Nie powiem, żeby miała jakieś specjalne predyspozycje aby być psem wędkarskim, nie lubiła pływać, do tego aby aportować z racji wysokiego urodzenia była zbyt dumna, niespecjalnie też interesowała się tym co fruwało na końcu mojej wędki. Natomiast miała jedną niezaprzeczalną zaletę, każdą propozycję wypadu nad wodę przyjmowała z ogromnym entuzjazmem. Z czasem przerodziło się to niemal w obsesję, kiedy tylko zaobserwowała krzątaninę przy sprzęcie wędkarskim jej głównym problemem było, czy aby pan jej nie zostawi w domu?

Swoim psim swędem znakomicie odróżniała wyprawę, w której ona powinna być uczestnikiem od cotygodniowych wyjazdów do pracy w Warszawie. Wtedy to leżąc spokojnie pod drzwiami pozwalała się pożegnać jakby pogodzona z obiektywną koniecznością.

Piątkowy czas mojego powrotu z pracy wyczuwała w sposób nieomal nadprzyrodzony, małżonka patrząc na jej zachowanie bez pudła zabierała się do przygotowania obiadu z półgodzinnym wyprzedzeniem.

Nad wodą starała się trzymać jak najbliżej mnie, obce jej było myszkowanie po krzakach, szła cierpliwie krok w krok podczas wypraw ze spinningiem albo kładła się obok stanowiska i słuchała, słuchała… A to narzekań na drapieżnika, który się nie zapiął, o zapomnianym podbieraku, albo tych przyjemnych o wyholowanych rybach. Jak każda dama chętnie pozowała do zdjęć, a ja chociaż dysponuję kiepskim cyfrakiem i mam mgliste pojęcie o dobrej fotografii popełniłem z jej udziałem ujęcie życia.


Blisko pięćdziesiąt kilogramów piękna, dobroci i spokoju.

Dla Beruszki, bo tak nazywaliśmy ją pieszczotliwie nie było istotne, czy wybieraliśmy się na wędkowanie w upał, słotę czy mróz, zawsze była w gotowości, sprawdzając przed wyjazdem swoim potężnym nochalem, czy zapakowałem przynależne jej wiktuały.


Tu zniewoleni przez upał usiłujemy zaczarować liny na żwirowni.


Zimowe klimaty starorzeczy też nie były nam obce.

Pozostawiona w domu obrażała się okrutnie i trzeba było wiele zabiegów aby ją udobruchać. Z jej udziałem dane mi było przeżyć parę wesołych przygód, które wryły mi się w pamięć.

Późna jesień, wybieram się na starorzecze za okoniem, małżonka odradza stanowczo zabieranie psa, bo Berry ma cieczkę. Widzę, że psica aż piszczy na perspektywę wyprawy, więc przekonuję, że tam zadupie, niewielu wędkarzy zagląda, a już spotkanie takiego z psem to jak wygrana w totka.
Łowimy już godzinę , suka wyleguje się obok mnie, okonki gryzą – jest pięknie, gdy nagle po drugiej stronie wody widzę faceta ze spinningiem, a o krok za nim potężnego wilczura.

Wrzeszczę do niego na cały głos, żeby jeżeli to pies to trzymał go na smyczy, odpowiada równie głośno, że pies karny, bo szkolony i żadna suka, nawet w cieczce nie odciągnie go od pana. Zdążył tylko to wykrzyczeć, gdy pies złapał zapach w nozdrza i jak przecinak rzucił się do wody.

Właściciel zdziera sobie gardło próbując go zawrócić, a ja w panice zbieram bambetle, sukę na smycz i pędem do samochodu, ta się opiera bo desperacja adoratora bardzo jej się podoba. Kiedy wreszcie dobiegamy do samochodu i zapakowani ruszamy z piskiem opon niedoszły tata wychodzi z wody i gna w naszym kierunku. Już w znakomitym humorze jadąc do domu usiłuję sobie wyobrazić minę kolegi po kiju, który nie docenił siły instynktu u swojego pupila.

Druga historia wydarzyła się nad brzegiem Narwi, gdzie wybraliśmy się na połowy leszcza z feederkiem. Aby dojść do samej rzeki musieliśmy przejść przez ogrodzenie, w którym pasło się stado krów. Kiedy zmierzaliśmy w kierunku miejscówki, zaciekawione bydlątka podążały parę kroków za nami. Gdy już uporałem się z rozłożeniem sprzętu i rozrabianiem zanęty oddaje się obserwacji szczytówek, a psica zalega  obok fotela. Z błogiego nastroju wyrywa nas hałas z tyłu, to jedna z krów wyżera zanętę z wiadra, druga zaś zbliża się do Beruszki i zaczyna ją wylizywać, ta najpierw się wierci, a później daje drapaka, namolna admiratorka rusza za nią. Reszta stada i ja z zainteresowaniem oglądamy niecodzienne widowisko, po pewnym czasie Berry dochodzi do wniosku, że bez pomocy pana nie uwolni się od wielbicielki i zawraca w moim kierunku. Tego już wydaje się za dużo, w obawie przed utratą sprzętu w panice zaczynam się pakować. Kiedy ruszamy pędem do samochodu uparta krówka podąża za nami aż do samej bramki, a później jeszcze długo porykuje żałośnie. Później tłumaczę sobie, że pewnie niedawno odebrano jej cielaka, a psica wyzwalała w niej instynkt macierzyński.

Inny przypadek. Siedzimy nad rzeką, ja usiłuję coś złowić na przepływankę, a Berry znudzona wylegiwaniem rusza pobuszować po łące. W pewnym momencie w moje nozdrza wwierca się okropny, duszący zapach. Rozglądam się dookoła i widzę psicę stojąca parę kroków za mną z miną winowajcy, już wiem! Wytarzała się w jakiś śmierdziuchach. Przywołana podchodzi niechętnie, już wie że będzie bura, kiedy odnajduję nieopodal resztki wypatroszonych ryb klnę w żywy kamień na postępowania braci wędkarskiej, psa i swoją głupotę.

Próbuję wymyć Berry w rzece, ale zimna woda nijak nie chce wypłukać odoru z kudłatej sierści. Wracamy, a w samochodzie mimo otwartych okien panuje taki zaduch, że co chwila zbiera mi się na wymioty. W domu żonka złorzecząc na naszą parę zaciąga Berry do kabiny. Prysznic i szampon, tego nasza psica nie znosi, więc tłucze się po kabinie. Efekty wyprawy, to rozbite skrzydło prysznica, samochód śmierdzący przez następne tygodnie, a dla naszej dwójki zakaz wspólnych wypraw przez cały miesiąc (na szczęście zaraz była amnestia).

Specjalnie staram się przywołać w pamięci jak najwięcej radosnych chwil z naszej dwunastoletniej przyjaźni, bo ostatnie miesiące jej życia były bardzo smutne, postępujący rak powodował coraz więcej ognisk wrzodowych, na nic zdały się kolejne operacje. 2 października musieliśmy się poddać .

 

Zdzisław Słyk *MorsikV*

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

RIP ! A Tobie, Zdzisławie, składam kondolencje.
To bardzo przykre. Ale takie jest życie.
W marcu ubiegłego roku zakończył żywot nasz 14 letni ratlerek. Nazywał się Kufel (ja go tak nazwałem nie wiedząc dlaczego). Małe toto było że w czapkę można było schować ale żal był cholera wielki jak po koniu.
Tak to już bywa po kilkunastu latach przeżytych razem.
Nie wiem co napisać, sam jeżdżę ze swoim Dżekim na rybki i wiem co to znaczy.
Smutne ,bardzo smutne .Ja tez mam suczké i az mnie ciarki przechodzá jak sobie pomyslé ze kiedys trzeba sié rozstac.
Kondolencje skladam .
Serdecznie współczuję z powodu śmierci przyjaciela.
Dzięki koledzy.Smutno, wędkowanie nie cieszy, nawet jak pojadę to bez większych efektów. Zapomniałem dodać, że oprócz innych zalet przynosiła mi także szczęście podczas wędkowania.
Kondolencje i od nas Zdzisiu.
Przykra sprawa strata przyjaciela najwierniejszego z wiernych :cry Ja również tego lata pożegnałem mojego Maxa ,był u mnie 13lat . :cry
Ojjjj,... i mnie się jakoś tak źle na dyszy zrobiło. Wspomniałem swego wiernego przyjaciela z który zmuszony byłem się rozstać 3 lata temu. Mój Pluto(skrajcowany seter szkocki) był ze mną prawie 16 lat. :cry Współczuję straty zwierzaka.
Czasem pies okazuje się lepszym przyjacielem niż człowiek. Ale nie ma co się smucić. Raj to raj i sama tam nie jest...
Pozdrawiam ciepło!
Wiem co to znaczy, bo w moim życiu zawsze był jeden lub dwa psy. Było ich wiele i zawsze rozstanie to niechciane a konieczne było przypłacone długim smutkiem i wspomnieniami. Pies to takie wierne zwierze, że przywiązuje się nawet do człowieka który na to nie zasługuje, dlatego szanujmy te zwierzaki, bo są tego warte. ma znajomego który kiedyś znalazł w lesie półżywego psa wyrzuconego po walkach i go uratował. To zwierze odwdzięczyło mu się po stokroć.
Kondolencje Zdzichu! Nie wyobrażam sobie jak przyjdzie czas na mojego Koksa. :cry