Pierwsze kroki wędkarskie stawiałem w wiejskim stawiku. Miał on wszystkiego z 0,3 ha i pół metra głębokości, ale to już wystarczało dla wszędobylskich karasi, słonecznic, piskorzy i kóz. Czasem przyłowem bywała traszka. Pierwsze zestawy to oczywiście starannie wyselekcjonowane kije leszczynowe, ozdabiane fantazyjnymi nacięciami na korze. Żyłki o długości nie przekraczającej najczęściej 2 m, no bo jak inną zarzucić... Spławiki strugane z kory starej topoli, a haczyki... odpowiednio wyprofilowane szpilki.

Na jakieś sensacyjne wyniki niestety w tym stawiku, o skądinąd wdzięcznej nazwie "Wyrzut", nie mogłem za bardzo liczyć, choć jeszcze przez długie lata z wielką przyjemnością do niego wracałem. Okres szkoły podstawowej to nieustanna tęsknota za jakimkolwiek zbiornikami, których areał przekroczyłby z 1 ha. Harcerskie wyjazdy na Mazury rozbudziły we mnie "czarnego robaka szaleństwa" i to niespotykanych dotąd rozmiarów. Widok stad krasnopiór i okoni krążących wokół pomostów, gdzie myliśmy menażki, zapadł mi w pamięci do końca życia i nigdy tego nie zapomnę. No i ten ból, gdy kadra siadała na łódki i płynęła wędkować, a ja wpatrzony za nimi tęsknie na brzegu...

Od tamtej pory jeziora zawsze są dla mnie czymś więcej niż zbiornikami wodnymi, są obiektem westchnień, wspomnień i dziwnych, trudnych do opisania tęsknot. Boże, co ja czuję, jak jadąc na północ kraju za Mławą mijam restaurację z dużym napisem na dachu "Warmia i Mazury Witają", tego się nie da opisać. Tak samo silne emocje odczuwam w drodze powrotnej, tylko nie jest to euforia, a jakaś cholera ściska mnie w krtani. No, ale dość tych rozczulań... Czas szkoły średniej mogę śmiało uznać za stracony. Jakkolwiek mój "czarny robak szaleństwa" miał się cały czas dobrze, tak jakoś w nieznanej dla mnie Warszawie nie na trafiłem na dobrego ducha, który mógłby mnie poprowadzić, a miałem przecież do dyspozycji tyle pięknej wody.

Potem wojsko i pierwsza praca. Przyjeżdżając na weekendy do rodziców pod Garwolinem, zawsze z przyjemnością wracałem nad swój "Wyrzut".

Zasadniczy przełom przyniosła mi zmiana pracy i zaprzyjaźnienie się z kim? No, a z kim wędkarz może się najszybciej zaprzyjaźnić. Mirek, bo nim piszę, ukazał mi piękno i potęgę Bugu. Z okresem tym wiąże się też niestety mniej chlubna karta. Wołomińskie pochodzenie mojego kolegi określało też charakter ludzi, z jakimi w tym czasie wędkowałem. Nie będę się wdawał w szczegóły, jednak ze wstydem się przyznaję, że byłem niemym świadkiem "siatkowania".

Z Mirkiem spędzałem praktycznie wszystkie letnie weekendy nad wodą. Wybieraliśmy co tydzień coraz to nowe miejsca biwakowania. Przeżyliśmy razem mnóstwo różnych przygód. Ale ciężki grunt, z czasem zaczął mnie rozczarowywać, jakkolwiek towarzysko było wesoło, to jednak nie łowiliśmy za wiele.

Z układu wyrwała mnie dzisiejsza Barosowa, choć oczywiście zauroczenie i pierwsze randki odbywały się oczywiście na rybach. Potem zmiana pracy i dostęp od 1998 roku do internetu w pacy, Rybie Oko i na nowo poznawanie wędkarstwa i pod kątem technicznym i etycznym. Połowiłem w życiu trochę suma i ładnego leszcza. W tym roku oczarował mnie lekki spining i paprochowanie. Ale jest jeszcze tyle gatunków ryb, którym chciałbym się przedstawić. Przede mną jeszcze tyle nauki, mam nadzieje ze mi życia wystarczy?

Jarek Odziemczyk vel Baros


Wybrane komentarze z poprzednich wersji portalu:

marcin_p:
Za mało szczegułów... :-) A traszki na wędkę też łapałem :-)))))
Zawias:
No Baros jestem pod wrażeniem Twoich początków
Baros:
Ooo! Z radościa witam nowego użytkownika.
Zielonka rośnie w siłę!!!!!!!. A może Krzysiu byś się ładnie przedstawił na Głownej ????

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy