To miał być wyjazd wędkarsko-towarzyski. Część ekipy miała jechać po raz pierwszy na dorsze, które miały być powodem wspólnego spotkania grupy przyjaciół, z dala od codzienności. Od kilku miesięcy trwały przygotowania logistyczne i telefoniczne ustalanie szczegółów. Niestety jeden z nas zmienia zdanie i robi wyłom, przez który powoli wycieka reszta ekipy. Z umówionej szóstki zostaje nas dwóch, a na początku września już tylko ja sam. Nic to. Pojadę choćby sam.

Podejmuję próbę zorganizowania nowej ekipy. Kilka telefonów do wypróbowanych osób i jest zdecydowana grupa – pozostaje niepewność, co do kutra... Wprawdzie WŁA-209 jest polecany przez kpt. Wiśniewskiego, u którego nie było już miejsc na sobotę 16 września chyba na dwa miesiące wcześniej, ale nutka niepewności pozostaje. Śledzimy długoterminowe prognozy pogody, bo podobno (tak twierdzi właściciel z firmy „Fala”) tylko wiatr może spowodować odwołanie wyprawy.

Wszystko dograne, sprzęt dopieszczony. Zasobniki ciężkie od pilkerów. Mamy jechać w piątek (450km). W czwartek dostaję telefon od pracownika z firmy „Fala” - niestety nie wypłyną, bo nie mają jakiegoś super ważnego dokumentu. Ręka w złości zaciska się na słuchawce. A wcześniej dokumenty mieli? Rozmawiałem kilkukrotnie i wszystko było OK. Pytam czy znalazł jakieś miejsca na innej jednostce na zastępstwo: - No nie, ale może dać jakieś telefony... i dyktuje dostępne w internecie namiary na... Wiśniewskiego. Przypominam mu, że na sobotę sami nie znajdziemy miejsc, wszystko od dawna zajęte. Przykro im, ale umywają ręce. Cóż zrobić - zasilam solidnie konto TP obdzwaniając wszystko, co możliwe we Władysławowie i okolicach. Zapełniam namiarami i nazwiskami dwie strony notesu i nic, do wieczora bez szans. Jaki morał - chyba trzeba rezerwować miejsca awaryjne odpowiednio wcześniej i chyba w różnych portach – bo jeszcze np. jest jeszcze wiatr.

Wieczorem w przeddzień wyjazdu dzwonię do przyjaciół z Jastarni. Specjalista od zatokowych belon, Andrzej Struk na szczęście załatwia miejsce u znajomego na małej łodzi. Nie jest to tak naprawdę mała jednostka – typ Konrad ok. 9m długości. Szczegóły dogadujemy z panem Krzysztofem telefonicznie i wreszcie wiemy, że wyjazd dojdzie do skutku. Uff... Nic to, że na Zatoce z dorszem krucho, że może trochę wiać...

Ostatecznie we trzech Krzysiek, Roman i ja, ruszamy w trasę by wieczorem spróbować jeszcze sił na plażowych flądrach. Niestety droga zajmuje więcej czasu niż wyliczyłem (m.in. nieoczekiwane bliskie spotkanie kamienia i przedniej szyby) i flądry pozostają w sferze planów na jutro. Wieczorem wiadomo – dłuuuugie Polaków rozmowy pod gwiazdami i szykowanie sprzętu.

Rano meldujemy się w porcie. Krzysztof już na łodzi. Przywitanie i wypływamy. Dzień wstaje z lekką bryzą, w sam raz na rozwianie pozostałości po wczorajszych rozmowach. Słońce wstaje nieco bursztynowo i rozchmiela zaspane głowy.

Na morzu wieje czwórka, do tego fale rozbujane pod kątem do wiatru. Szyper postanawia kręcić się raczej po zatoce.

Próbujemy sił na najbliższych wrakach – pusto. Płyniemy na Hel i wraki w pobliżu portu wojskowego. Krzysztof zręcznie manewrując utrzymuje łódź nad wrakiem. Na echu są zapisy, ale brak reakcji ze strony mieszkańców głębin. Łowimy na ponad 30 m.

Wreszcie jest pierwsza ryba dnia – dorszunio o długości pilkera. Krzysiek delikatnie wypuszcza przedszkolaka.

Roman potwierdza przypuszczenia, co do ryb dających obraz na echu. Na jego śledziokształtnym pilkerze zawisa śledź. Potem - samo śledziowe oko. Brakuje jeszcze „ucha od śledzia”. Ja ciągle pozostaję bez ryby. Słońce wychodzi zza chmur a my płyniemy coraz dalej, powoli tracąc z oczu półwysep. Zatrzymujemy się na trochę, jakieś skubnięcia i dalej, i dalej.

Z rybą kiepsko. Na sąsiednim drewnianym Passacie, 18 chłopa i kilka bolków podczepionych za bok. Dopiero koło południa coś zaczyna się dziać.

Groźbę powrotu o kiju rozwiewa miarowy dorszyk siadający na moją pomarańczowo-zieloną borę od Dragona. To ciekawy pilker o silnej pracy bocznej. Potem znowu nic. Kręcimy się po „śmietniskach” i kamieniach. Wszędzie sporo siatek – początek sezonu po przerwie. Tracimy kilka przynęt. Próbowałem montować zestawy, w których najsłabszym ogniwem (sprawdzałem na sucho) jest kółko przed kotwiczką. Niestety – albo na mokro działa to inaczej, albo czepiamy przywieszkami o siatki. Wkrótce na czarno-czerwone twistery siadają dalsze dwa bolki z opadu. Ten wynik (3 sztuki plus kilka śledzi) utrzyma się do końca pływania.

Reasumując – pomimo miernego wyniku rybnego – impreza udana. Nikt nie chorował, choć stosunkowo nieduża jednostka i fala dały po temu powody. Na rozkołysanym pokładzie niekiedy nie dało się stać bez dodatkowego podparcia. Przed zaokrętowaniem na mniejsze jednostki dobrze jest sprawdzić odporność na kołysanie na większym jachcie. Na keję schodzimy niepewnym krokiem, już zupełnie bezchmielowym – błędnik powoli przestawia się na działanie lądowe.

Po obiedzie i odpoczynku, posileni rybnymi specjałami (pyszna zupa rybna) dostajemy od Andrzeja przynęty i wskazówki, z tym ruszamy na wieczorną plażę. Rozfalowanie morza utrudnia łowienie, ale mamy najdoskonalszą z naturalnych przynęt – całe tobiasze (po miejscowemu tobiasy) zamrożone przez rybaków.

Wcześniejsze doświadczenia z plażowym wędkowaniem to dalekie wyrzuty surfcastingowym sprzętem i brodzenie do końca płycizn. Zupełną nowością dla mnie jest łowienie fląder w najbliższym dołku – 10-15 m od plaży, gdzie można dorzucić lekkim zestawem. Wcześniej ten dołek przechodziłem brodząc, by rzucić do najdalszych rowów. Zapadający zmierzch, świetliki na szczytówkach. Wędki opieramy na podpórkach zabranych z podwórka – nie wolno niszczyć umocnień na wydmach i tamtejszej roślinności. Brania są gwałtowne i z różną częstotliwością trwają do około 22. Trudy dzisiejszej walki z falami i przenikliwy wiatr dają o sobie znać. Zwijamy sprzęt zabierając kilkanaście pysznych fląder i pod rozgwieżdżonym niebem wracamy na kwaterę. Nowe doświadczenia i urokliwa okolica. Czego trzeba więcej?

Michał Orzechowski *Michał_O.*

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Ten komentarz został usunięty przez Administratora
Gratuluję wam wytrwałości to mądra alternatywa w przypadku braku dorszy w morzu.Byłem w Łebie 15.09. i złowiliśmy naprawdę sporo i była podobna pogoda nie wiem co było powodem .Czy możesz odpowiedzieć jak daleko wypłynęliście?
Widzę ze WŁA 209 olewczo traktuje wędkarzy ale nigdy nie uchodził za łowny kuter.teraz może po twoim artykule jeszcze spadnie zapotrzebowanie na usługi swiadczone przez tego armatora.Ja osobiscie nigdy na nim nie pływałem i raczej nie zagoszcze na jego pokładzie,koledzy ,którzy mieli wątpliwą przyjemność łowic z pokładu tej jednostki więcej sie na nią nie piszą.
Cieszę sie ze mimo trudnosci jakie was spotkały jesteśćie w dobrych humorach,a łowienie w morzu odbiliscie sobie na plaży,złapaliscie więcej niż z kutra więc zabawa była przednia jak sądzę.Osobiscie muszę sie kiedyś wybrać na połów z głowki portu we Władysławowie tylko z kąd wziąść te TOBIASZE może wiesz gdzie je mozna kupic w okolicy WŁadysławowa.
Byłem 17.09 we Władku na dorszach.Efekt 4 bolki na szczęście nie były podhaczone lecz wzięły jak Neptun przykazał. Kutry ganiały po Bałtyku jak szalone za rybą bez większych efektów, od wody głębokiej do zupełnych płycizn. Przy okazji połowiliśmy trochę okazałych śledzi.
A tytuł może byłby lepszy WRZEŚNIOWE FLĄDRY
Paproch - się nie martw słabizną połowową. Wedle mich informacji, to w tym czasie była totalna kicha na wszystkich kutrach. Układ wiatru i prądów sprawiły, że dorsz poszedł daleko w morze. Na 50 Mm i dalej. Żadna jednostka, nawet mogąca tak daleko wychodzić, nie wyjdzie na jedną dniówkę. Jeśli zaokrętowani na pokładzie nie orzekną zgodnie, że gotowi są na ryzyko. Czyli kilka godzin płynięcia w jedną stronę, z max. dwoma godzinami łowienia.
Darujcie, że dopiero teraz odpowiadam. Wypłynęliśmy niedaleko. Stan morza nie bardzo pozwalał na daleki rejs. Nie patrzyłem na GPS ale Półwysep majaczył w oddali.
Tobiasze rybacy wykorzystują do węgorzowych sznurów. Łowią je na drobniutkie siatki i stosują albo na świeżo albo mrożą. Jeśli znacie jakichś porządnych to do nich po prośbie - może sprzedadzą. Myślę, że można je zastapić filetami z innych ryb, podobno świetna jest belona.
Wrześniowe dorsze - tytuł dla przekory - w końcu to one nas ciągną taki szmat drogi.