Vortex, z którym pierwszy raz zderzyliśmy się w realu przy okazji pucharowego spotkania w Zielonce, zaraża mnie świetną myślą: a może byśmy tak na leszcze się wybrali na Narew??

Ależ oczywiście, z największą przyjemnością! Tym bardziej, że jeszcze nie miałem w tym roku okazji do poważnego łowienia w poważnej rzece. Sama tylko kanaliza albo zmagania szuwarowo – bagienne. A wiem, że na Narwi sporo się dzieje.

W piątek rano już wiadomo: jedziemy! Trochę deprymująco działa komunikat meteo, który otrzymuję drogą służbową: gwałtowne burze, porywiste wiatry itd. Brzmi naprawdę groźnie. I wiarygodnie. Bo lista instytucji, które przed tym uprzedzają, mówi sama za siebie. Zresztą takie komunikaty pojawiają się bardzo rzadko. Tylko wówczas, gdy sytuacja rzeczywiście może być poważna. I niemal zawsze się sprawdzają. Na wszelki wypadek wrzucam informację o tym na forum. Ale nie waham się, by zaplanowaną wyprawę uskutecznić. A co to, pierwszy raz zdarzy mi się zmoknąć?

Jeszcze telefonicznie sprawdzam, jak wygląda sytuacja na Narwi. Darek wspomina o podniesionej wodzie i potężnym ścisku na łowiskach, które chciałbym odwiedzić. Podsuwa pomysł na inną miejscówkę, niemal w samym Pułtusku. Miejsce tak samo dobre jak parę innych, lecz nieporównywalnie spokojniejsze. Bo Warszawa nie ma pojęcia, że tam takie łowisko jest :-), a Pułtusk ma to samo tuż pod nosem i nie musi się fatygować o kilka kilometrów dalej. Wspomina też Darek o własnych wynikach: w ostatniej sesji z tyczką ponad dwadzieścia kilogramów ryb, głównie leszczy. Kilka z nich nawet ogona nie pokazało, wyciągając cały amortyzator i wreszcie uchodząc z przyponem.

Punktualnie o 2.00 Wojtek i Marcin przyjeżdżają po mnie. Godzinę później jesteśmy nad wodą. Jeszcze ciemno, a dawno tam nie byłem i dróżka nieco się zmieniła, więc mylę wjazd. To nic, tutaj też jest nieźle. Zresztą na zaplanowanym, jak się okazuje, płonie ognisko i kręcą się wędkarze. Może to oznaczać, że kilka tamtejszych okienek jest obstawione gruntówkami. Na co potwierdzeniem są natarczywe dźwięki grzechotek, odzywających się przy sprawdzaniu wędek.

Znacie ten pośpiech, gdy już się rozwidnia, gdy w zasięgu wzroku i słuchu ryby oczkują i chlapią? Chciałby się natychmiast stawać z wędą i łowić, łowić, łowić! Figa! Najpierw przygotowanie zanęty i stanowiska, potem rozłożenie sprzętu. Następnie gruntowanie, by zanęty nie wrzucić w miejscu przypadkowym. Mieszanie zaciepki biorę na siebie. Co czynię zachwycając się kolorytem, zapachem i dźwiękami pierwszego brzasku. A ten jest przepięęękny! Aż by się chciało siąść w bezruchu, zapatrzeć, zaniemówić, chłonąć... Ach, jeszcze aparat! Uchwycić to, uwiecznić. Bo każdy świt inny, chyba niepowtarzalny

Te świty, zachody, te pejzaże w słońcu skąpane, te zielenie soczyste – zawsze chwytam w obiektyw wręcz z zachłannością. By potem, gdy jesienna szaruga za oknem czy śnieżna zadyma unieruchomią człeka w domu, zagapić się na te widoczki, powspominać, powędrować myślą...

Okazuje się, że spadek dna kończy się na dziesiątym - jedenastym metrze, przechodząc w równy blat. Jest tam prawie cztery metry wody. Niestety, trochę kręcącej. Granica nurtu, nieco odbitego od łagodnego łuku sto metrów wyżej, stale się przemieszcza w tunelu o szerokości dwóch metrów. Ach, jakże przydała by się tyczka! Bolonką nie da się poprowadzić zestawu idealne precyzyjnie, dokładnie w smudze zanętowej. Więc zestaw będzie miał sporo pustych przebiegów. A nawet jeśli sporo ryb uda się zwabić, to z daleka od smugi można liczyć najwyżej na brania drobnicy, przez starszych wygonionej na obrzeża.

Zaczynamy. Proponuję, że stanę najwyżej. Nieco dalej Marcin. To dlatego, że dysponuję dłuższą wędką i łatwiej mi będzie nią operować. Drugi powód taki, że będę łowić tylko we własnej zanęcie, czasami pozwalając zestawowi spłynąć w sektor Marcina. On zaś, oprócz własnych kul, będzie miał do dyspozycji również końcówkę zanętowej smugi z moich kul. Co powinno zrównoważyć różnice sprzętowe. Przecież my tu połowić przyjechaliśmy, a nie wygłupiać się z jakąś rywalizacją. Aha, jeszcze Wojtek. On bawi się z ciężkawym, poważnym gruntem. Więc siada za Marcinem i posyła zestaw dość daleko. Ani my jemu, ani on nam nie będziemy przeszkadzać.

Pierwsze brania koncertowo pieprzymy. Ale cóż, to pierwszy raz w tym roku i wpierw trzeba sobie przypomnieć, jak się zacina w tempo czy – nawet! – rozpoznaje brania. Tak, tak, nie żartuję. Dopiero po dziesięciu minutach kojarzę, że dość powolne przytopienie spławika, wyglądające na wejście przynęty w uwadę, to właśnie branie. Od rzeczywistego przytrzymania zestawu przez coś na dnie, nieznacznie różniące się szybkością topienia antenki. A zanim sobie przypomnę, jak się zacina, Marcin ma już pierwszą rybę. Niestety, to tylko maleńka płotka.

Złe rokowania? Niekoniecznie. Niemal zawsze tak bywa, że na początek wchodzi w zanętę drobnica. Dopiero później zjawiają się większe osobniki, godne patelni. Więc póki co – próbujemy sobie przypominać, jak się rozróżnia delikatne branie od uwady (przynęta wleczona po dnie) lub zacina gwałtowne, ale bardzo krótkie szarpnięcie kolejnego malca. Czego efektem jest mój krąpik, natychmiast odzyskujący wolność.

Wreszcie zaczyna się coś dziać. Marcin zapina coś większego i bardzo walecznego. Aż Wojtek, który się zdeklarował robić za operatora podbieraka, wreszcie ma zajęcie.

Sprawcą zamieszania okazuje się kleń ok. 30 cm. Niewielki, lecz w znakomitej kondycji. Tymczasem u mnie dalej kiepsko, jeśli nie liczyć dość rzadkich brań i spudłowanych zacięć. A Marcin znowu zapina coś większego. Okazuje się, że to nad podziw grubiutki, wybitnie patelniany krąp. Ten daje się wyjąć wyślizgiem, bez ingerencji Wojtka.

Wreszcie i ja, po paru krąpikach i płoteczkach zapinam poważniejszego krąpia. Podbierak nie jest potrzebny, bo tuż obok stanowiska mam piaszczystą plażyczkę, gdzie bez korzystania z podbieraka da się lądować i największe ryby. Dzięki temu Wojtek wchodzi w rolę obsługanta również mojego, a nie tylko własnego, fotopstryka.

A potem zaczyna się właściwe łowienie. Ryby nie rzucają na kolana swoją wielkością, lecz coś się dzieje. Głównie krąpie po ok. 20 – 25 cm. A między nimi trafiają się nieco mniejsze płocie i niewielkie leszczyki. Trafia mi się też coś, czego żaden z nas nie umie nazwać. Leszczopodobne, lecz nie rozpiór, nie sapa. To coś ma drobniutką łuskę, jest dość niskie w grzbiecie i dość grube. I ma niesamowicie duży ogon, wysokością równy z tułowiem. Dajemy przy tej rybie plamę. Bo zapomnieliśmy o aparatach. Więc ryba pozostanie nienazwana.

Niestety, już ok. siódmej brania słabną, stają się sporadyczne. Poniewczasie kojarzę, że zanęta za słabo sklejona, bo za dużo w niej piasku. Ale gliny więcej nie mamy, kleju do zanęt również, a dosypywanie płatków owsianych mija się z celem. Po prostu niebawem będziemy się zwijać, więc bez sensem by było dorabiać zanętę. I tak zostało jej dość dużo. Więc co potem? Wyrzucać? Ryb na dobrą kolację i tak nam wystarczy. A przecież my tu odpocząć przyjechaliśmy, a nie za wynikiem gonić.

Zresztą i u sąsiadów się uspokoiło. O ile wcześniej słychać było grzechotki przy gruntówkach, to teraz zapanowała cisza. Widocznie brań nie ma, więc chłopcom nawet nie chce się sprawdzać zestawów. Po drugiej stronie, jeszcze o świcie, ktoś prosił partnera o podbierak, było sporo ruchu. Teraz wszystko zamarło. Tak więc rekordów to my dzisiaj na pewno nie pobijemy.

Na zakończenie wyciągam Marcina na kilkusetmetrowy spacer. Wojtek za kierownicą, więc nie zobaczy wbitej w ląd, mocno teraz zarośniętej zatoki.

Ach, jakie tu kiedyś były liny! A ile szczupaków siedziało w zielsku! Niestety, zatoczka zanika. Poza oczkiem bezpośrednio graniczącym z Narwią nie da się nawet wpłynąć. A łowienie z brzegu wykluczone, nie da się dojść. Za tydzień czy dwa, gdy woda opadnie do normalnego stanu, będzie już tylko trzęsawisko.

Jeszcze rzut oka ze śluzy, na kanał będący starorzeczem Narwi.

Przez polaryzacyjne szkła widać stadko sporych ryb. Klenie? Pewnie tak, bo znikają widząc nasze ruchy na górze. Niebawem pewnie powrócę tu ze spinningiem. Nie, nie dla kleni. Przy zarośniętych brzegach kanału kryje się sporo szczupaków, a w pobliżu śluzy, w kamienistym dołku, niemal przez cały rok kręci się sporo okoni. W dobrym dniu bywa, że w prawie każdym rzucie jest branie. I choć do rzadkości należy pasiasty ponad dwadzieścia centymetrów, to nie czepiają się mniejsze niż 17 – 18 cm. Tyle tylko, że rwie się tu na potęgę. Ale cóż, coś za coś.

Albo przejdę się brzegiem do Narwi, gdzie w potwornych krzakach kryje się stara, niemal zapomniana, kamienista opaska. Ciekawe, czy są tam jeszcze te dyżurne szczupłe, czy na granicy nocy i dnia podchodzą sandałki, czy... Ech, plany, plany... Na szczęście sezon dopiero się zaczął, więc zdążę zajrzeć i tam.

Zrelacjonował
Bombel

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy