Cichy pomruk silnika wypełniał kabinę samochodu działając wyjątkowo usypiająco. Krajobraz za oknem przesuwał się z monotonną jednostajnością. Na szpule kół nawijały się dziesiątki przejechanych kilometrów. W środku wozu rozmowa leniwie toczyła się wokół czekającej na nas przygody. Wymieniano mnóstwo informacji dotyczących sprzętu i przynęt, szyprów i łowisk a także wiele innych związanych i nie związanych z wyjazdem. Jako absolutny nowicjusz chłonąłem te informacje, niczym gąbka wodę, oddając się nieśmiałym marzeniom o wielkiej, morskiej potworze, tfu, tfu, przygodzie znaczy się. Wszak po wielu tygodniach przekonywania i namawiania, wybrałem się wreszcie na swoje pierwsze „dorszowanie”.

Dzisiaj, z perspektywy czasu i mnogości odbytych wypraw, widzę jak wielkim neofitą byłem wówczas. Tym niemniej atmosfera wyprawy, nowości i przygody odcisnęła się niezatartym pięknem w mojej pamięci. Gdy auto zjechało na podrzędną drogę powiatową n-tej kolejności odśnieżania, a do celu pozostało już tylko kilka kilometrów, w powietrzu rozszedł się zapach autentycznej, morskiej soli.. Zachodzące słońce przepięknie wyzłociło młodziutką, wiosenną zieleń, nieśmiało okrywającą zielonym puchem nagie gałęzie krzewów. W kwietniu nie postawiono jeszcze tych wszystkich kramów, namiotów i innych stoisk mających za zadanie skusić turystów do zakupu bazarowej tandety. Dzięki temu małe, pomorskie wioseczki wyglądały tak, jak wówczas gdy rybacy trudnili się połowem rybi uprawą roli. W zapadającym szybko zmroku dostrzegłem pod laskiem przemykających wojów, ubranych w skórzane kaftany, obciążonych orężem na którym zapadające za horyzont słońce, krzesało ostanie błyski. Z mruczeniem silnika zaczęła mieszać się melodia Bogusławowej pieśni :„Nosili nam ryby, cuchnące i słone. My sami po świeże, przychodzim w tę stronę....”*Otrząsnąłem się lekko z majaków. Dojechaliśmy.

Pensjonat położony był obok kanału portowego tuż nad samym morzem. Od wielkiej wody oddzielały nas tylko wydmy, a przez otwarte okno wpadał niespokojny szum morza , pobudzając i tak już rozbestwioną wyobraźnię. Po obowiązkowym spacerze na główkę falochronu w celu powitania morza i rozprostowania kości po kilkugodzinnej podróży, rozpoczął się ceremoniał przygotowań sprzętu. Wyciągane z otchłani bagaży kołowrotki, pudełka z pilkerami i przywieszkami pokryły każdy wolny cal powierzchni , było-niebyło, niezbyt wielkiego pokoiku. Z prawie nabożną czcią uzbrajane wędziska, ostrzone kotwice, pakowane podręczne torby, co stanowi nieomal sacrum, nie mniej ważne niż samo łowienie. A w myśl zasady że rybka lubi pływać, poszły w ruch domowe nalewki, likiery i tym podobne, które z herbatą mają tyle wspólnego, że też są rozgrzewające. Koniec końców jednak cały pensjonat zasypia ukołysany miarowym szumem morza i marzeniami o morskich potworach.

Wycie budzika postawiło cały nasz pokój na równe nogi, po pierwszych kilkunastu sekundach, podczas których byłem święcie przekonany, że zimno to powiew przestrzeni kosmicznej wdzierającej się przez wybity bulaj promu kosmicznego, a my jesteśmy celem ataku szturmowców imperium z Lordem Vaderem na czele. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że zimno jest wynikiem zimnych kaloryferów i otwartego okna. Chyba jednak wolałbym Vadera. Szybkim susem zająłem łazienkę, szczoteczka na zębach i reszta porannych ablucji jest kwestią chwili, zwłaszcza że woda jest zimniejsza od powietrza. I już cieplutko ubrany w spokoju oczekuję na kolegów. Ciepła woda pojawiła się w rurach kiedy ostatni z nas kończył mycie. W jadalni oczekuje na nas śniadanie, gorące parówki, wędlinka, ser, kawa czy herbata. Jemy turami, wszyscy naraz nie mieszczą się w jadalni.

Ci, którzy zjedli, objuczeni sprzętem drepczą na pobliskie nabrzeże portowe, na którym już oczekuje nasz kuter. Jest jeszcze ciemna noc i nadbrzeżne lampy otoczone aureolami światła tworzą nieziemsko piękną atmosferę, której nie są w stanie zbrukać żadne odczytywane listy obecności czy nawoływanie spóźnialskich.

Wreszcie wkraczamy na pokład kutra. Podłoga zaczyna się lekko kołysać a sam kuter wita nas warkotem diesla i zapachem ...kutra. Zapach ten to składowa wielu czynników, tak pachnie metal, z którego zbudowany jest kuter ale też i morska woda i mokre liny, drewniane bloczki i stare sieci i wiele innych. Po prostu zapach kutra, pomimo wysiłków nie da się go opisać, po prostu trzeba tam być i samemu poczuć a nie zapomnimy tego do końca swoich dni. Samo kołysanie pokładu też jest niepokojące, mimo tego że woda w kanale pozostaje prawie nieruchoma. To wszystko tworzy niezapomniany nastrój, który na zawsze wypalił w moim sercu niezatarty ślad. Wiem, że od tej chwili, ta symfonia światłą-dźwięku-zapachu będzie mi stała przed oczami, ilekroć wspomnę o połowach dorszy. Wreszcie załoga sprawnie oddała cumy i falochron za burtą powoli przesuwa się ku tyłowi. Majestatycznie mijają nas wszystkie lampy oświetlające nabrzeże, w końcu kolorowe lampki zaznaczające końcówki falochronu też pozostają w tyle. Poprzez pokład przetacza się drżenie, jakby jakaś bestia budziła się ze snu, ale to tylko szyper dodał gazu i śruba napędowa poszarpuje łodzią.

W końcu dziób nieruchomieje, na jakimś, znanym tylko szyprowi, kursie i stalowy potwór lekko drżąc, odpływa prosto w rozkołysaną noc. Postanawiam pozostać na pokładzie, mimo że reszta kolegów rozsiadła się w mesie i w kabinie. Tutaj ma się wrażenie obcowania z wielką wodą, aksamit nocy znowu pozwala na popuszczenie cugli wyobraźni, a smak soli niesionej morską bryzą i niespokojne kołysanie pokładu dopełniają reszty wrażeń. Pozostanie na pokładzie ma też w sobie element przewidywania, wszak jestem pierwszy raz na morzu, kto wie czy Neptun nie upomni się o swoją daninę. Jeśli tak, to nigdzie nie będę musiał iść, już stoję przy relingu. Na horyzoncie nad prawą burtą zapala się wątła niteczka blasku i z każdą chwilą robi się coraz mocniejsza. Zaczyna świtać. Na wodach śródlądowych, wielokrotnie byłem niemym świadkiem budzenia się dnia, powstawania barw, dźwięków, zapachów i zżera mnie przeogromna ciekawość, jak wygląda świt tam gdzie nie ma trzcin, drzew i krzaków, żab i świerszczy a jest tylko nieskończona połać wody. I jest zupełnie inaczej ale nie mniej czarodziejsko.

Blask zapalony nieśmiało gdzieś na horyzontem, coraz śmielej przesuwa czarną zasłonę nocy po nieboskłonie, jakby przesuwał czarną pluszową kotarę. Dopiero co świtało tylko na horyzoncie, a już pół nieba kąpie się w blasku świtu, widać coraz więcej szczegółów, powoli pojawiają się kolory. Po dłuższej chwili dostrzegam też kilka mew, kołyszących się na falach. Gdzieś, nad horyzontem nieśmiało błysnął promień słońca, lecz natychmiast zgasł, przytłoczony chmurami. Teraz już nie ma czasu na obserwacje przyrody, silnik zmienił dźwięk wywabiając resztę towarzystwa na pokład. Wędki, powkładane w uchwyty przy relingach wyglądają jak maszty lub lance gotowej do szarży husarii. Zajmuję miejsce przy swojej lancy, tfu to znaczy wędce, gdy tymczasem szyper wyprawia jakiś szamański taniec całą łajbą. Kręci kółeczka, zygzakuje, zmienia prędkości i nagle przez pokład przebiega kolejne drżenie a kuter staje jak wryty. Dźwięczny sygnał dzwonka kaleczy względna ciszę poranka, drze powietrze kakofonią czystych dźwięków. Na to hasło wszyscy zarzucają wędziska. To sygnał do rozpoczęcia połowu.

Jako nowicjusz nie spieszę się z zarzucaniem, dyskretnie obserwuję poczynania kolegów, dopiero widząc gnące się pod ciężarem walczących ryb, wędki, decyduję się zarzucić. Pilker dosyć długo opada w otchłań, aż kiedy już myślałem że nie doleci, szczytówka prostując się sygnalizuje dno. Podrywam kilkakrotnie zestaw, wzorując się na łowiących obok mnie kolegach, niestety, bez rezultatów. Przez głowę przebiega galopada myśli, a co myślałeś, patafianie, że one tam czekają aż ty przypłyniesz i rzucisz im jakieś żelastwo? Że niczego innego nie pragną? Tak naprawdę to ja kocham łowić okonie na delikatny spinning a tu kij o finezji szczotki do zamiatania, pilker 130 gram i linka mogąca śmiało zastąpić linę holowniczą w razie nagłej potrzeby. Oj, coś ty, bracie, pasujesz tu jak kwiatek do kożucha.

Tak psiocząc w myślach podrywam jednak swój zestaw, nie chcąc okazywać zniechęcenia już na samym początku, i nagle kij od szczotki wygina się w nieźle wyglądający łuk. Po napiętej lince biegną sygnały o rybie znajdującej się na jej końcu. Nie wiem w jaki sposób, ale linka przymocowana jest bezpośrednio do moich nadnerczy, a te, pod wpływem jej impulsów, tłoczą adrenalinę w żyły. I wszystko już wygląda dużo lepiej niż jeszcze przed króciutką chwilką. Dodatkowe zacięcie, bo nie wiem, czy za pierwszym razem dostatecznie mocno zaciąłem, i rozpoczyna się hol, czy też raczej mozolne pompowanie ryby stawiającej porządny opór. Ryba w głębinach walczy z zaskakującą siłą, siłą jakiej absolutnie się nie spodziewałem. Nogi wparte w deski pokładu, kij bardzo przyjemnie wygięty a i kołowrotek chwilami postękuje, oddają kawałek linki. Jednak wszystkie atuty są po mojej stronie i rybsko nie ma najmniejszych szans. Bardzo szybko słabnie i daje się holować już prawie bez oporu. Wreszcie pod zmatowioną wiatrem taflą wody pojawia się kształt i jasny kolor rybiej skóry i w końcu rybka ląduję na pokładzie. Mój pierwszy dorsz, ani specjalnie wielki, ani specjalnie urodziwy, ot przeciętny dwukilowy bolek, zapięty ładnie za dwa ramiona kotwiczki. Sądząc z oporu jaki stawiał podczas holu, powinien być co najmniej dwa razy większy, tak, i mieć wytatuowaną jedynkę na czole, kąśliwie dodaję w myślach. Ale druga myśl jest już całkiem logicznym wnioskiem, skoro taki dorszyk tak ładnie sobie poczynał, to jak muszą walczyć te duże. Ta myśl pchnęła mnie do działania, ryba do skrzynki a ja do burty i łowimy dalej. Najfajniejszą w tym całym łowieniu sprawą, jest zmiana mojego nastawienia, pomimo początkowej niechęci przekonałem się do tej metody łowienia i zaczęła mi ona sprawiać prawdziwą frajdę.

I nic to, że zaraz rozbrzmiał podwójny sygnał oznaczający koniec połowu w tym miejscu. Szyper ruszył bryłę okrętu i po chwili znowu manewrował kręcąc kółka i zawijasy. Następnie kolejny sygnał i zarzucamy. Teraz już nie czekam na nic, tylko razem ze wszystkimi miotam zestawem w morskie odmęty. Niestety, dwie kolejno złowione ryby spinają się po krótkim holu, w zasadzie bez powodu. Za radą doświadczonego kolegi, zmieniam kotwicę pilkera na nową i ostrą. Następne branie i wędka jęczy od obciążenia, kołowrotek, wydaje się że dobywa z siebie ostatek sił. Opór jest niezwykły. Siłując się z oporną rybą, w oczach mam metry i kilogramy jakie dziś wyciągnę z wody, a im dłużej trwa hol tym większe wartości wskakują na liczniki. Poprzez powierzchnie zaczyna coś prześwitywać i bardzo szybko zdobycz kołysze się przy burcie. Rybka wcale nie jest rekordowa, ba, nawet nie jest duża, ot zwykły bolek jakich dziś wyciągnięto wiele. Różnica jest taka, że ostra kotwica utkwiła w pobliżu ogona i dodatkowo, na przywieszce, złapał się drugi dorsz. I taki właśnie zestaw przez długie chwile, karmił moją pychę a moje żyły adrenaliną.

Jakoś tak się złożyło, że w ten dzień niewiele już połowiłem. Nie zadziałało prawo „zielonego”, nie zostałem królem rybobrania. Ale z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że w ten wiosenny dzień połknąłem bakcyla, który do dzisiaj gna mnie na morze gdy tylko padnie hasło „dorsze”. Wypływałem już w czasie sztormu ( to niestety nie był dobry pomysł ) jak i w kompletnej ciszy. Przekonałem się, że dorsze, tak jak każde ryby, bywają grymaśne i nie zawsze dają się złowić. Złapałem ogromnego dorsza, mierzącego metr i dwadzieścia pięć centymetrów. Okazało się również, że przy większej fali Neptun jednak upomina się o swoją daninę. Ale na zawsze zapadła w mej duszy ta pierwsza wyprawa, która odkryła całkiem inny świat wędkarski i wypaliła niezatarte piętno w mojej duszy.

Pod wieczór spłynęliśmy do portu, by po nocy spędzonej w pensjonacie, ponownie znaleźć się na morzu. W ten drugi dzień efekty łowienia były znacznie lepsze i nawet ja załapałem się na kilka sztuk wyciągniętych z Bałtyku. Tak naprawdę każda wyprawa jest i taka sam i nieco inna niż poprzednie. Taka sama, z racji sposobu łowienia a inna, bo każda wnosi do bagażu doświadczeń nowe wątki. I ilekroć pada hasło dorszowanie, w moich uszach brzmią strofy pieśni ” my zwżdy tu wrócmi , jak fala”.*

Mariusz Słowiński *zoltan40*

Wrocław 22.11.2013r.

*(Karol Bunsch „ Zdobycie Kołobrzegu”)

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Bardzo ciekawie napisane, bardzo obrazowo i nieco inaczej niż większość tekstów. Wielkie brawa, przypomniał mi się mój pierwszy rejs i kilka następnych, ale jakoś potem mi przeszło i od kilku dobrych lat mimo tego, że co roku jestem nad morzem, to jakoś nie ciągnęło mnie na dorsze. Ale dzięki opisom, takim jak ten, może jeszcze kiedyś się skuszę...
No, no! Jakbym czytał Arkadego Fiedlera! :grin :grin :grin Super! 8)
Wiele z Twoich wspomnień i określeń podzielam w całej rozciągłośći. Smak przygody często bywa słony ;)
Fajnie, że to opisałeś. Narazie nad Bałtyk jakoś mi nie po drodze, ale tęsknię za tym rozkołysanym krokiem gdy kuter przybija do portu po udanym połowie :grin
No ładne pióro, Mariusz.Gratuluję, Mariusz. Ja mimo wszystko z uroków rozkołysanego pokładu nie skorzystam :grin
Super się czyta Mariuszu. Gratuluję odwagi i złapania bakcyla. Szkoda tylko, że z dorszykiem tak krucho.
Fajnie napisane, brawo. :grin
Czekam na opisy innych wypraw, czy też zwykłych wypadów na rybki. ;)
Koledzy łaskawi bardzo w swoich ocenach. Nie sposób nie zgodzić sie z Robertem że z dorszem krucho bardzo ale warto próbować.
Świetny tekst. Stanęły mi przed oczami wszystkie wyprawy dorszowe. Adrenalina, oczekiwanie i śledzenie prognoz wiatru, potem odliczanie godzin do wyjazdu. Weekend na morzu z kapitalnymi kolegami. Ech... chyba właśnie dla tych emocji trzymam jeszcze sprzęt morski w szafie. Dla ryb już nie ma po co. Perspektywa kaleczenia niewymiarków w połączeniu ze znacznymi kosztami wyprawy jakoś mnie zniechęcają. Ale może za jakiś czas się wybiorę. Wszak zew morza, dawno stwierdziłem, gdzieś we mnie siedzi. Może to rodzinne?
Świetny tekst,przywołujący wspomnienia.Ten zapach w porcie jak i na kutrze faktycznie nie do podrobienia ;)