Wszystko odbyło się jak zwykle szybko i konkretnie.

Zostałem poinformowany, że wyjazd jest o godz. 2.30 w kierunku Ruciane-Nida, mam sobie kupić wędkę podlodową, wziąć kołowrotek, ubrać się ciepło i zakupić flaszeczkę, bo podobno zimno może być. To też to wszystko uczyniłem. Moje pierwsze wędkowanie na lodzie miało się odbyć na jeziorze Bełdany w jakże doborowym towarzystwie.... Znowu te same mordy, te same gadki, Ci sami zapaleńcy i znowu tyle godzin w ścisku w aucie i po co? No właśnie - po co? Myślę, że wielu z nas zadaje sobie to pytanie, lecz wszystkie wątpliwości znikają, gdy czas do domu się zbliża, ale o tym na końcu opowieści.

Jezu, jak ten czas się wlecze, 23.00, 23.30, 1.00. Kiedy oni przyjadą? Zrobiłem już kanapki, ubrałem się, może włączę telewizor.... Ooo, jakiś horror, Ooooo gołe też są ;-) o sporcik, no i to było lekarstwo na nudę, jeden drink i czas popłynął szybciutko. Już są, wytaczam się z domu i widzę....Znowu te same mordy. Stefan (driver), Jaj (nałogowy palacz, kopci jak komin na Żeraniu), Argrabi (ten to chyba mnie prześladuje), no i Kot Bury (no coments), no ładnie, czy ja w ogóle coś zobaczę na oczy jak pojadę z tym składem TWA na Bełdany? Aha, jeszcze drugie auto sunie w tym czasie w kierunku Rucianego, a w nim: Korsarz (driver pędziwiatr), Guru (dziecko kwiat), Mk (profesorek humorek) i Olo (ratownik). No to wszyscy już. Dobrze, że medyk jest z nami - czuję się troszkę bezpieczniejszy. Droga minęła przy szumie bąbelków piwnych i wędzarni Extra mocnych. Dojeżdżamy do Rucianego, czas na prezentacje i powitalny trunek, w końcu czas imprezkę zacząć, a ryby? Ryby nie uciekną....

Fajeczki, Balsam Pomorski, hihi śmichy, no, ale czeka na nas przewodnik. Szybko przebieramy się na stacji benzynowej i jedziemy. Andrzej już czeka na nas, podjeżdża jeszcze jedno auto - to kolega Andrzeja. Ruszamy nad jezioro, humorki dopisują, ale do czasu, zatrzymujemy się, by kupić licencję...;-( taki lajf.

Jedziemy dalej, jedziemy, jedziemy, jedziemy, jedziemy, las, wilki jakieś, znowu las, dalej jedziemy..... qur.... Kiedy ta droga się skończy? Dojeżdżamy w końcu, matko boska, ile ludzi?! Na parkingu stoi sześć aut i wszyscy wybierają się na lód.

Szybkie pakowano i już z Argrabim stoimy na lodzie. O mamusiu, jak tu pięknie i tak cicho.

I na druga stronę można promem się.....prześliznąć ;-)

Andrzej z kolegami już na lodzie, razem z Argrabim ruszamy tuż z nimi, nasi koledzy, no cóż, nasi koledzy grzebią się przy samochodach, Mk jak zwykle poprawia wszystkie cztery warstwy kalesonów, co pewnie zejdzie mu się do południa, ale on już ma tak w opcji, Stefan i Jaj....tym to chyba nigdy i nigdzie się nie spieszy. Zresztą i tak jak cała grupa pójdzie na rybki, tych dwóch w towarzystwie kilku książek zostanie na pomoście i czytając bez wytchnienia będzie podziwiać łono przyrody i oprowadzać nas mętnym wzrokiem po jeziorze. W każdym razie my idziemy.

Pogoda nam dopisała, słońca nie ma, ale jest bezwietrznie. Kiedy doganiamy Andrzeja, ten już z kolegą kiwają się w dziurze.

Argrabi kręci dziurkę...

I jak przystało na zakapiorów my też zaczynamy się kiwać. Tym bardziej, że warunki sprzyjają kiwaniu się ;-)

No i kiwaliśmy się tak przez cały dzień. Popijaliśmy, kiwaliśmy, popijaliśmy i kiwaliśmy i tak do znudzenia....a właściwie do uchachania po pachy, co poniektórzy już dobrze się nakiwali

Łowiliśmy tam, gdzie nam Andrzej "kazał", a właściwie okupowaliśmy górkę podwodną na stałe. Jak cała kompania pojawiła się w na niej, dupska już nam nigdzie się nie chciało ruszać poza drogą powrotną do samochodów, niektórzy mieli nawet jakieś efekty. A tak na poważnie to drobny okonek gryzł fajnie, grubego nie było, a kilka patelniaków się trafiło.

Kot_bury, jak każdy futrzak chciał jak najszybciej wrócić na piecyk, zmarzł biedaczysko niemiłosiernie, więc minę też miał nieciekawą

Za to Guru, cieszył się za nas wszystkich, jakiś wieczny uśmiech wlazł mu na twarz, takie dziecko kwiat....Co on palił?

Gdzieś koło południa pojawił się Stefan, który przeczytał z Jajem kilka książek i by oderwać oczy sprzed etykiety książki postanowił troszkę połowić z nami. Jaj jak na prawdziwego intelektualistę przystało, został z książką na pomoście, po czym poszedł się zdrzemnąć do auta.

Stefan tak się rozkręcił, że ciągnął rybkę za rybką.

A gdyby ktoś nie wiedział, jak wygląda taka dziura, z której się wyciąga rybki, to proszę bardzo, fachowo wykręcona dziura przez mistrza Argrabiego - pogromcę dziurek.

A w takiej dziurce, panowie moczyli.... kijek.

Na który łowili od czasu do czasu jaką rybeczkę. No bo po to jest kijeczek.

Niestety, czas nie stoi w miejscu, a buteleczki nie napełniają się same, postanowiliśmy ogłosić powrót. W drodze jednak zahaczymy o drugi brzeg.

Na drugim brzegu jakiś typek robił nam zdjęcia trzymając dupsko w trzcinach, nawet na słodkie "taś taś" nie chciał nosa wychylić.

Korsarza musieliśmy siłą ściągać z lodu, tak się biedaczysko zawziął na te okonie, że o mało nie przymarzł do przerębla.

Ciemno się robi powolutku i czas wracać. Wszyscy poczłapali drogą, którą przyszli, tylko mnie i Argrabiego poniosło jeszcze na cypelek. Idziemy i widać taki piękny jęzor jakby oparzeliska, więc mówię do Nalejlamy, żebyśmy ominęli. Ale ten paskudny dyktator odparował mi conajmniej jakbym jego Anią był.... "Chodź, ślady prowadzą na wprost! Jak mówię to wiem!! Za mną!". No i poszedł, całe szczęście, że lód nie pękł, nie wiem jak to nazwać, ale Argrabi zaczął się zapadać jak w ruchomych piaskach.... No niestety dupsko ma tak wielkie, że przez te dziurkę, która się zrobiła nie przeszło, wydrapał się biedaczysko i pomknął do samochodu się przebrać. A jednak warto czasami żony słuchać!

Jak już zebraliśmy się wszyscy, postanowiliśmy zrobić sobie zdjęcie grupowe i pokazać nasze połowy......Marnie co?

No cóż, nigdy nie mówiliśmy, że tacy z Nas wielcy wędkarze. My jesteśmy po prostu TWA, a jak na TWA przystało imprezę trzeba zakończyć w odpowiedni sposób.

A cała ta impreza tylko po to, by złapać nieuchwytnego przestępcę, w kręgach znajomych zwany futrzakiem, sierściuchem, Ci serdeczniejszy nazywają go Kotem Burym. Od niedawna TWA ma likwidatora - tak zwanego cyngla. Działa to tak.....Ojciec chrzestny (czyli szef organizacji) daje kopertę z kasą i nazwiskiem delikwenta, reszta należy do Cyngla. No i oto finał, wiecie kto jest kim?

I niech to będzie przestrogą dla wszystkich, którzy podnoszą rączkę na TWA, pilnujcie się, uważajcie, miejcie oczy dookoła głowy, bo cios może paść z każdej strony ;-))))

Swoimi oczyma widziane opisał
Ace28




Wybrane komentarze
Argrabi napisał:
Że fantazję i wyobraźnie masz, to wiedziałem. Ale że aż taką, to nie :). Chociaż z drugiej strony - poza małymi "szczegółami" relacja dobrze oddaje ducha wyprawy.... Czyli jest zbliżona "do prawdy" :)))
Jaj napisał:
A ja znowu na bibliofila wychodzę. No cóż. Braku bibliotekoznawstwa nie można mi zarzucić. Dziś czytelnia "Honoratka". Ale wyprawa niesamowita była, k... TWA.
Bombel napisał:
No i cóż tu dodać? Chyba tylko tyle, że w takich czytelniach powinno się serwować świeżego okonia z grilla. Tylko jakąś Marysię by trza zabrać. Koniecznie nieczytatą:-)))
Jacek napisał:
No tak, widzę, że jak mnie tam zabrakło to i porządnej herbaty nie stało. I te termosy jakieś takie szklane....
Korsarz napisał:
Byłem i ja i długo nie zapomnę tej fantastycznej wyprawy. Co do Pędziwiatra, to dobrze, że Guru nie wyrwał mi w biegu kierownicy, tak mnie poganiał. Gdybym mu ją oddał, zamiast godzinę za wcześniej, byłbym w godzinę w Rucianych. W tym gronie mogę jechać choćby na Lofoty.
Wiarusek napisał:
No to ładnieście połowili. Cholera jak ja wam zazdroszczę. Ale na Bełdany to dla mnie troszkę za daleko. Pozdrawiam.
Kazik napisał:
Powiem jedno , fajna wyprawa i tylko szkoda że mnie tam nie było .Ale jak się mówi , co się odwlecze to nie uciecze . Z pozdrowieniami Kazik .
Kot bury napisał:
I tak wykręciłem się kitą i spadłem na cztery łapy.

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy