Bo to pierwszy (i na pewno nie ostatni) zjazd pod egidą WCWI poza granicami Polski! Mam nadzieję, że podołałem i napisałem ten tekst przynajmniej znośnie, choć przy pisaniu każdej kolejnej relacji, czy artykułu zawsze mam problem, jak wyrazić to, co chcę Wam przekazać i jednocześnie uchronić się od oklepanych banałów.

Z tego, co mi wiadomo to pewien użytkownik zarzekał się, że napisze relację ze spotkania, więc by zbytnio nie wchodzić mu w słowo, postanowiłem pisać z silnym naciskiem na część wędkarską I Najazdu WCWI na Litwę, który miał miejsce w wilii Baran-Rapa w dniach 10-12 sierpnia 2007. Tu muszę koniecznie napisać, że organizatorzy w osobach Kliwolita i Estrada wybrali bardzo dobrą lokalizację obozowiska. Dlaczego tak twierdzę? Powodów jest co najmniej tyle, ile zostało rozłożonych wędek. Pierwszym, bardzo istotnym jest to, co widać na poniższych fotkach, czyli piękno i naturalność nadwilejskiej przyrody. Rzeka urokliwie wijąca się wśród lasów, u brzegów zarośnięta przebogatą roślinnością i nieskażona działalnością ludzkiej ręki towarzyszyła nam przez cały okres naszego pobytu nad Wilią.

Biesiadowaliśmy przy wspólnym stole, oddalonym od głównego nurtu rzeki dosłownie o kilka kroków. Jakby się uprzeć to feedera można było obsługiwać bez ruszania się od reszty towarzystwa. Ta bliskość wody sprawiła, że chyba każdy wykonał przynajmniej honorowy rzut, a byli i tacy, którzy systematycznie pobudzani chęcią złowienia jakiejś ryby machali wędką dość często.

Chociaż może to nie tyle chęć złowienia czegokolwiek, a raczej wstyd przed przegraną z nowicjuszem wędkarstwa? Jaką przegraną? Po kolei... Otóż Wujcio Komendant w tajemnicy przed najazdowiczami zorganizował towarzyskie zawody wędkarskie z prawdziwego zdarzenia. Były dyplomy i puchary, ale zanim przyszło do ich rozdania, w piątek wieczorem usłyszeliśmy wszystkie zasady obowiązujące w czasie rywalizacji. Czas trwania zawodów określony na „od teraz do jutra do piętnastej”. Punktowane były ryby złowione wszelkimi metodami. Wymiary zostały oczywiście zaostrzone. Po poddaniu głosowaniu kilku różnych sposobów punktowania, wspólnie zgodziliśmy się na przelicznik: jeden centymetr równy jednemu punktowi. Dodatkowo przesunęliśmy zakończenie zawodów na godzinę osiemnastą, mając nadzieję, że dzięki temu padnie więcej ryb. Po tych wyczerpujących obradach wszyscy przystąpili jednak do ciekawszej części najazdu, czyli integracji.

Znalazło się jednak takich dwóch, którzy uparli się, że jeszcze dziś umoczą przynęty. Byli nimi Olo (PikeHunteR) no i ja. W ruch poszły lekkie spinningi i małe przynęty wycelowane w klenie, jazie i okonie. Obsadziliśmy dwa dostępne pomosty wysunięte w nurt i złowiliśmy... jedynie po kilka zaczepów na głowę. A że było już dość ciemno postanowiliśmy odłożyć łowienie na później.

Ale to nie był jedyny wędkarski akcent tego dnia. W którejś minucie siedzenia przy stole Dominika (Gwiazda vel Novisówna) stwierdziła, że chciałaby się nauczyć wędkować. Żadnego problemu. Szybko skoczyłem po mój kijek do wszelkich zastosowań (poza blokowaniem windy i koszeniem pokrzyw służy mi czasem także do łowienia). Najpierw mój króciutki wykład odnośnie całej techniki zarzucania, a później od razu praktyka. Ale moje gadanie chyba zdało się psu na budę... bo Dominika miała wędkowanie we krwi i praktycznie każdy rzut wychodził jej podręcznikowo. W dodatku w nocy!

Ale te treningi trzeba było zakończyć, by zbytnio nie przemęczać rąk przed jutrzejszym dniem prawdy! No, a poza tym na stole wylądowały cieplutkie szaszłyczki przygotowane przez Jurka. Nasze żołądki były wniebowzięte! Dalsza część wieczoru upłynęła nam na słuchaniu głosu i gitary Wiktora Dulko. Oj rosły nasze serca, gdyśmy słyszeli słowa patriotycznych pieśni wydobywające się z jego ust.. Ogromna to szkoda, że Wiktor musiał nas tak szybko opuścić i udać się na festiwal muzyki kresowej. Cóż, byliśmy ogromnie radzi, że był z nami choć te kilka godzin.

Dalej wieczór potoczył się, jak można by rzec, standardowo. Nocne Polaków rozmowy przeciągnęły się dość znacznie. Ja odłączyłem się gdzieś koło północy, bo przed Najazdem byłem w Łodzi tylko 6 godzin, w tym 2 godzinki niespokojnego snu, więc teraz musiałem nadrobić te zaległości. Napiszę tylko, że części osób rozmawiało się na tyle dobrze i przyjemnie, że gdy postanowili w końcu położyć się spać, wyminęli się z "drugą zmianą", która właśnie szła na ryby.

Mnie i Ola (spaliśmy na samej górze domu) przyszedł obudzić Piotrek (Novis) z córką. Było kilka minut po siódmej czasu lokalnego. „Zaraz, zaraz, już wstaję...” - wymemłałem. Poleżałem jeszcze chwilkę, myśląc nad tym, czy wstać i iść na ryby, czy może spędzić jeszcze trochę czasu w cieplutkiej pościeli. Ostatecznie podniosłem zwłoki, ubrałem się i ze sprzętem zszedłem na dół. Olo niestety nie dał się dobudzić. A potem żałował. Na dole zabrałem ze sobą Dominikę, wręczyłem jej spina, na którym dzień wcześniej uczyła się łowić i wybyliśmy nad wodę.

Nad wodą byliśmy chyba jednymi z pierwszych o ile nie pierwszymi. Zeszliśmy w dół rzeki. Tamta strona zachęciła nas pięknym, szerokim przelewem, za którym rozlewała się jeszcze szerzej. Dawało to szanse na spokojniejsze odcinki ze stojącą wodą, która mimo wszystko jest prostsza technicznie do obłowienia. Niestety przedarcie się przez zarośnięte i bagniste brzegi było bardzo trudne nawet w kaloszach. Najlepiej byłoby w woderach, ale ich nie mieliśmy.

Na kijku Gwiazdy zawiesiłem kleniowego woblera w mocno żywych kolorach, którym skutecznie obławiała przybrzeżne fragmenty rzeki. Sam pomyślałem o boleniu i za radą Janka (Braciszka) machałem małym, srebrnym kastmasterem. Po kilkuset metrach trafiliśmy na nieco spokojniejszą wodę. Prąd odbijał pod drugi brzeg i po naszej stronie utworzyły się małe, a stosunkowo głębokie zatoczki z prawie stojącą wodą. Pierwsza pusta. Najwyraźniej zbyt mała i nic w niej nie siedziało. Druga była już bardzo sympatyczna. Od nurtu rzeki oddzielona paroma większymi kamieniami. W dodatku wpadała do niej mini odnoga.

Po którymś zarzucie Dominika oświadcza, że coś chyba ma. Spojrzałem na szczytówkę jej wędki. Coś nią wyraźnie szarpało. Tak, to na pewno ryba. Odłożyłem swoją wędkę i szybko podbiegłem. Ale w sumie to nie byłem zbytnio potrzebny. Wędkarski gen znowu dał o sobie znać i dziewczyna sprawnie wyholowała i wyciągnęła rybę z wody. Taki sobie ładniutki dwudziestaczek. Szybka sesja fotograficzna. Ręce się trzęsły, oj trzęsły. Nie moje oczywiście. Ja się jedynie ogromnie ucieszyłem, że moja szkoła poskutkowała. No i jak to w mojej szkole, na koniec obowiązkowe "no kill" w stosunku do ryby.

Gdy tylko zobaczyłem, co się w wodzie kroi, natychmiast przestawiłem się na okoniowe przynęty. Niestety po wypróbowaniu kilkunastu małych gumek, wirówek i wobków moim łupem padło 7 okonków. Niestety, bo największy miał nie więcej jak piętnaście centymetrów. Widać tak chciał los, albo za bardzo chciałem złowić jakiegoś miarowego.

Po jakiejś godzinie postanowiliśmy zakończyć wędkowanie. Dominika była już nieco zmęczona, a mój brzuch domagał się posiłku. Zresztą znając już w miarę dobrze charakter takich wędkarskich spotkań byłem przekonany, że ten okoń da pierwsze miejsce. A jeśli nie to przynajmniej "pudło". A tymczasem wracamy. Przy pomostach stało już kilku wędkujących. Może wędkujących to za mocno powiedziane. Po prostu stali sobie z wędkami, przeglądali pudełka z przynętami i omawiali taktykę łowów. Wymiarowym okoniem bardzo skutecznie podkręciliśmy ich do łowienia.

Odkładając kijki w pokoju budzę w końcu Ola. Gdy mu powiedziałem, że jest po dziesiątej, wystrzelił jak poparzony ze swej pościeli. Niespecjalnie wprowadziłem go w błąd, bo zegarek na ścianie wysiadł właśnie na tej godzinie. Było coś koło dziewiątej. Ten sposób budzenia jednak całkiem nieźle poskutkował. Ubrał się i poszedł na ryby.

Sam zjadłem upragnione śniadanko i przystąpiłem do rozmów prowadzonych w altance. Co rusz ktoś wracał z kijem, a właściwie "o kiju", meldując, że nic nie złowił. Koło południa nikt już nie myślał o łowieniu na poważnie. Było za gorąco. Gdy większość najazdowiczów zebrała się u stołu wyciągnąłem pudełko z elementami obrotówek i ukręciłem trochę pamiątkowych blaszek. Przy okazji podyskutowałem sobie nieco na temat tej przynęty - mojej ulubionej.

Późnym popołudniem wszyscy wypełzli z wędkami nad wodę. Czyżby to zbliżający się koniec konkursu ich tak zdopingował? Myślę, że tak. Niestety, albo stety, nikt nic nie złowił. Były jakieś rozgięte haki i jakieś puknięcia, ale u brzegu żadna ryba nie wylądowała. Dlatego Wojtek oficjalnie zamknął zawody, zgromadził wszystkich przy stole i ogłosił wyniki.

Wygrała oczywiście Dominika. Za jedyną wymiarową rybę otrzymała pierwsze miejsce, a wraz z nim puchar i dyplom. Dodatkowo przypadła jej statuetka za największą rybę Najazdu. Cieszyła się z tego powodu bardzo, bo przypomnę, to było jej pierwsze wędkowanie na poważnie, w dodatku na trudnej wodzie.

Za moje krótkie okonki i robienie za trenera najmłodszego pokolenia zostałem nagrodzony drugą pozycją. Szczerze powiedziawszy to nie spodziewałem się tego, dlatego zrobiło mi się bardzo miło, gdy Wujek oznajmił taką decyzję jury.

Pozostała jeszcze sporna kwestia trzeciego miejsca. Zostało ono rozlosowane pomiędzy pozostałymi najazdowiczami z Polski. Karteczki z nazwiskami wrzucone do pucharku. Dominika losuje. Olo zdążył krzyknąć: „Wylosuj tatę!” i sekundkę później Wojtek otworzył wybraną kartkę i przeczytał „Piotr Nowicki”. Śmiechu i radości co niemiara. Klan Novisów w całości na podium. Łódź zgarnęła wszystkie nagrody! Dla pozostałych uczestników pozostały dyplomy za uczestnictwo w Najeździe.

Było potem o czym rozmawiać, oj było. Niestety noc strasznie krótka, a tematów do rozmów ogrom. We wspaniałym towarzystwie czas leci tak szybko. O wiele za szybko. Chciałoby się jeszcze choćby o dzień przedłużyć spotkanie, ale niestety jutro niedziela – trzeba jechać. Rano zdążyliśmy się spakować, zrobić pamiątkową fotkę i nastała chwila najgorsza, bo trzeba się było ze wszystkimi pożegnać. Ale z pewnych źródeł wiadomo, że Najazd WCWI na Litwę stał się już imprezą cykliczną, a więc do zobaczenia za rok!

Na koniec chciałbym jeszcze wcisnąć kilka słów podziękowań. Dla organizatorów, czyli Estrada i Kliwolita za wysiłek włożony w przygotowanie wszystkiego na tip-top. Dla kucharzy frakcji litewskiej za serwowanie przepysznych szaszłyków i karpia z grilla. Dla Janka Koszewskiego za przenocowanie oddziału łódzkiego. A także dla wszystkich pozostałych uczestników za to, że chciało Wam się przyjechać, niejednokrotnie pokonując spore odległości, podzielić wiedzą i zintegrować przy wspólnym stole.

 

Z opóźnieniem, ale napisał:
Kamil Szymczak *Mekamil*
Zdjęcia: *Artur*, *Estrad*, *Mekamil*, *Novis*, *Valdi*

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Dlaczego ... dlaczego w szkole kazali mi czytać Pana Tadeusza a nie takie jak to opowiadanie o zajazdach na Litwie ???
;)
Kamil, opisałeś tak barwnie,że frekwencja na następnym Najeździe będzie o niebo lepsza. Bravo! :grin
Bardzo fajnie Kamil napisałeś!! :)
Już przestałem się dziwić, że Novis został nazwany \"wędkarskim pielgrzymem\" :)
Proponuję utworzyć wucewujkowy KLUB PIELGRZYMÓW. :grin Na początek wpisać najeźdźców Litwy i Norwegii, jako członków - założycieli. Na dalszych miejscach uczestnicy zlotów na Wyspach Urodzinowych, Nocy Traperów, Drapieżniku, Pożegnaniu Lata.
Kolejne miejsca na liście zależne od częstotliwości wypraw :)

Aha, jeszcze ryby, bo to zloty wędkarzy przecież!
A chrzanić ryby! I tak rzadko co bierze, a wymiarowa rybka to już sukces :grin
Wow, Robercie, jestem zaskoczony jak szybko wstawiłeś relację na stronę. Dziękuję :)
I słusznie Kamil słusznie :):):) Że nie za bardzo w słowo chcesz wchodzć :):):).
Ja tylko dodam że część I-a jest już gotowa, pisze się właśnie druga, a w przygotowaniu jest trzecia czyli post skriptum. łącznie będzie gdzieś 10 stron tekstu a4 i około 100-110 fotek. Pierwsza po weryfikacjach liczy 38 fot i 3 strony a4. :):):):).

A tak zupełnie z całkiem innej beczki fajnie napisałeś :):):)
Dzięki, Kamil, za fajny odcinek \"pilotujący\"! Bo Sołtys to się zamachnął z grubej rury! Nie możemy się doczekać!!! :grin
Aha, Kamil, jak to nazwałeś taki wielogwiazdeczny ośrodek mianem \"obozowiska\"??? 8) Spałeś w łóżeczku, na łepetynę nie kapało, pichciłeś śniadanko w kuchni, szamałeś z prawieporcelany, do wiatru nie chodziłeś w krzakocie.... i tu raptem obozowisko!!! :grin
Po prostu odpowiedniego synonimu oddającego to, co chciałem wyrazić mi brakowało 8)
Tak, cały \"klan Nowisów\" na pudle... się Kamil ładnie wkręciłeś :grin ;) Ejże dobrze, że pisarzy ci u nas dostatek, to chociaż poczytać mogę :roll
Kamil!!! Prawie mi serce nie peńkło z żalu, że z Wami nie byłem, ale po przeczytaniu relacji to jakbym jednak z Wami tam był. Za rok postaram się bardziej wasze facjaty na Kliwolitowo-Estradowym gruncie ucałować.
Krakson - NIE WIERZĘ!!! :(
Woytyła, bo jesteś nie-do-wiarek, a kryskon to nie to co mądry i nigdy nie wiadomo co mu do łba strzeli, toć go troszkę już poznałeś no nie?
...i właśnie dlatego tak twierdzę!!! :sigh
Twierdzę Łajstok Kryskon zostawi, i u Kliwcia i Estrada na następny rok się pojawi :P