Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 

PROLOG

Długo się zastanawiałem, co by tu napisać i w jakim kształcie. W końcu uznałem, że oczywiście najlepszą (jedyną?) formą dla mojego ścisłego umysłu będą oczywiście… punkty. A co będzie w punktach? Będą różne… opowieści, anegdoty, osoby itd. – wszystko oczywiście związane z WCWI. Większość (wszystko?) z tekstu poniżej, bez portalu by się nie wydarzyła – no może by się i wydarzyła, ale może nie tak, a może zupełnie wszystko byłoby inaczej? No w każdym razie uznaję, że wszystko poniżej to przez WCWI… Aha, będę się starał w miarę chronologicznie.

SIŁA CIĄGŁOŚCI

Moje pierwsze Urodziny na portalu, czyli trzecie WCWI, zatem Kozienice. Na miejsce udałem się w towarzystwie… nazwijmy go na razie Kierowcą – wprowadzam wątek niepewności – jeżeli Kierowca będzie chciał się ujawnić, z pewnością to uczyni, ponieważ jest cały czas aktywnym uczestnikiem Portalu. Droga w sumie niedługa, ale ruch dość spory (o ile dobrze pamiętam to piątkowe popołudnie), pod koniec trasy dodatkowo jakieś roboty drogowe, ciasno, mijanki itp. W pewnym momencie nasz spokój zakłócił tzw. „cwaniak”, czyli osobnik z innego samochodu, który za nic ma kulturę jazdy oraz słowo „szacunek” jest mu obce. Powiem szczerze, że już dzisiaj nie pamiętam, jak to dokładnie było, tzn. czy nas wyprzedzał, gdzie nie było warunków, czy może wjechał z „opachołkowanego” prawego pasa, który był wyłączony z ruchu, w każdym razie ordynarnie znalazł się przed nami, co spowodowało konieczność ostrego hamowania z naszej strony, tzn. ze strony Kierowcy. Ale w tym momencie bohater tego rozdziału Kierowca włączył klakson. Ale dość nietypowo, bo dźwiękiem ciągłym i nie zamierzał odpuszczać! Ja się trochę zdziwiłem, ale najlepsze było jeszcze przed nami. W przenośni i dosłownie. W tym czasie cwaniak po chwili stracił swoją pewność siebie, którą błysnął przed chwilą i dość szybko zaczął panikować. W pierwszej chwili może próbował coś pokazywać na migi, ale po chwili zaczął robić nerwowe ruchy kierownicą, po czym… dość chaotycznie zjechał z drogi pomiędzy pachołkami i zatrzymał się na poboczu. Kiedy go mijaliśmy, miał obłęd/strach w oczach i mam wrażenie, że pot spływał z jego twarzy. Wtedy dopiero Kierowca zdjął rękę z środka kierownicy…

SIŁA POKORY

Jakieś dwanaście godzin później… Tak, te same Urodziny, wstałem skoro świt (albo może się nie kładłem – nie pamiętam) i udałem się z moją przystawką na polowanie. Powyżej obozowiska znalazłem bardzo obiecujące miejsce z ujażdżką i kawałem spokojnej wody poniżej. Zaopatrzony w pęczak i groch z wielką nadzieją przystąpiłem do łowów. Pojawiły się po niecałym kwadransie. Leszcze. Dziesiątki leszczy, setki… Co chwilę pojawiały się wielkie grzbiety. Wszędzie. Bliżej brzegu, dalej, poniżej spławika, powyżej… niektóre mam wrażenie, że go trącały… Nic nie pomagało – zarzucanie bliżej, dalej, pęczak, groch, jedno ziarenko na haczyku, trzy ziarenka… Kompletne zero. Spektakl skończył się po jakichś trzech kwadransach, może godzinie. Do tej pory zastanawiam się czy gdybym miał robaki? Nigdy wcześniej ani później w mojej wędkarskiej karierze nie zostałem tak zlekceważony!

JAJ

Będąc młodym człowiekiem namiętnie kupowałem WW. Zawsze z niecierpliwością czekałem czy będzie jakiś artykuł tego autora. Po prostu niepowtarzalny styl, nie do podrobienia… Najbardziej lubiłem opowiadania – nie wszystkie tytuły pamiętam, ale na szczęście większość odnalazłem po latach w sieci. Tak naprawdę to chyba tylko jednego (w sumie mojego ulubionego) nie odszukałem – była to opowieść o wczesnowiosennej wyprawie trzech wędkarzy nad niewielką rzeczkę (może ktoś pomoże?).

Oczywiście zafascynowałem się również wtedy metodą drgającej szczytówki (po przeczytaniu odpowiedniego artykułu). No bo przecież ryba nie bierze, a autor (bodajże nad Wkrą?) łowi ileś tam naście jazi, do tego wielkie płocie. Zbiegło się to mniej więcej z „odkryciem” przeze mnie Rzeki – wcześniej taki ciek znałem tylko z opowiadań Stryja i Dziadka. Co było dalej? Wygrzebałem z kąta najbardziej miękką wędkę, tzw. „chińską” – Dziadek z Sąsiadem mieli identyczne kije (tak, uważni czytelnicy mogą pamiętać, że to nie pierwszy przypadek, gdzie Ci dwaj mają takie same wędki). Akcja – pełna parabola. Wyciąganie na to coś karpi w naszym zalewie – był koszmarem. No ale jak się nie ma co się lubi… W każdym razie wędkę przejąłem (no w sumie Dziadek już jej nie używał, ona była „po przejściach” – jak dobrze pamiętam, to coś się stało z dolnikiem i został zastąpiony przez inny, ale to oczywiście nie zmieniło charakterystyki) i uznałem, że nada się. Jakiegokolwiek koszyczka bałem się przytwierdzać, więc ołów, przypon, haczyk i tak to powstał mój DS. Pierwsza (chyba pierwsza?) wyprawa nad Prosnę do Grabowa. Przynęta, oczywiście pęczak, pora – wczesny ranek. Pierwszy zarzut i widzę, że targa tym moim zestawem niemiłosiernie. Tak miarowo – puk – puk – puk, ale tak coraz mocniej, więc na wszelki wypadek zacinam. Wędka oczywiście w chińskie osiem i nawoływanie o podbierak. Po chwili widzę coś tam z szerokim korpusem, więc odpowiadam ojcu, który już w międzyczasie nadciągnął, że chyba leszcz. Po chwili nawet ja widzę, że to z pewnością nie ten gatunek. Jaź. Mój pierwszy jaź. Moja pierwsza Duża Ryba z rzeki. Jednak JAJ miał rację: na DS naprawdę biorą jazie! Aha, to było chyba ostatnie branie tamtego dnia.

Potem poznałem Jacka osobiście – jeżeli mnie pamięć nie myli, to trzy razy byliśmy wspólnie na rybach, w tym oczywiście najbardziej niezapomniany był wyjazd nad Bzurę, czyli „El Comandante” w krawacie… Potem (a może przedtem) Jacek zaproponował, że pomoże mi w wyborze kija do spinningu – po prostu pojechaliśmy razem do sklepu; wybór trwał jakieś 3 minuty, oczywiście nie muszę dodawać, że celny…


Gdzieś poniżej Kazunia

Innym razem zaprosiłem na Barkę mojego kolegę ze studiów, który akurat przejeżdżał przez stolicę. Był wtedy też Jacek, który w pewnym momencie pokazał nam sztuczną muszkę i zaczął tłumaczyć co to jest, jak zostało zrobione, do czego służy i przy okazji milion innych historii, których nie jestem w stanie odtworzyć. To było tak barwne, genialne i niepowtarzalne, że nawet Adam wymiękł, pomimo tego, że nigdy nic nie miał wspólnego z łowieniem ryb!

MUCHÓWKA JEST… NIE JEST TAKA TRUDNA

Jak byłem mały, to muchowanie nierozerwalnie kojarzyło mi się z pstrągami czy łososiami, potem usłyszałem może coś o niejakich lipieniach. A już zupełnie później zapragnąłem kleni, jelcy i może jazi. Nawet nie wiem skąd to się wzięło – podejrzewam, że może coś w WW napisali? No w każdym razie początki były trudne: najpierw sprzęt, ale to się jakoś skompletowało. Gorzej było z łowiskami: wówczas w okolicach Kalisza nie było w sumie gdzie, najbliżej to nasze miejscówki koło Grabowa, poniżej ujścia Ołoboku Prosna to wtedy był jeden wielki syf. Raz nam się udało złowić kilka kleni, a potem jakoś chyba przestaliśmy tam jeździć. Później próbowałem coś nieudolnie łowić w Drwęcy, ale kończyło się to tylko na pojedynczych uklejach (choć tu muszę przyznać, że całkiem tłustych).

Przełom nastąpił jakoś w początkach mojej bytność na portalu. Ktoś (przyznaję ze wstydem, że niestety nie pamiętam imienia – widzieliśmy się ten jeden, jedyny raz) zaproponował, że pojedziemy nad Wkrę i pokaże mi jak to się robi. Szału nie było, ale kilka, czy kilkanaście jelcy zasiliło moje konto. Okazało się, że technicznie to „prawie” jak przepływanka – mokra mucha, rzucamy prostopadle lub lekko z nurtem i smużymy.


Pierwszy lalcok na muchę

Od tamtego czasu kilka razy miałem dobrą zabawę – największą chyba na VI Urodzinach w przyujściowym odcinku Radomki. Rzeka płyciutka, a w każdym prawie głębszym miejscu siedziały niewielkie klenie oraz jelce. Wystarczyło tylko wpłynąć muchą…


Takie brały w Radomce

W BZURZE PŁYWAJĄ DRAPIEŻNIKI

W sumie to nawet nie pamiętam kto był prowodyrem, w każdym razie któregoś razu spotkałem się z Maćkiem J. na moście w Kompinie. Rzeczywiście – w Bzurze są szczupaki… Wtedy zobaczyłem to na własne oczy, tzn. tylko i wyłącznie oglądałem: mimo wielu prób szczupaka nigdy mi się złowić tam nie udało – a atakowałem wiele razy – miejscówka wypadała po drodze do Piątku, więc wpadałem tam od czasu do czasu. Tylko raz chciało mi wyrwać wędkę z ręki, a na pamiątkę z wody wyskoczył powyginany wolfram. Złowiłem za to kilka okoni i mojego pierwszego jazia na spinning (spora obrotówka + plecionka + wolfram).


Pierwszy jaź na spinning

No ale dzięki tym doświadczeniom popróbowałem na „moim” odcinku. Szczupaki złowiłem od tamtego czasu całe chyba trzy, ale wszystkie na małe przynęty, przeznaczone na pasiaki – to chyba przez moje wrodzone lenistwo – próbowałem wiele razy czy to na kopyta, czy wahadłówki, ale jak przed kwadrans nie miałem kontaktu, to zmniejszałem kaliber.


Pierwszy szczupak z Bzury

Z okoniami było łatwiej, w pewnym momencie już miałem taką swoją rutynę o ile czas pozwalał: wiaderko z ziarenkami, nęcenie i kurs ze spinningiem po wszystkich okoniowych miejscówkach. A największego wówczas złowiłem tuż obok jednego z najlepszych wtedy miejsc guciowych: „Głównego”. Tuż powyżej do wody wchodziło kilka gałęzi. Spod nich to właśnie często wydłubywałem pasiaki, ale niezbyt wielkie, może do 20-25 cm. Ten największy wypłynął nawet nie wiem skąd – wszystko widziałem jak na dłoni… Jakimś cudem wtedy chodziłem z podbierakiem, więc się udało, aczkolwiek wypiął się dokładnie w momencie kiedy znalazł się w obręczy.


Czterdziestak

Pamiętam też jeden, wczesnojesienny (a może nawet nie tak wczesno?) dzień. Ranek, na przystawkę raczej nic się nie działo, natomiast woda gotowała się od szalejących szczupaków. A mój sprzęt spinningowy został w… Warszawie! W akcie desperacji już miałem wiązać jedną, wygrzebaną obrotówkę do mojej odległościówki, ale podbieraka również nie miałem, więc odpuściłem.

NA PATRZANEGO

Wszyscy chyba znają tę zasadę – jak zobaczysz, to nie złowisz. To się często sprawdzało – choć znam kilka opowieści o treści odwrotnej – np. o łowieniu linów w krystalicznie czystym jeziorze: „wybierało się którego chce się złowić i temu podrzucałem kartofelka” – takie słyszałem. Historia poniżej w sumie to też „przez” Maćka wspomnianego w rozdziale poprzednim, bo miejsce akcji to Kompina. Jak wspominałem, zdarzało mi się wpadać „po drodze” trochę pospinningować. Jako, że to woda dużo bardziej czystsza niż „u mnie”, to klika razy się napatrzyłem, oj napatrzyłem… Parę razy trafiłem na stadka leszczy lub jazi – takie po kilkanaście do kilkudziesięciu sztuk – raczej nie mniejszych niż kilogram. Któregoś razu nie wytrzymałem i nazajutrz o świcie przyjechałem z grochem i pęczakiem. Kilka fajnych miejsc i… zero kontaktu. Po jakichś dwóch godzinach bezowocnych łowów zmieniałem miejscówkę. Zupełna płycizna, trochę głębszy kawałek wody przy brzegu i dwa leszcze, ot takie ponad kilogram krążące po płyciźnie i czasem spływające do tego „głęboczka” (czyli może z 60 cm maksymalnie). W akcie desperacji sypnąłem garstkę, trzy pęczaki na haczyk i ognia. Wtedy akurat odpłynęły, ale za moment wróciły i ku mojemu zdumieniu po chwili pęczaki z haczyka zniknęły w pysku jednej z ryb. Hol nie nastręczył trudności i oto moja pierwsza i jak dotąd jedyna ryba na patrzanego.

TROCZEK-ZBOCZEK

Nie znałem tej metody wcześniej. Spinningowałem rzadko, nadal w sumie tak jest, ale przyjmijmy, że proporcje trochę się zmieniły. Nawet nie pamiętam, czy usłyszałem o tym podczas któregoś ze spotkań, czy może ktoś napisał na portalu… Pierwszy raz nastąpił na Gnojnie. Tę nazwę lobbował namiętnie Bombel. Jak dobrze pamiętam łowisko było co najmniej super, pełne okoni itd. No więc któregoś razu wybraliśmy się w trójkę, z Grzechem.


Odprawa przed walką

Najpierw łowiliśmy po stronie nawietrznej. O ile mnie pamięć nie myli, to trafiłem jednego pasiaka metodą klasyczną, na obrotówkę. Potem nastąpiła zmiana miejsca i udaliśmy się na stronę zachodnią, wówczas dużo spokojniejszą. No więc Bombel pokazał mi jak to to się zawiązuje, sprezentował mi kilka mikro-twisterków oraz tubkę „Kropelki”, którą używał do mocowania przynęty do haczyka. Klej oczywiście wylał mi się w torbie, więc przez wiele lat miałem pamiątkę tamtego wyjazdu (tzn. nadal mam – obecnie torba została przemianowana na „spinningową”). Andrzej polazł dalej, a ja przystąpiłem do łowów. Ponownie – okazało się, że to nic skomplikowanego: wkrótce okonie zaczęły zasilać moje konto. W końcu spotkałem się znowu z Bomblem i zeznałem spytany, że zaliczyłem już pewnie naście sztuk. Zdziwił się okrutnie – do tej pory nie wiem czy trochę udawał, czy miałem trochę fart – tzn. on też złowił, ale zaledwie kilka sztuk. Potem metoda najczęściej ratowała honor, kiedy nic nie dało się „normalnie” złowić – nic godnego uwagi nie połakomiło się na moje przynęty, choć może kilka pasiaków przyzwoitszych się trafiło. Aha, dość szybko zaprzestałem przyklejania twisterków.


Pasiak z Gnojna

JEBORY I TARANTILE

Nad Zalewem Szałe łowiliśmy zawsze białoryb. Tzn. może inaczej – moja rodzina generalnie łowiła białoryb – wszystko inne było wyjątkiem potwierdzającym regułę. Tak więc czas nam płynął na wpatrywaniu się na spławiki lub policjanty. Wiedziałem, że jakieś tam sandacze pływają, ale czy to prawda, czy są nadal, czy może kiedyś? Aha, dla niewtajemniczonych muszę rozszyfrować nazwę rozdziału. Czasy jeszcze wcześniejsze, czyli powiedzmy, że lata osiemdziesiąte – wujo Ja…ja…cek, czyli kolega ojca był „specjalistą” w tej dziedzinie. Dodatkowo posiadał łódź, co według mojej ówczesnej wiedzy było warunkiem koniecznym do złowienia tegoż pasiastego rozbójnika. W każdym razie wujo Ja…ja…cek (wujo się jąkał) nazywał dużego sandacza „jeborem” a małego – „tarantilą”. Z tego co wiem, to wujo zawsze łowił na żywca/trupka.

No i stało się – dzięki WCWI zorganizowane zostało małe spotkanie nad Zalewem, w którym oczywiście wziąłem udział. Pierwszego dnia namachałem się i… nic nie wymachałem, ale drugiego dnia się udało i wyszło tak, że 15 lat powiedzmy łowiłem na zalewie, potem wyprowadziłem się do stolicy, dzięki WCWI wróciłem i złowiłem swoją pierwszą (do dziś jedyną) tarantilę.


Tarantila z Szałe

RYBY SĄ TUŻ OBOK

Gdy przeprowadziłem się do Warszawy, jakoś nie mogłem znaleźć swojego miejsca na ryby. Nigdy nie przepadałem za wielkimi rzekami, do tego wydawało mi się, że Wisła do najczystszych nie należy. Inne były już ciut dalej – od małego zawsze byłem przyzwyczajony, że wszystko jest blisko – np. wyjazd do wspomnianego Grabowa (~35 km) to już była Wyprawa (przez duże „W”). Były jakieś pojedyncze próby (Wkra, Świder, Orzyc), ale raczej temat odpuściłem – często jeździłem do Piątku, więc miałem swoją Bzurę.

I znowu wszystko przez WCWI! Któregoś razu Pitfish zaproponował, że jest w stolicy i że może pójdziemy na Bulwar? Dołączył Zorro i w trojkę spotkaliśmy się w miejscu wskazanym. Mieszkałem wówczas tuż obok Placu Bankowego, więc nad rzekę miałem trochę ponad kwadrans z buta. Po przybyciu od razu przyznałem się, że na spininngowaniu się zupełnie nie znam, ale Zorro coś tam bąknął, że gadam głupoty, żebym wziął jakiegoś małego woblerka i ognia… W sumie ponownie muszę przyznać rację – to tak trochę jak z tą muchówką oraz troczkiem – nic specjalnie trudnego. Pierwszy był okoń, potem trafił się jazio, następne były klenie.


Pierwszy jaź z Wisły – w tle prowodyr

Na Bulwar chadzałem do końca lata, główną zdobyczą były kleniaki, choć gatunkowo zaliczyłem chyba wszystko poza sumkiem (kleń, jaź, okoń, szczupak*, sandacz*, boleń*). Te z gwiazdką oznaczają, że w tym gatunku nic wymiarowego upolować mi się nie udało. Zorro później chyba na portalu wskazał jeszcze drugą miejscówkę, czyli Most Syreny – tam do trofeów dołączyły jelce na muszkę, choć pamiętam, że raz woblerkiem zainteresował się jakiś nieduży wąsacz. Już przy wyciąganiu przynęty z wody, tuż za nią pojawił się metrowy wir. Od razu wtedy pomyślałem, że chyba to dobrze, że chybił, bo już się ciemno robiło, a do domu jeszcze dalej niż z Bulwaru. Mieszkałem tak niedaleko wody przez 3 lata, a zacząłem łowy dopiero pod koniec ostatniego roku bytności tamże.


Największy z Bulwaru

NIE TYLKO DRWĘCA

Moja Ciotka mieszka w Toruniu. W dawnych czasach o Wiśle najczęściej słyszanymi przeze mnie słowami były chyba: smród, brud, syf itp. Pamiętam, że zawsze pierwsza herbata u Ciotki smakowała okropnie – po dniu czy dwóch człowiek się dopiero przyzwyczajał. Potem było odwrotnie – po powrocie do Kalisza herbata smakowała dziwnie – ponownie: konieczne były dwa, trzy dni aklimatyzacji… Później Stryj z Dziadkiem odkryli Drwęcę i o Królowej na wiele lat w sumie zapomnieliśmy – nawet jak herbata zaczęła już smakować normalnie.

Piąte Urodziny, wyspa Ptasia. Przyjechałem jakoś wieczorem, transport na wyspę… no w każdym razie nie udało się rozwinąć wędki. Wstałem rano. Tradycyjnie nic nie złowiłem, w miarę wcześnie chyba spasowałem i poszedłem odsypiać ognisko + ranny wypad. Wstałem podejrzewam dość późno i udałem się na kąpiel. Wszedłem do wody i oczom nie wierzyłem – zamoczyłem już więcej niż połowę ciała i nadal widziałem palce u nóg! To był dla mnie wtedy prawdziwy szok. Tamtego dnia wieczorem złowiłem swojego pierwszego Gucia z Wisły i chyba w sumie pierwszą „w miarę” normalną rybę na Urodzinach. Potem kilka razy próbowałem już w samym Toruniu. Złowiłem w końcu swoją pierwszą certę. Na Bulwarze kilka okonków, ale ponownie rzuciła mi się w oczy czystość wody.


Pierwszy gucio na Urodzinach

Niedawno znowu kilka razu pojawiłem się w Toruniu po dłuższej przerwie. Dzięki Przemkowi (temu, który, przynajmniej według zdjęć, łowi najwięcej i największe!) i namiarom na lepsze miejsca, przebiłem tego Gucia z urodzin ponad dwukilogramowym kleniem.


Rekord z Królowej

EPILOG

Napiszę wyjątkowo krótko, nawet jak na mnie: Dziękuję!

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Robert, może poczekajmy jeszcze, np. do końca miesiąca na tych, którzy się zadeklarowali i może również na innych...
Sebastian, skoro jako jedyny uczestnik występujesz z taką propozycją, to nie pozostaje mi nic innego jak pomysłowi przyklasnąć! W takim razie przedłużamy konkurs do 31 sierpnia!
+1
Jaki jest temat? Bo ja moze, bym ten-tego, lubie konkursy... aczkolwiek. Chyba nie. ;)
Krzysiek o konkursie pisałem tutaj: https://www.wcwi.eu/index.php/czytelnia/z-zycia-wcwi/76-konkursy-i-zabawy/3907-konkurs-literacki-20-lat-wcwi
W tekście konkursowym (opowiadanie, felieton, reportaż itp.) należy nawiązać do WCWI, kolegów, wspomnień, czegokolwiek co związane było (jest) z portalem w ciągu 20 lat jego istnienia. Chyba nie tak trudno, zwłaszcza dla Ciebie?
Do końca jeszcze nie czytałem, ale kojarzę ten tekst Jacka, na 100% mam ten numer WW. Ogarnę Ci w ciągu kilku dni.
Fajne wspomnienia :-)
Fajny opis i fajne fotki, stawiam na Ciebie, daję plusik właśnie za te fotki. Fajny artkuł Sołtysa ale Twój o rybach, o wędkowaniu. Cześć.
Co mogę powiedzieć bardzo dobrze napisane i czytając powspominałem sobie przy okazji. Moje gratulacje Sebastian