Praktycznie nie mieliśmy nawet żadnego pomysłu gdzie tym razem szukać (wyobrażam sobie co będzie za kilkanaście lat, kiedy będziemy obchodzić "naste" urodziny?!). Choć niezupełnie. O okolicy, w którą pojechaliśmy mieli pojęcie i Argrabi, i Jaj, jeden jak wiadomo życiowo, bo tam zamoczył pierwszą leszczynówkę, drugi - z iście profesorskiego doświadczenia - gdzie szukać ciekawej wody i dużej ryby. Obaj nie pomylili się, bo wysp, wody, uroków i przaśnej przyrody już przy poszukiwaniu nałykaliśmy się do bólu (dosłownie i w przenośni).

Ekipa poszukiwawcza nigdy historycznie nie była liczna, zresztą praktycznie i fizycznie nie było potrzeby jakiejś masówki. Tradycyjnie to admini wybierają miejscówki, więc skończyło się na mnie i na Argrabim, choć niewiele brakowało aby dołączył do nas Jaj, jednak tym razem (co wcale nie dziwi) upalny dzień zupełnie, zdrowotnie go uziemił. Z drugiej strony może i lepiej, bośmy sobie z Arturem tak fizycznie dołożyli, że Jacek w tych warunkach byłby krańcowo sponiewierany. Do ostatniej chwili nawigował nasze poczynania, a właściwie drogę i… trafił nami bezbłędnie ;)

Wystartowaliśmy z argrabiowego podwórka ładując kajak na moją struclę. Niezwykły to jednak kajak, bo specjalny, wzmacniany na Wisłę - czyli ważący co najmniej 20 kg więcej niż zwykłe plastykowe śmiganty. Niby nic, ale już po minie niosących kajak widać było, że waży toto więcej niż powinno. Na szczęście udało się go załadować, choć przyznaję, że podczas podróży zastanawiałem się, czy po zdjęciu w dachu nie będę miał drugiego szyberdachu. Droga minęła mi więc na zastanawianiu, choć przez moment myślałem, że będę miał problem z głowy, bo kajak zwodowałbym przedwcześnie wprost na asfalcie, kiedy to wiozący wór kartofli na rowerowej ramie jakiś naturszczyk najpierw zatoczył się przed dziób kajaka, a potem runął, na szczęście dla mnie pod samochód jadący za mną i na szczęście dla rowerzysty, wolno jadący (restrykcyjnie przestrzegałem, co nie dziwi - 60 km/h), więc na strachu się skończyło.

Przekroczyliśmy znany już z I Urodzin most w Wyszogrodzie kierując się na lewy brzeg Wisły. Dwie współrzędne jak zwykle były constans. Pierwsze dogodny dojazd dla wszystkich, którzy się za tydzień zjadą ze wszystkich stron Świata, dwa - odpowiednio duża wyspa, żeby towarzystwo pomieścić. A takie w tej okolicy sugerował nam i Jacek, a i Artur znał prawie z autopsji, choć rewiry za mostem były dla niego tak samo ciekawe jak dla mnie. Moja skromna noga miała stanąć tam po raz pierwszy, bo Wisłę znam jedynie "przed" Stolicą.

Pierwsza próba dostania się do wody niezupełnie nam się powiodła, bo po dotarciu do wału, za nim najpierw trzeba było pokonać krowią łąkę, czyli jak wszędzie na tej szerokości geograficznej adaptowane przez okoliczną ludność pastwiska, skądinąd naturalne i mlecznie wartościowe, a spoza gęstych kęp wierzby - nijak nie można było dostrzec, czy to Wisła już, czy tylko słowik śpiewa… Trafiliśmy na znak, że kiedyś ta woda miała gospodarza (innego niż teraz), jednak takiego, któremu chciało się kiedyś oznakować swój rewir, a być może również zadbać o okolicę. Na naszym patrzeniu się jednak skończyło - kolczastych drutów z kajakiem nie przeskoczymy, no chyba żeby się z górki rozpędzić…

Drugie podejście bardziej nam się udało. Też pastwiska, kępy i krowie placki i pastuch nieelektryczny, czego nie omieszkałem sprawdzić w obawie przecież o jeszcze posiadane "rodzinne dobra". Efekt taki, że kajak został na wale razem z samochodem, a my postanowiliśmy udać się w głąb, żeby zza porastających brzeg i piaszczyste mielizny rzucić okiem na Wisłę i jej główne koryto.

Jeden rów, drugi, i już jesteśmy na mieliźnie, która okazała się szczytem wyspy? Jeszcze tydzień temu bez pływadła nie dalibyśmy rady. Podświadomie razem z Arturem czuliśmy, że to może być właśnie TA wyspa. Po lewej na mniejszej, a przylegającej skarpie innej wyspy siedział wędkarz, a na naszej chyba za wyjątkiem śladów łosia - nikt więcej stopy nie postawił.

Gnało nas do przodu, zapomnieliśmy o kajaku, choć czegoś nam brakowało, oceniliśmy, że można brzegiem zobaczyć jak się prezentuje wyspa od strony głównego koryta, więc po paru minutach wydostaliśmy się na szczyt wyspy. Artur, co niewątpliwe, dzięki wrodzonej umiejętności czytania wody i znaków wypatrzył, że na nasze szczęście koryto od przeciwległego brzegu odbija w nasz stronę i już kilkadziesiąt metrów dalej to u nas Wisła przewala cała swoją potęgę. Wniosek - rynna, rynna, dołek, górka, krzaczek itd. Wiślanym bywalcom tłumaczyć nie trzeba. Veni, vidi, maneo - czyli prafarazując - przybyliśmy, zobaczyliśmy, zostajemy!

Pierwsza łąka w pełnym słońcu, nie ma krzaków nawet na skromną latrynę, już nie mówiąc o ukryciu serwerowni (główny namiot obozowy). Istna plaża lub jak kto woli patelnia, ale już nieopodal zaczynają się kępy zieliwa, a dalej niemal cały wierzbowy las. Na tym etapie jednak interesuje nas bardziej woda, niż brzeg. W końcu każdy jakąś wędkę weźmie, no i choć dla przyzwoitości trzeba zarzucić koszyki zanętowe na wodę głębszą niż pół metra.

Artur dzielnie zgruntował odcinek dobrych 100 metrów tuż przy brzegu. Lepiej nie będzie - 3-4 metry na żwirowej podsypce na szerokości 80-100 metrów do pierwszego kantu prawie na środku Wisły. Na nich jak malowani stoją strażnicy przedwojennej świetności Królowej, i co ważne zwiastuny obecnego powrotu do normalności - bociany czarne.

Jedyne niestety utrudnienie, a właściwie wskazówka. Główny nurt obmywa wyspę tuż przy krawędzi - żeby utrzymać zestawy gruntowe w takich warunkach w miarę długo w namierzonych miejscach będzie potrzeba co najmniej 200-300g ołowiu lub płaskie patenty, które oprą się prądowi.

Nie widząc dalszej części wyspy postanawiamy dojść jeszcze kawałek, potem być może wrócić po kajak i popłynąć wokół aby wybrać miejsce na port. Podczas wędrówki okazuje się, że raj będą mieli nie tylko grunciarze i zastawkarze. Okolice pierwszego przewalonego drzewa to cel dla woblera - zresztą niemały chlupot tuż pod przytopionym konarem, jak na zawołanie nas w tym utwierdza…

Argrabi i TJ

PS. W drugim odcinku o dalszych losach ekspedycji, pięknych miejscówkach, logistyce dojazdu i pobytu. Jednak już teraz - pod artykułem prosimy o deklarację przyjazdu, bo musimy przygotować się na przewóz określonej liczby osób.

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Ten komentarz został usunięty przez Administratora
Przepraszam... Ja mam kwestię...
Jeśli tylko się lepiej poczuję...
Jestem z "lufką"... :grin Prawdopodbnie +1
Na dzień dzisiejszy, planuję wpaść chociaż na jedną noc. O ile mi starczy kasy na paliwo. A jechałbym z daleka...
Jak dla mnie bomba :)
S/
Nareszcie!! Czy jakaś mapa dojazdu będzie???? ;-)

Bo według wszelkich znaków na niebie i ziemi silna grupa ostródzka zawita. Oczywiście ze strugaczem woblerków.
Wstępnie się melduję od piątku, w tym roku mniej majdanu postaram się zabrać, tym bardziej że dojście na wyspę w częsci survivalowej wydaje się bardziej utrudnione niż w zeszłym roku :) po co śmiganta czy śmigłą przeciążać ;)
Wbrew wczesniejszym planom nadal mam mnostwo na glowie. Nikle szanse na to, aby Smigla dolaczyla na urodziny, podobnie nie mam pojecia czy ja sam znajde czas, moze na jedna noc :((((( Oczywiscie serwerownie bez problemu mozecie odbierac w kazdej chwili.
Cytat:
dojście na wyspę w częsci survivalowej wydaje się bardziej utrudnione niż w zeszłym roku

Bedzie pewnie dziś w artykule. Dojście czy dojazd bedzie tak łatwe, jak na wyspie smoszewskiej z II urodzin... Mozesz zapakować całą cytrynę, tym bardziej, ze będziesz miał spore mozliwosci wykorzystanie ciezkiego sprzętu.
Będę prawdopodobnie w piątek z żoną i przyjaciłómi - łącznie sztuk cztery plus pies.
Arturro
:grin
wszystkie znaki wskazuja ze sie zjawie...

nie wiem tylko czy sam czy z familia 8)
Przy tej pogodzie to w sobotę z rana będę.
Przy tej pogodzie to w sobotę z rana będę.