jest ten Cygan, ten co to wiesz... Przyglądam się, faktycznie, facet, jest krępy, dobrze zbudowany, cera czarniawa, ale włosy ma siwe. Cóż. Dziesięć lat minęło. Kiedy wyciąga wędką z wody przyglądam się jego zestawowi. Na pierwszy rzut oka przypon przywiązany jest dziwnie do ciężarka, koszyczek zanętowy większy, niż te, które można kupić w sklepach wędkarskich.

Udajemy twardzieli, że niby nic, ale w głębi duszy wiem, że stykam się teraz z człowiekiem legendą. Obserwujemy dyskretnie poczynania Cygana. Ten znowu łowi leszcza. Leszcza, nie żadnego tam krąpia. Kiedy wkłada go do siatki widzimy, że ma tam pięć lub sześć podobnych. Podchodzimy do niego i zaczynamy rozmawiać. Pozwala nam obejrzeć swój zestaw. Haczyk to Gamakatsu, mały druciak, góra numer 10. Przypon dość długi, około 40 cm, żyła na oko 18-tka, przywiązana, ale nie „na sztywno”, i nie do ciężarka, lecz do telewizorka, który łączy się z przyponem z jednej, a z żyłką główną z drugiej strony za pomocą gumki. Nie jakiejś zwykłej gumki, jak nam tłumaczy, ale takiej od plandek. Udajemy, że wiemy o co chodzi. Zresztą w sklepach też nie ma już odpowiedniej siatki na koszyczki, mówi. On swoją siatkę załatwia gdzieś od szwagra, który pracuje w kopalni i tam odpowiednią siatkę jeszcze mają. No i proszę... Znowu pojawia się osoba szwagra, jako kogoś nierozerwalnie związanego z udanym wędkowaniem. Ileż to razy pytając wędkarza stojącego z wędką nad wodą, czy ryby dziś biorą, słyszałem odpowiedz: dziś nie biorą, ale jak byłem wczoraj ze szwagrem, to żeśmy napier...

Facet mówi nam dalej, że ciężarki odlewa sam, w dwu łyżeczkach do herbaty, uprzednio wkładając w środek drut, aby powstał kanał na żyłkę. Sam też wykonuje koszyczki. Rzeczywiście, w porównaniu do naszych ciężarki są malutkie, lecz znakomicie utrzymują przynętę w dość dużym w tym miejscu prądzie, zaś jego koszyczki dwukrotnie większe, niż te stosowane przez nas. Żałuje, że tym razem nie wziąłem ze sobą cyfrówki. Warto by było obfotografować te wynalazki. Podczas rozmowy Cygan ma następne branie. Zacina, ale ryba wchodzi w kamienie i nie daje się wyciągnąć. Odkłada wędkę na swoje miejsce, luzuje kabłąk i ... Skacze do wody. Krzyczy do nas, że teraz odhaczy wędkę. Wypływa z żyłką trzymaną w jednej ręce w kierunku środka rzeki. Mój kolega podnosi jego wędkę i rzeczywiście po chwili na brzegu ląduje wspaniały leszcz.

Gawędzimy jeszcze jakiś czas. Opisuje nam jeszcze jeden sposób na ryby, który przyszedł mu do głowy, kiedy miał brania, a nie mógł zaciąć. Myślał, myślał i oto co wymyślił. Sposób ten polega na tym, że haczyk przywiązany jest jednocześnie do żyłki i do takiej gumki, o której była mowa wyżej, a te z kolei łączą się z żyłką główną. Żyłka jest trochę dłuższa, niż gumka. Kiedy ryba chwyta przynętę, gumka się rozciąga, aż do momentu w którym następuje rozprostowanie się żyłki przyponu. Wówczas następuje samozacięcie ryby.

Dochodzi dziesiąta. Ryby przestają brać i Cygan oświadcza, że pora wracać do domu, bo już nic do wieczora nie będzie się działo. No, mógłby jeszcze połowić na spławik zakładając kiełże na haczyk, ale nie chce mu się przerabiać wędki. Na odchodne daje mi w prezencie dwa ciężarki Made in Cygan, przepraszając, że nie ma więcej. Ja rewanżuje mu się ciężarkami o wadze 115 gram. Mówi nam jeszcze, gdzie można pojechać na sandacza, a gdzie na suma. Żegnamy się. Pakuje swoje ryby na rower i odjeżdża.

Komentujemy z kolegą poczynania naszego nowego znajomego. Dochodzimy do wniosku, że mimo wszystko, czy uznamy Cygana za mięsiarza, czy też kłusownika ze względu na stosowany przez niego zestaw, to jest to gość, który wędkarstwo ma we krwi.

P.S. My tego dnia nie zanotowaliśmy większych sukcesów wędkarskich.

Spotkanie z Cyganem opisał
Guci

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Pięknie opowiedziana historia, a tacy ludzie faktycznie przechodzą do legend. Facet naprawdę łowi, aż miło.
Mam rozumieć, że przez te dziesięć lat nie jeżdziliście w to miejsce?
A może zrobisz fotkę tego ciężarka i wrzucisz na WCWI?
Jeździmy tam co roku. W zeszłym tygodniu byłem tam trzy razy. A ciężarków nie mam już niestety. Urwałem właśnie w Łęce. Ale jeżeli złożysz dwie łyżeczki do herbaty i wsadzisz uprzednio do środka plastelinę to będziesz miał wierne odwzorowanie tego ciężarka.
A jak wyniki w Łęce?? Dawno tam nie byłem. Łowisz z brzegu przed opaską czy z opaski??
Jeździmy tam regularnie, od maja do października, o ile pozwala na to stan Wisły. Łowimy na opasce. Teraz, gdy stan Wisły wynosi w Puławach 1,60 cm jest tam dość głęboko. Ja oceniam, że 4 do 5 metrów, ale zdarzają się też głębsze dołki. Niestety, czasy kiedy przypływała ławica leszczy i trzeba było zwijać jedną wędkę minęły, oby nie bezpowrotnie. Gdy ryby żerują można złapać w ciągu dnia kilka ładnych sztuk. W soboty i niedzielę trudno tam znależć miejscówkę, tylu jest chętnych. W ciągu tygodnia również, bo o poranku łowią miejscowi. Pozdrawiam.
Poniżej Łęki jest kilka fajnych miejsc. Zdaje się kilka kilometrów w dół są Opatkowice. Tylko po deszczu trudny dojazd. Ale jest świetna główka i kawałek grubej opaski.
A polujecie na drapieżniki ??
Nastawiamy się głównie na białą rybę, choć zdarza nam się postawić wędkę na suma. O ile wiem to można go szukać u ujścia portu. Ze spiningiem nie chce nam się biegać. To rybactwo wybitnie rekreacyjne, leniwe. Jeżeli jedzie z nami któryś z naszych synów to oni spiningują. Na klatkach jeden z nich złowił ładnego szczupaka.