Zapisy na tegoroczne spotkanie trwały na tyle długo, że na tydzień przed wyjazdem lista chętnych osiągnęła dość sensowne rozmiary. Tymczasem w przeddzień najazdu okazało się (przynajmniej ja się dowiedziałem), że litewską granicę przekroczą jedynie dwa samochody wiozące w sumie cztery osoby. Oczywiście nie będziemy oceniać pozostałych „chętnych”, wytykać ich palcami, czy też wyciągać daleko idących konsekwencji. Pewnie coś im wypadło – zdarza się. Za rok już się nie wykręcą...

Sam mogłem sobie pozwolić na ten wyjazd dzięki Novisowi, który specjalnie na okoliczność zlotu zaklepał w firmie urlop. Już w środę wieczorem podjechał po mnie i moje bagaże, a dzięki jego nielekkiej nodze szybko, bo już przed świtem, witaliśmy wileńskie przedmieścia. Przemknęliśmy tylko przez centrum i o wschodzie słońca zajechaliśmy do Braciszka. U niego dospaliśmy kilka godzinek, a potem zjedliśmy pyszne śniadanie i po spakowaniu do braciszkowego wozu wszystkiego, co potrzebne i tego co zbędne też, ruszyliśmy nad Isznory. Na szczęście ruch był niewielki, bo inaczej piękne, „wojewódzkie” drogi nie pozwoliłyby nam zbyt szybko dotrzeć na miejsce.

Szczęście, że mieliśmy Janka za przewodnika, który doskonale znał drogę, bo inaczej bez GPSa moglibyśmy zbłądzić. Górki, dołki, pola, łąki, lasy, jeziora i tak na przemian. Straszna monotonia. Ja w ciągu paru chwil usnąłem. Piotrek na szczęście nie i w porze obiadowej mogliśmy się już powitać z frakcją litewską: Kliwolitem, Estradem i Matematykiem oraz gospodarzem - Lońką. Po błyskawicznym obraniu miejsca do rozbicia obozowiska i rozstawieniu namiotów nie pozostało nam nic innego jak zająć się ostatnim istotnym elementem przed wspólną integracją – ogniskiem. Sprawnie wykopany dołek i zebrany w pocie czoła opał przydały się bardzo szybko.

Tego dnia raczej nikt nie myślał o łowieniu ryb. Byłoby wielkim faux pas wyrwać tak szybko z kijem w ręku. Do tego jeszcze można było się otrzeć o dyskwalifikację z powodu falstartu. Wszak jest już tradycją, że podczas najazdu odbywają się symboliczne zawody, w których może startować każdy, kto tylko trafi przynętą w wodę. W każdym razie „odprawa zawodników” odbyła się dopiero pod wieczór, przy wspólnym stole i już rozpalonym ognisku. Każdy zaplanował wstać skoro świt i szybko ruszyć na wodę. Tymczasem nikt nie szczędził tchu na wspólne rozmowy i konsumpcję. Co trzeba dodać, wujek Kliwolit przygotował dla nas cały gar potrawki (niech sam się przyzna, co to było) tak sytej i dobrej, że na głód nikt nie mógł narzekać. Tylko jak zwykle na takich imprezach trochę jakby malizną pachniało...

Następnego dnia o świcie (nie żartuję, naprawdę wszyscy wcześnie wstali) każdy zaaplikował sobie wedle uznania rozruchowy posiłek i w mniejszym lub większym pośpiechu zaczął przygotowywać się psychicznie do wypłynięcia. Bo nadmienić muszę, że na Isznorach bez pływadełka, chociażby tandetnego pontonu skośnookiej produkcji, nie było co marzyć o łowieniu. Ba! Nawet spodniobuty nie dawały takich szans. Przybrzeżny pas trzcin miał bowiem spokojnie pięćdziesiąt metrów w większości miejsc, a warstwa mułu i roślin wypełniająca dno jeziora była „wciągająca”. Na szczęście każdy z nas miał na czym pływać. Ja z Piotrkiem, dzięki uprzejmości Braciszka, mogliśmy skorzystać z wygodnej łódki. Pozostali mieli rano troszkę roboty przy dmuchaniu swoich pontonów.

Bardzo nas cieszyło, że przy naszej łajbie nie trzeba było nic robić, ale za to musieliśmy się trochę nadźwigać przy tachaniu jej do tafli wody. W dwóch jakoś poszło i zostawiając wszystkich w tyle, to znaczy na brzegu, jako pierwsi mogliśmy rozgościć się na najlepszych miejscówkach. No właśnie, tylko gdzie zacząć skoro wszędzie jest tak samo dobrze – mnóstwo roślin prawie pod samą powierzchnię. W niektórych miejscach nie sposób rzucić nawet powierzchniowcem, w innych tak, że idealnie da się poprowadzić pływającego jerka. Trzeba było spory kawałek od brzegu odbić, aby znaleźć miejsce do swobodnego machnięcia obrotówką czy gumą. Po przepłynięciu jakichś trzystu metrów, stwierdziliśmy, że nie ma co kombinować, bo wszędzie jest podobnie i nie znajdziemy bankowych miejscówek – trzeba po prostu systematycznie rzucać we wszystkie strony przy każdym napłynięciu. A więc machaliśmy i machaliśmy, równo i gęsto. Co kilkanaście, kilkadziesiąt rzutów przepływaliśmy w inne miejsce. Próbowaliśmy różnych przynęt i technik prowadzenia. Aż wreszcie po godzinie bez kontaktu z rybą, gdy zobaczyliśmy, że „nasi” są już na wodzie, postanowiliśmy podpłynąć do nich na małą naradę.

Dostaliśmy kilka krótkich i treściwych informacji, gdzie rzucać i jak łowić. Pełni nadziei i nowych sił zastosowaliśmy się do wskazówek. Niestety znowu bez rezultatów. Wcześniej nie wspomniałem nic o pogodzie, więc teraz napiszę, bo będzie to istotne dla dalszego toku wydarzeń. No to pogodę mieliśmy piękną. Ciepło, słoneczko, pojedyncze chmurki na niebie. Tylko ten wiatr... jego siła nie pomagała nam w niczym. Trzeba była uważać z rzutami, by nie zarobić przynętą w głowę. Kotwica, którą dostaliśmy do łódki nie była w stanie powstrzymać dryfu, a dodam, że lekka nie była. Ale jakoś dawaliśmy sobie radę. Po pewnym czasie na horyzoncie zauważyliśmy jakąś czerwono-zieloną plamkę, która powoli, ale jednak rosła. W końcu okazało się, że to Bart i Sołtys w swoim pontonie. Oni w ogóle nie mieli kotwicy, więc w ciągu kilku rzutów znaleźli się pod nawietrznym brzegiem, natomiast podróż powrotna zajęła im ponad pół godziny.

Chłopaki szybko przypięli się do nas i dając im chwilę wytchnienia powiosłowaliśmy pod zawietrzny brzeg, gdzie była jedyna szansa utrzymania się na jednej kotwicy w dwa pływadła. Zresztą okazało się, że jest to znacznie ładniejsze miejsce do obławiania, bo dno porastały inne rośliny, jak nam się wydawało, takie bardziej szczupakowe.

Mimo ogromnych chęci i usilnych starań nie zanotowaliśmy nawet kontaktu z rybą. Spływając w porze obiadowej Bartek od niechcenia rzucił blachą i z trollingu zanotował jedno porządne uderzenie. Gdy zameldowaliśmy się w obozowisku usłyszeliśmy, że nie tylko u nas cienko. Jedyne ryby zaliczył Braciszek i były to ładny garbusek i niewymiarowy szczupak. Zaraz padły żartobliwe komentarze, że w zawodach wysunął się na prowadzenie i pewnie wygra. Ale nikt nie wierzył przecież w to, że przez cały weekend będzie zupełna cienizna. W poczuciu spełnionego obowiązku i przeświadczenia o tym, że właśnie przechodzi front atmosferyczny, przez co ryby nie chcą brać, zasiedliśmy do stołu. Jakby nie patrzeć, zacieśnianie więzów polsko-litewskich wychodziło nam tego dnia najlepiej.

Po skonsumowaniu obiadokolacyjnego posiłku, gdy część towarzystwa się pospała, a druga część dobrze wkręciła w integrację, wygnało mnie z powrotem na wodę. Ten zawietrzny brzeg bardzo mi się rano spodobał i postanowiłem solidnie go obłowić. W ruch poszły ciężkie jerki i duże gumy. Konsekwentnie biczowałem wodę wzdłuż całego brzegu, a właściwie to wzdłuż całych trzcin, przestawiając łódkę co 40-50 metrów i rzucając przynętą na wszystkie strony. Woda piękna: grążele, rdestnice, wystające pojedyncze trzcinki i sitowie. No nie było szans, żeby jakiś zębaty w takich zaroślach nie siedział. Tymczasem dopłynąłem do końca południowego brzegu (czyli pokonałem jakieś 2 kilometry) i nie zanotowałem nawet jednego trącenia przynęty, o braniu nawet nie wspominając.

Jedyne, co złapałem to dwie czaple białe, uwiecznione na matrycy aparatu. Wracając obławiałem już tylko te najciekawsze miejscówki. W jednej z nich najprawdopodobniej wrzuciłem slidera na głowę jakiejś ładnej ryby, bo jerk ten normalnie nie wpada do wody z pluskiem rzuconego pustaka. Niestety zaczynało się robić późno, a ryby jak nie brały, tak jeszcze bardziej przestały brać. Nawet padalce beztrosko i niespiesznie pływały sobie po powierzchni, jakby wiedząc, że drapieżniki nie są aktywne. Początkowo zamierzałem łowić do zmroku, ale w takiej sytuacji po prostu mi się nie chciało.

I bardzo dobrze zrobiłem. Spłynąłem akurat na grillowanego karpika. To Teściu przywiózł go świeżutkiego, nafaszerował cebulką i dobrze przyprawił. Potrawa smakowała wszystkim. Jedynie Sołtys coś tam marudził, że dla niego karp to nie ryba, ale też zajadał ze smakiem, trzęsąc uszami.

Wieczorem standardowo zasiedliśmy przy ognisku i rozmawiając o rzeczach niestworzonych i prawdziwych, dowcipkując i polewając, trwaliśmy do późnych godzin nocnych przy dobrze wszystkim znanych „nocnych rozmowach Polaków”. W uszach przygrywała nam muzyka skwierczącego setkami iskier ogniska, cykających tysiącem odnóży świerszczy, szumiącego milionem komarów lasku i ochrypłych od śmiechu i krzyku głosów współbiesiadników. I choćby chciało się wcześniej położyć spać, by następnego dnia ruszyć wypoczętym na ryby to po prostu żal było odchodzić od takiego towarzystwa.

Rano (znowu zbyt wcześnie) Novis zrobił wszystkim pobudkę. Wydawałoby się, że na ryby, ale nic z tych rzeczy. On po prostu zapraszał wszystkich na herbatkę i śniadanko. O rybach nikt nie myślał, bo i tak nie brały. Jednak po krótkiej rozgrzewce wypadało dla zwykłej przyzwoitości wysłać kogokolwiek na zwiady. I tak padło, że Bartek wypłynął z Braciszkiem na jego pontonie, a ja z Jankiem z Niemenczyna na łódce, która chyba miała coś wspólnego z Titanikiem, bo bardzo szybko nabierała wody. Zaznaczam, że i jeden i drugi Jasiek doskonale znali to łowisko, więc obławialiśmy tylko najpewniejsze miejscówki. Niestety nasza dwójka po opłynięciu zachodniego brzegu jeziora zaliczyła tylko kilka podskubywań przez szczupaczą i okoniową młodzież. Jedynie raz miałem solidniejsze uderzenie, a poszatkowana guma sugerowała, że byłem bliski zapięcia pierwszej sensownej ryby najazdu. Mijani na wodzie spinningiści i żywczarze meldowali również totalną martwotę na wodzie. Jedynie spławikowcy mieli używanie. Ich łupem padały ładne wzdręgi i liny. Nie widząc sensu w takim bezowocnym biczowaniu wody po trzech godzinach spłynęliśmy. Bartek i Braciszek wytrzymali na wodzie dłużej. Ich upór doceniło jedynie kilka niewymiarków, które najczęściej wypinały się jeszcze w wodzie.

Czas uciekał, a ryb nie było. Jedynym niekwestionowanym faworytem był Braciszek, który miał na koncie jakiekolwiek złowione ryby. Nawet Kliwolit zaczął się już obawiać, że puchary będzie trzeba przyznawać na drodze losowania. Pogoda też nie zachęcała do dalszego cudowania na wodzie. Wiatr wcale nie osłabł, jedynie zmienił diametralnie kierunek z południowego na północny. Teraz wypływając trzeba było cały czas robić pod wiatr, a tak obiecujący południowy brzeg skrywały spienione fale. Z Novisem zdecydowaliśmy się na ostatni skok. Plan był prosty – płyniemy na sam środek jeziora, rzucamy kotwicę i staramy się coś wyrzeźbić w takim „półdryfie”. Że kotwica nas nie utrzyma w jednym miejscu było tak pewne, jak to, że następnego dnia nastała niedziela. Wszystko pięknie, ale po dopłynięciu na odpowiednie według nas miejsce okazało się, że gdzieś po drodze urwaliśmy nasz ciężarek. Nie pozostało nam nic innego jak łowić... w trochę większym dryfie. I nawet udało nam się coś złowić. Najpierw na moją gumę rzucił się pazerny pistolet, a później Piotrek zahaczył podobnego na obrotówkę (nie chwaląc się, mojej produkcji), a potem jeszcze poprawił ślicznie wybarwionym garbuskiem.

W poszukiwaniu jakichś konkretniejszych ryb pływaliśmy aż do zmierzchu, ale nie udało nam się zarejestrować jakiejkolwiek aktywności drapieżników. Jedynie popatrzyliśmy sobie na piękny zachód słońca, no i w końcu mogłem wiosłować bez „pomocy” wiatru, który ucichł prawie zupełnie.

Było już, za co przyznać miejsca na podium – za wytrwałość. Tymczasem zbliżała się ostatnia noc najazdu i trzeba było rozpalić największe ognisko, opowiedzieć najśmieszniejsze dowcipy, spróbować najlepszych litewskich ogórków i dać się pogryźć największej ilości komarów. Jeśli chodzi o pierwszy punkt programu to chyba dałem radę, dokładając do ogniska drwa tak często, że aż Teściowi przypaliłem spodnie.

No i przyszła niedziela, dzień podsumowania i pożegnania. Puchary zostały uroczyście rozdane. Znowu łódzka ekipa była górą (w ub. roku do Łodzi pojechały wszystkie nagrody). Szkoda tylko wielka, że Gwiazda nie mogła się zjawić, bo znając ją, rozłożyłaby wszystkich na łopatki i zgarnęła pierwszą nagrodę. Jeśli chodzi o ryby to były śledziki i karp z grilla. Jakieś konserwy rybne też pamiętam. Niestety łuskowate cwaniaki z jeziora pokazały nam wyraźnie gest Kozakiewicza i przez cały weekend najazdu nic sobie nie robiły z naszej obecności. Ale my tam jeszcze wrócimy! A jak nie tam to nad jakieś inne piękne, litewskie jezioro. Już za niecały rok. Bo kto raz spróbuje ten zawsze będzie wracał na kresy.

Uczestnicy najazdu. Stoją od lewej: Kliwolit, Valdi, Bartsiedlce, Teściu, Estrad, Janek niemenczyński, Artur vel Sołtys. U dołu: Braciszek, Novis, Mekamil. Wcześniej musiał nas opuścić Matematyk.

PS. Z góry przepraszam, jeśli o czymś istotnym zapomniałem, albo coś przekręciłem. No i do naciągnięcia czasu pisania relacji też się przyznaję.

Opis: Mekamil
Fotografie: Estrad, Mekamil, Novis

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Kamil!!! Super relacja, pomimo tego, że trzeba było tak długo czekać to po przeczytaniu szukałem siebie na tej ostatniej fotce, po prostu czułem się jak bym tam z Wami był. :cry No nic może za rok się na kresach spotkamy na Kliwolitasa i reszty północno-wschodniej \"bandy traperów\". ;)
No no jest czego żałować, ale życie pisze inne scenariusze :cry
Właściwie powinienem już zapisać się na III Najazd.Byłem na Litwie i łowiłem w Niemnie u ujścia rzeki Merkys.Mam co wspominać! :)
Kliwciu, a nie byłbyś tak łaskawy i nie przeniósł się np. na Czechy? Byłoby mi dużo łatwiej z Wami się zobaczyć... Wielki żal, że mnie nie było.
...lub też na Bornholm :grin też nie byłoby daleko ;)
Kamil - dzięki! 8) Lepiej późno niż wcale... A co do reszty komentujących - średnia krajowa, czyli gorzkich żali ciąg dalszy (bez urazy - rozumiem, że każdy tam miał jakieś swoje \"ale\"...) :grin
Gratulacje, widzielismy puchary na Nocce Traperów :) Relacja pierwsza klasa, może kiedyś i my bedziemy mogli sie do Was wybrać 8)
Fajne spotkanie,fajna relacja :grin Może kiedyś się wybiorę 8)
Nareszcie napisałeś, ale to co się działo potem, to tylko w naszych wspomnieniach i na zdjęciach! dołożę trochę do galerii :grin
Piter - ty się studenta nie czepiaj, a sam se skrobnij c.d. i nie wykręcaj się dodaniem kilku fotek do galerii! :grin :grin :grin Zatem czekamy! :roll