Początki
Za cholerę nie mogę sobie przypomnieć moich pierwszych złowionych rybek. Powiadają, że wyciągałem płotki z jeziora Ślesińskiego mając 4-5 lat, będąc z moimi rodzicami na wczasach. Znaczy tak zeznaje mój ociec, bo ja tego faktu nie mogę odnaleźć w moich wspomnieniach. Pamiętam Ślesin, pamiętam nasze domki, w których mieszkaliśmy, pamiętam jezioro, pamiętam nawet dwa pomosty - jeden stały, a drugi pływający na zatopionych beczkach, na który okropnie bałem się wchodzić, no bo przecież tak niebezpiecznie bujało. Żadnego wędkowania, nawet w wykonaniu ojca, nie pamiętam…

 
Pierwsza ryba
Pierwsze fakty, które kojarzę już trochę lepiej zaczęły się może coś koło 1-2 klasy szkoły podstawowej. Wtedy to dostałem od mojego pradziadka pierwszą wędkę - bambusową oczywiście. Pamiętam, że było to jakoś w połowie wiosny, bo jej debiut miał nastąpić 1 maja, w dniu, kiedy to nasza rodzina co roku „oficjalnie” rozpoczynała wędkarski sezon. Mam na myśli oczywiście naszą „wędkarską” rodzinę, czyli mojego ojca, dziadka, stryja i mnie. Pogoda nie była najlepsza, padał deszcz, a temperatura pozostawiała wiele do życzenia. Jedyne branie dnia odbyło się na mojej wędce, w efekcie czego złowiłem dwudziestocentymetrowego lina. Podobno na spławik. Podobno, bo tego faktu też do końca nie kojarzę… Pamiętam tylko, że wszyscy byli okropnie dumni i kłócili się, co zrobić z moim trofeum - wypuścić, bo niemiarowy, czy zabrać do zjedzenia (no że pierwsza ryba, to trzeba zjeść, czy coś takiego). Szczerze mówiąc nie pamiętam jaki los spotkał moje pierwsze wędkarskie trofeum. Muszę przepytać na tę okoliczność przy najbliższej okazji ojca albo stryja…

 
Zalew Szałe
Trochę poważniejsze wędkowanie zaczęło się coś koło szóstej klasy, kiedy to zdałem egzamin i otrzymałem kartę wędkarską. Naszym głównym (w zasadzie jedynym) miejscem połowów był zalew Szałe utworzony na Pokrzywnicy (nie jestem pewien, ale to jest chyba jego prawdziwa nazwa - zalew Pokrzywnica, a Szałe to wioska na jego południowym brzegu) nieopodal Kalisza, z którego pochodzę. Jak już wcześniej pisałem sezon „oficjalnie” rozpoczynaliśmy, gdy wszyscy uczestniczyli w pochodzie pierwszomajowym. Co wcale nie znaczy, że wcześniej nie było żadnych wypraw; wręcz przeciwnie. Odkąd sięgam pamięcią pierwsze wyjazdy odbywały się do „leśnej zatoczki”, a naszymi zdobyczami były wyłącznie płotki. Zawsze oczywiście odbywały się (w zasadzie tylko między moim stryjem Andrzejem i mną) zawody o pierwszą rybę sezonu. Później tradycyjne zaczęły być zimowe i wczesnowiosenne „spacery” nad strugę wpływającą do zalewu. Metoda to leciutka przepływanka z pastą na haczyku, a zdobyczą oczywiście płoteczki. Z reguły dopiero w kwietniu przenosiliśmy się na główny zbiornik. Naszym ulubionym miejscem połowów była niewielka płytka zatoczka zlokalizowana nieopodal pętli autobusu nr 28. W najgłębszych miejscach ciężko było znaleźć grunt przekraczający siedemdziesiąt - osiemdziesiąt centymetrów. Średnio łowiło się na czterdziestu, góra pięćdziesięciu centymetrach.

Nazywaliśmy to miejsce "żabimi wodami". Zresztą nie było kawałka brzegu nad zalewem, które nie miałoby swojej nazwy - po prostu zwariowana rodzina… Uznawaliśmy w zasadzie wyłącznie spławik, a co za tym idzie połów w niezbyt dużej odległości od brzegu, co z podaną przed chwilą przeze mnie głębokością łowiska, może u niektórych budzić pewnie wątpliwości. Po prostu woda w zalewie miała zawsze mętne zabarwienie, a co za tym idzie jej przejrzystość była rzędu kilku czy kilkunastu centymetrów (żabie wody). Największą wyjętą tam rybą, którą widziałem na żywo był amur, dużo ponad 10 kg, ale wiem, że padały tam jeszcze większe egzemplarze…

 
Pierwsze wyposażenie
Wędka od pradziadka jakoś nie przypadła mi szczególnie do gustu. Dużo lepiej czułem się mając w ręku inną, którą wcześniej używał mój dziadek - lekką, trzymetrową francuską teleskopówkę, już wtedy bardzo wiekową. W zasadzie dość płynnie przeszła na moją własność bez żadnego oficjalnego przekazania. O kołowrotek (nowiutki Rex) i nieodzowny przecież plecak postarał się Gwiazdor. „Przejąłem” również jedno z nieużywanych pudełek znajdujących się w akcesoriach dziadka i stryja, zatem byłem w pełni gotów do następnego sezonu…

 
Gucie
W tamtych czasach na zalewie dominowały niewielkie (do kilograma) leszcze, które nazywaliśmy guciami. Nie mam pojęcia skąd się ta nazwa wzięła, bo z tego co wiem to obowiązywała w zasadzie tylko w naszej rodzinie. W zasadzie, bo takiego określenia używał jeszcze tylko sąsiad dziadka - bardzo częsty kompan naszych wędkarskich wypraw. Pamiętam pierwszą wiosenną wyprawę z moim „nowiutkim” sprzętem, oczywiście na żabie wody. Naturalnie gucie brały, ale… nie potrafiłem wówczas dostrzec delikatnych brań na moim zestawie. Jakieś lekkie wyłożenia, przytopienia, niewielkie ruchy spławika – sądziłem, że takie zachowanie powodują fale. Specjalistą w ich łowieniu był Andrzej, który natychmiast mnie przeszkolił. Usiadł obok i ustalił następujący kod: „PE” - podejrzenie brania (Andrzej do dziś dzień jest przeczulony na tym punkcie - jakiekolwiek podejrzane zachowanie zestawu kwituje energicznym zacięciem), „A” - kombinacja, „E” - tnij ! Parę razy oczywiście zapominał się i własnoręcznie zacinał. Po kilku, czy kilkunastu braniach już z grubsza wiedziałem o co chodzi, ale wiem, że jak na początkującego wędkarza to wcale nie było łatwe…

 
Spinning i sprężyna
Metodę spinningową znałem jedynie z obrazków. Nikt od nas nigdy za nią nie przepadał, może trochę w czasach swojej młodości łowił nią Andrzej, ale nigdy nie była to w naszej rodzinie pasja, w przeciwieństwie do spławika. Pamiętam, że na samym początku w ogóle nie mogłem zrozumieć na czym ta metoda polega. Przede wszystkim jak poznać branie. Z takim pytaniami zwróciłem się chyba do ojca, który coś tam mi zaczął tłumaczyć, że toto się obraca, coś tam błyska, rybka coś chce zjeść itd. Zrozumiałem mniej więcej tyle, że jak jest branie, to widać jakiś błysk pod wodą, czy coś w tym stylu (albo ojciec kiepsko tłumaczył, albo ja słabo słuchałem). W każdym razie wyglądało to dla mnie wówczas podejrzanie, więc się w temat nie wgłębiałem. Dużo bardziej zaciekawiło mnie, gdy któregoś razu na Szałe zobaczyłem gościa rzucającego wielką bombę zanęty uczepionej na żyłce. Na początku byłem przekonany, że to ileś tam haczyków zamontowanych w jednym miejscu… Po wyprowadzeniu mnie z błędu stwierdziłem, że może i ja też spróbuję czegoś takiego. Mniej więcej zbiegło się to z prezentem otrzymanym od mojej mamy - szklanego spinningu przywiezionego od naszych południowych sąsiadów. Potrzeba było dość mocnej i sztywnej wędki - spinning spełniał oba te wymagania, więc nabyłem pierwsze sprężyny i czekałem z niecierpliwością na kolejny wyjazd. Najmniej zadowolony był z tego faktu dziadek, który nigdy nie lubił jak mu hałasowali nad wodą rzucając olbrzymie bomby do wody, płosząc wszystkie ryby…

W końcu nadszedł ten wyczekiwany dzień, ale biała ryba odmawiała współpracy. Woda natomiast gotowała się od szalejących okoni i małych sandaczy. Widząc, że nie mogę wytrzymać, Andrzej zarządził zmianę zestawu i zawiązanie niewielkiej obrotówki, których kilka na wszelki wypadek zawsze woziłem ze sobą. Pierwszy rzut i okoń. Natychmiast przejąłem wędkę i miałem kilkudziesięciominutową zabawę z grasantami. To były moje pierwsze rybki na spinning. O ile mnie pamięć nie myli, złowione niezgodnie z ówcześnie panującym regulaminem, bo wymaganych czternastu lat to ja na pewno nie miałem…

 
Wilczkowo
Historia zaczęła się bardzo dawno, bo jeszcze w czasach młodości mojego ojca. Wówczas to dziadek z babcią i stryjem jeździli nad to piękne jezioro Pojezierza Drawskiego. Ojciec narzekał później (w żartach oczywiście), że zamiast zabierać go ze sobą, to wywozili go na wieś, na zesłanie do ciotki, nad Wartę do Osjakowa. Ojciec trafił na Wilczkowo wiele lat później, trochę przypadkowo razem ze swoim wspólnikiem. Spokój, cisza (tylko jedno pole namiotowe nad jeziorem, a do tego bez prądu) i bardzo rybna woda spowodowały, że często tam wracaliśmy. Dla mnie to było niepojęte, że można złowić kilkanaście ryb w ciągu jednego wypłynięcia. Na Szałe to nie wiem, czy w tamtych czasach złowiłem w ciągu jednej wyprawy więcej niż pięć, sześć ryb. Na samym początku na Wilczkowie płotki półkilogramowe były codziennością. Do tego kilogramowe okonie, które ojciec ze wspólnikiem traktowali jako chwast - do momentu pierwszej próby uwędzenia takiej zdobyczy… Nie było wypłynięcia bez szczupaka, ani nocy bez węgorza. Kiedy ja zacząłem jeździć nad Wilczkowo, niestety ze szczupakiem było już trochę gorzej (albo po prostu jako spławikowcy może tak bardzo się na nim nie skupialiśmy), okonie nie były już tak wielkie, ale zabawa z płotkami była zawsze - niestety im późniejsze lata, tym ciężej było o płoć, a nie płotkę.

Nad Wilczkowem dokonałem przełomu w mojej wiedzy wędkarskiej, bowiem dowiedziałem się też, że istnieje inna metoda wiązania zestawu spławikowego, zwana przelotową… Pamiętam, że zawsze trwały zawody o największą płoć wyjazdu - rekordowe długości zaznaczane były nacięciami na pomoście. Wyniki podchodziły pod granicę czterdziestu centymetrów, ale nigdy jej nie osiągnęły. Któregoś roku trafiliśmy miejscówkę na śliczne wzdręgi - takie dobrze ponadpółkilogramowe. Brały i większe, ale urywały nam po prostu zestawy wpływając w jakieś przebrzydłe, mocne zielsko…

 
Rzeka
Rzekę w zasadzie znałem jedynie z opowieści. Tysiące razy słyszałem o wyprawach nad Prosnę do Grabowa, albo wyjazdach nad Wartę do wspomnianego już Osjakowa. O tych leszczach, jaziach, kleniach, niezliczonej liczbie płoci i świnek, czasem o brzanach i szczupakach. W sumie wokół Kalisza nie było gdzie łowić - Prosna w mieście była (i chyba nadal jest) rzeką brudną, a nad Wartę trochę za daleko. Czasami odwiedzało się znane miejscówki w okolicach Grabowa, ale z rybą było kiepsko. Dla mnie to była zupełna nowość - jak sobie poradzić z tym nieprzyjaznym nurtem?

Podczas pierwszych wypraw ograniczałem się do roli obserwatora - wtedy to jeszcze tak bardzo mnie wędkowanie nie brało, ale któregoś razu w końcu spróbowałem. Pamiętam, że na „polowanie” udałem się z Andrzejem - innego łowienia na rzece prócz „na chodzonego” nie znam. Po wyborze miejsca lekcja była krótka: „zrób grunt jakiego tu na pewno nie ma, zarzuć prostopadle do nurtu lub lekko z nim i połóż wędkę - zestaw usadowi się w końcu w jednym miejscu”. Po kilku minutach miałem już na koncie pierwszą płotkę złowioną na przystawkę. Bardzo mi się podobało takie zupełnie inne łowienie - kilka minut tu, kilka minut tam - nie sposób się wynudzić. Do tego wyobraźnię pobudzały opowieści z dawnych lat. Dziadek na przykład najpierw łaził nad rzeką i szukał sobie przeciwnika. Kiedyś cały dzień próbował złowić dwukilowego jazia, którego wytropił na jednym z zakoli. Ryba wyjadała wszystkie ziarenka pszenicy oprócz tych na haczyku. Dziadek w końcu zwiększył grunt, zestaw jakoś sprytnie zarzucił, że spławik znajdował się liściu grążela. Dopiero wtedy jazio skapitulował. Albo opowieść o śwince, którą na zmianę łowili przez trzy kolejne niedziele - dopadł ją w końcu mój ojciec, który specjalizował się w łowieniu tych rybek. Ja do tej pory świnkę jedynie widziałem na zdjęciach…

 
Największa ryba
Głównym łowiskiem pozostawało jednak nadal Szałe. Guciów nie było już tak dużo jak wcześniej, ich rozmiar też znacznie się zmniejszył, zniknęły liny, które bardzo często były łowione na żabich wodach. Co wiosnę zaczęto natomiast zarybiać zbiornik niewielkimi karpiami, które niestety w większości przypadków padały łatwym łupem mięsiarzy. Coś tam jednak się ostało, bo zdarzało nam się połowić trochę większe egzemplarze. Większe oczywiście w moim tego słowa znaczeniu. Podejrzewam, że „zawodowi” karpiarze nie będą tak nazywać kilkukilogramowych „kroczków”. Mój największy miał ledwie cztery kilogramy i jest największą złowioną przeze mnie rybą - oczywiście padł na żabich wodach. Ale ja nigdy nie miałem szczęścia do okazów na Szałe - częściej łowiłem więcej ryb niż dziadek, czy Andrzej, ale to oni zawsze przodowali w okazach. Z tamtych czasów na odnotowanie zasługuje fakt, że zdarzył nam się z Andrzejem sezon, w którym łowiliśmy prawie wyłącznie na sprężynę. Nie pamiętam jak to się stało, ale mieliśmy taką swoją chwilę słabości...

 
Muchówka
Którejś zimy wymyśliliśmy z Andrzejem muchowanie. Już nawet nie pamiętam, który z nas był głównym prowodyrem. Zaczęło się od nieudolnych prób wykonania muszek. O sznur postarał się ojciec, który w tamtych czasach handlował sprzętem wędkarskim. To samo tyczyło się wędki, którą dostałem już wiosną na urodziny. Prawdziwe muszki też się znalazły - od ciotki mieszkającej w Kanadzie, zatem sprzęt został skompletowany. Pierwsze były chyba niewielkie jeziorowe wzdręgi i ukleje, ale zawsze moim marzeniem była rzeka, a więc klenie, jelce i jazie. No to któregoś razu wzięliśmy i muchówkę przy okazji wyjazdu nad Prosnę do Grabowa. Okazało się, że łowienie z brzegu nie jest wcale takie proste, więc po chwili chwyciliśmy nasze przystawkowe zestawy i udaliśmy się na polowanie. Z tego co pamiętam, to ryba wtedy wyjątkowo brała - mam na myśli oczywiście płoteczki, krąpiki i może jakieś pojedyncze klenie.

Wróciłem do naszej bazy koło samochodu i spostrzegłem brak muchówki. Idąc w dół rzeki spotkałem brodzącego po pas w wodzie ojca. Spytałem o wyniki, odrzekł że złowił dwa klenie i ukleję. Nie uwierzyłem. Podczołgałem się pod wysoki w tamtym miejscu brzeg i na leżąco obserwowałem wyczyny ojca. Zarzucał muszkę pod brzeg, po czym na wyprostowanej lince zataczała łuk, smużąc powierzchnię wody. Za pierwszym, czy drugim rzutem do muchy wyskoczył spod gałęzi kleń - trzydziestak, wielka fontanna wody i wtedy dopiero uwierzyłem... Wówczas złowiłem swoje pierwsze jelce i klenie. Jak do tej pory ostatnie, ale mam wielką chęć jak najszybciej to zmienić…

 
Drwęca
Moja ciotka mieszka w Toruniu. Kiedyś Andrzej, będąc w odwiedzinach u niej spróbował trochę połowić. Wynik były rewelacyjne, więc w końcu i mnie udało się wybrać na wakacje do Torunia. Złowiłem w końcu pierwsze rzeczne gucie oraz pierwsze ponadkilogramowe klenie. Ulubionym naszym łowiskiem były okolice wioski Młyniec, ale któregoś razu postanowiliśmy spróbować dalszej wyprawy - zajechaliśmy prawie pod Golub-Dobrzyń. Ryby brały bardzo dobrze. Andrzej tresował płotki i klenie, ja próbowałem bawić się z muchówką, ale efektem były tylko dwudziestocentymetrowe ukleje. Pod wieczór przerzuciłem się już na przystawkę. Od razu branie i ryba wchodzi w zaczep. Widzę ją jednak w wodzie - żyłka zawadziła o niewielką gałązkę, więc może się uda. Nie chcę wierzyć oczom, ale wydaje mi się, że widzę karpia. Próbuję obejść brzegiem zawad, aby żyłka zmieniła kąt i udaje mi się. Siłowy hol kończy się sukcesem. To rzeczywiście półtorakilogramowy prosiaczek. A pomyśleć, że kilkaset metrów dalej bawiąc się muchówką widziałem w tej samej rzece pstrąga…

Nad Drwęcę wracałem jeszcze kilka razy, czasem było lepiej, czasem gorzej, ale zawsze coś fajnego udało się złowić. Pamiętam fantastyczną akcję w wykonaniu chyba jazia. Miałem takie swoje ulubione miejsce nieopodal mostu w Młyńcu. Klasyczny dołek z ujażdżką na szczycie. Siedzę któregoś razu, wyciągam zestaw, a tu pusto. Zarzucam więc i… po pięciu minutach to samo. Biorę więc wędkę i łowię z ręki. To samo. Jazio szkolił mnie chyba z czterdzieści minut - tylko raz wydawało mi się, że coś się dzieje na końcu zestawu. Potem brania się urwały, tzn. pęczak zostawał na haczyku… Trochę niżej wspomnianego miejsca złowiłem swoją największą, bo ponadkilogramową płotkę - bardzo, bardzo długo nie mogłem uwierzyć, że to nie jazio; a Johny’ego w Drwęcy złowić mi się nigdy nie udało…

 
Ujście
To już czasy studenckie, wakacje między drugim, a trzecim rokiem. Andrzej wymyślił, że pojedziemy nad Wartę w okolice Pyzdr, a konkretnie ujścia Prosny do Warty. Przekonywał, że tam musi być ryba, jest fajna rzeka itp. Dopiero później dowiedziałem się, że byli tam z dziadkiem kilka dni wcześniej. Po dotarciu nie byłem zachwycony - okropnie gorąco, żarówa na niebie i zielona, zakwitnięta woda. Jakiekolwiek szanse widziałem jedynie w trochę czystszej Prosience. Po zasypaniu kilku dołków wróciłem do obozu i zniesmaczony usiadłem w cieniu. Andrzej rozwinął wędkę, powiedział: „patrz”, zarzucił, spłynął zestawem pod krzaczek, branie i trzydziestocentymetrowa płotka na brzegu. Stwierdziłem, że i jak mogę spróbować. Minęło pięć minut i ja przyniosłem identyczny egzemplarz do siatki. Kolejne branie i… jestem zdezorientowany jaką rybą mam na wędce. Na płotkę za duże, leszcz tak energicznie nie walczy, kleń próbowałby wbijać się w jakieś krzaki, czy chociażby w brzeg, na jazia też mi to nie wygląda. Po dobrej minucie na powierzchni pokazują się okrąglutkie płetwy i zielony kształt lina… Płotki tego dnia brały świetnie, nie schodziły też poniżej trzydziestu centymetrów. Trafił się też jakiś gucio. Niestety nazajutrz wyjeżdżałem na studia, a o Ujściu przypomnieliśmy sobie dopiero dwa lata później z ojcem. Tam zawsze coś się działo, głównie płotki, ale zdarzył się jasiek, jakiś gucio, miałem dwa spotkania z brzaną - niestety bardzo krótkotrwałe i gwałtowne w przebiegu. Jak tylko jestem w Kaliszu, zawsze staram się odwiedzić nasze Ujście…

 
Bzura
To już po moich studiach. Do tej pory to Drwęca była moim ulubionym łowiskiem - czysta i głęboka rzeka, potrafiąca ucieszyć pięknym leszczem, kleniem czy płocią. Nie sądziłem, że to „pikuś” w porównaniu z tym co mnie czeka po zapoznaniu się z Bzurą. Początki nie były zachęcające. Łowisko piękne i interesujące, ale pierwsze wiosenne wyprawy kończyły się zerowym wynikiem. Pocieszał mnie jedynie fakt, że tak naprawdę nigdy wcześniej nie próbowałem swoich sił o tej porze roku nad rzeką, dlatego cierpliwie czekałem na przełamanie…

Przełom nastąpił dopiero w maju, wraz ze zmianą miejsca kilka kilometrów w dół rzeki. Do tej pory zastanawiam się, czy to rzeczywiście zmiana łowiska tam wpłynęła na wyniki, czy po prostu wcześniej ryba nie żerowała. Zawsze sobie obiecywałem, że to sprawdzę i spróbuję znowu połowić w pierwotnych miejscach, ale kiedy „u mnie” zaczyna się coś dziać, dopada mnie jakiś amok i nie potrafię rozstać się z moimi ulubionymi miejscówkami. Pierwsze wówczas zameldowały się jazie, tydzień po nich do ataku przystąpiły gucie. Do końca czerwca w zasadzie nie było dnia bez kontaktu z dużą rybą. Oczywiście znowu mam na myśli subiektywne pojęcie tego słowa. Kolejny fenomen tego zakątka: w zasadzie brak presji wędkarskiej. Czasem minę się ze znajomym już z widzenia spinningistą, w weekend pojawiają się grunciarze, którzy okupują ciągle to samo miejsce, a poza tym spotkanie wędkarza jest naprawdę osobliwością. Kolejne sezony potwierdziły, że Bzura jest fantastycznym łowiskiem.

 
WCWI
Jakoś nigdy wcześniej nie szperałem w Internecie szukając stron o tematyce wędkarskiej. Większość czasu w sieci spędzałem grając w brydża. Czyli to zupełny przypadek, że trafiłem tutaj. Oczywiście od razu przybyłem na pierwsze nadarzające się spotkanie Barkowe i to był strzał w dziesiątkę. Pamiętam pierwszą wizytę na Barce, gdy Artur z Krzyśkiem opowiadali z roześmianymi oczami o tych dołach, przykosach i innych fantastycznych wiślanych miejscówkach podczas poszukiwań Wyspy Urodzinowej. Wtedy wiedziałem, że na pewno trafiłem do swoich. Dzięki portalowi poznałem mnóstwo fantastycznych kolegów z całej Polski, z którymi mogę jechać na ryby, napić się piwa, czy chociażby pogadać. Zauważyłem też, że nawet jakoś trochę częściej zacząłem sięgać po spinning. To na pewno wina co poniektórych Wucewujków, wśród których zdecydowana większość to zwolennicy tej właśnie metody. Ale to chyba dobrze, dzięki temu zorientowałem się na przykład, że w Bzurze pływają okonie i szczupaki w ilościach, które były dla mnie pełnym zaskoczeniem.

 
Co dalej?
Zimą zawsze snuję plany na przyszłoroczny (i nie tylko) sezon. Ale kto tak nie robi? Z reguły na planach się kończy, ale może coś tam uda się zrealizować… Spławik i przystawka pozostaną raczej nadal dla mnie numerem jeden, ale już wiem, że w przyszłym roku spinning będzie używany dużo częściej. Na przykład, mimo kilku prób nie udało mi się jeszcze złowić bzurskiego szczupaka, więc to jeden z głównym priorytetów na nadchodzący sezon. Jednak najgłówniejszym marzeniem jak zwykle pozostaje barwena. No i przecież obiecałem sobie, że muchówka zajmie jakieś tam miejsce w moim arsenale. A może boleń, którego też na żywo na brzegu nie widziałem? Skoro boleń, to może i sandacz? A może jeszcze świnka, czy certa? Pstrąg? Lipień? Z innej beczki: jakieś nowe łowiska? A może dam się w końcu przekonać do Królowej? Jak na razie jestem zwolennikiem określenia „małe jest piękne”. Trochę się tego nazbierało; oby tylko czasu starczyło na te wszystkie „zadania”.

Swój wędkarski życiorys spisał Sebastian Krzemień *Kwantyl*

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Bardzo fajnie opisałeś swoje wędkownie, Kwantylu! Piękna sprawa.

Muszę Ci przy okazji powiedzieć, że dzięki Tobie usłyszałem po raz pierwszy oczymś takim jak przystawka -spróbowałem, zasmakowało. O Bzurze, w pobliżu której się wychowałem, wiedziałem jedno -że złapać tam można najwyżej trąd lub inne choróbsko. Tak też i było zresztą aż do lat 90-tych. Poniżej Łowicza Bzura była typowym ściekiem, a \"trąby\" ekologiczne grzmiały, że rzeka jest martwa i 100 lat minie zanim się oczyści. Na szczęście nie mieli racji. Na szczęście znalazłem się kiedyć na WCWI, a tam spotkałem Kwantyla Wielkopolanina, który Rochowi spod Łowicza pokazał, że Bzura żyje. Dzięki :)
No no, Seba, ale Ci się zebrało na wspominki... Znaczy, że albo się starzejesz, albo żenić się będziesz :grin ;)

Nowe łowiska? A może dasz się przekonać do podlodówki? Jestem do dyspozycji :) Weź pod uwagę jeszcze i wiosenne płocie z Narwi :)
No widze Sebastian u ciebie objawy posezonowego rozluznienia, wspominania dawnych czasow i takie tam. Czyzby czas na zimowy sen 8)
A tak na serio to fajnie opisane, mozna by powiedziec ze typowy przyklad ewolucji wedkarza. :grin
Sebastian, Twoją opowieść czytałem dwa razy prawie z wypiekami na twarzy. Pięknie opisałeś historię swojej pasji, systematycznie układając. Widać, ile wiąże się z tym uczuć. Cieszę się, że miałem okazję mieć w ręku wędkę, o której piszesz. Jak sądzę to ta, którą przyniosłeś na Wieczór Zabytków.
W niektórych momentach, jakbym siebie samego widział jako bohatera tekstu. W dzieciństwie podczas rodzinnych wakacji też robiliśmy z ojcem zawody – były nawet nagrody. Z reguły przegrywałem pod względem ilości, ale łowiłem większa rybę.

Super, oby jak najwięcej takich opowieści!
Ja mam takie pytanie gdzie dokłądnie łowiłes w Grabowie ?

Na błoniach (targowsiko) czy tam w góre rzeki od tamy ?

pozdrawiam
W Grabowie to dosyć \"ogólne określenie\" :)
Jechało się drogą na Dębicze jakieś 2 km, po lewej stronie była (chyba nadal jest) remiza strażacka. Obok niej skręt w prawo i nad wodę.
Aaa juz rozumiem :]

Ja zawsze swoje wakacje spedzam u rodziny w Grabowie nad Prosna ale teraz w te lato naprawde mało ryby nie wiem kogo winic za taki rybostan :wydra,kłusownicy ?
He he ale się uśmiałem. Też nie wiem skąd ale wśród moich znajomych na małe leszcze mówi się GUCZE-prawie jak gucie :grin
No Seba, dawno nie pisałeś, ale jak już napiszesz, to przyjemnie się czyta i człowiek sam się cofa w czasie do swoich......Bardzo miłe wspomnienia,wzbogacenia których Ci serdecznie życzę.(nie to, że są niebogate)
Rzeczywiście ewolucjonujesz:grin
Proponuję do planów na przyszłość wpisać i naszą \"Królową\" - Wilię...
Pozdrawiam!
Sebastian, codziennie wchodzę na WCWI i zawsze z nadzieją/niecierpliwością czekam na Twoje artykuły. Dziś też się nie zawiodłem.
Trzy lata temu kumpel zabrał mnie nad Bzurę (sądząc z Twoich fotek - w okolice \"kołków i \"głównego\" ;) ) i myślałem, że jedziemy raczej aby odetchnąć trochę świeżym powietrzem. Wracając po czterech godzinach wciąż nie dowierzałem, że w drugim rzucie zaliczyłem niewielkiego grasanta, a później było już tylko lepiej. Kumpel - jeszcze dwa okonie plus szczupaczek ca.45cm a ja jeszcze jeden grasant i szczupak 70cm. Wprawdzie póżniej nad Bzurą byłem jeszcze dwa czy trzy razy i nie zanotowałem nawet skubnięcia (inna rzecz, że nie jestem żadnym wędkarskim specem), ale tamten niespodziewany sukces na zawsze już zapamiętam. I pomimo, że moje wędkarskie serce zostało na Kaszubach, to zawsze już będę darzył Bzurę wielkim sentymentem.
Zbliża się zima, a ja w tym sezonie byłem na rybach... ze trzy godziny :cry. Praca, rodzina... Ech, Kwantyl... trzymaj się i pisz więcej! Pozdrawiam :)
Naprawde pogratulować:D super opisane az nie moglem sie oderwać od lektury:D:D pozdrawiam:)
Kwantyl mam nadzieję że się kiedyś spotkamy nad woda:)