Przez wiele lat odwiedzałem jezioro Pomorze koło Gib pod Sejnami. Znam je nieźle. A co za tym idzie poznałem też tamtejszych aborygenów, głównie kłusujących, którzy przed laty potrafili na zdechłego warchlaczka mordować sumy po 50 - 60 kg. Fakt! Żyją świadkowie! Aby poznać jezioro, stosowałem metodę "na ćwiartkę", czyli stawiałem pół litra wódki i już w połowie drugiej flaszeczki znałem o dwie górki i trzy dołki więcej. Tak powstawała mapa jeziora. To dobry, aczkolwiek "uciążliwy" sposób na poznawanie wody. Polecam młodzieży.

Z czasem straż rybacka zaczęła aborygenów nękać, z paleniem porzuconych przez kłusoli łodzi włącznie, więc postanowili "państwowych" przechytrzyć, bo strażnicy zrzucali motorówkę i głównie szukali łódek na jeziorze kontrolując łowiących. Postanowili więc -aborygeni - łowić z brzegu, czasem kryjąc się w trzcinach, a czasem tylko nasłuchując charakterystycznego jazgotu silnika wysłużonej "Nysy" strażników.

I tak podpatrzyłem kapitalną metodę "odległościową" na żywca.
Otóż polega ona na tym, że wystarczy do niej nawet zwykła, poczciwa, stara bambusówka (taką stosowali), ale dla łowiących legalnie może to być porządna żywcówka z ciekawszych komponentów. Trzy metry kija wystarczą.

A teraz przepis. Rzucenie żywcem na 30 - 40 metrów raczej nie wchodzi w rachubę, bo siła zamachu urwie rybę w 99% przypadków. Przypominam: nie mamy łodzi, o żadnej wywózce nie ma więc mowy! Do końca żyłki lub plecionki dowiązuje się oliwkę z krętlikiem 50 - 80 g i rzuca ile pary w rękach. Mój namierzony zębaty grasował w zatoczce właśnie jakieś 30 - 40 metrów ode mnie. Dorzuciłem. I co teraz? No jasne, że nie liczyłem na to, że trafiłem go w łeb i krytą żabką podpłynę, zarzucę szczupłego sobie na plecy i pożrę potem na kolacyjkę. Aborygeni nauczyli mnie dalszego postępowania.

Otóż należy wykonać zestaw składający się z kotwiczki dowiązanej do stalowego czy kewlarowego przyponu, załóżmy 30 cm, a do krętlika na jego końcu jeszcze 30 cm żyłki, do końca której dowiązujemy agrafkę. Teraz należy żyłkę lub plecionkę, na której końcu, po wyrzucie, znajduje się owe 50 - 80 gramów ołowiu, tak napiąć, aby uzyskać kąt jakieś 45 lub nawet więcej stopni w stosunku do powierzchni wody. Na kotwicę zakładamy żywca w dowolny, uznany przez nas za dobry sposób, a agrafkę zapinamy na żyłce. Co się dzieje? Żywiec pod swoim ciężarem zjeżdża do wody. Dwudziestocentymetrowa płoć w naturalny sposób prze w głębinę. Raz podpływa wyżej, raz schodzi niżej. Jest na uwięzi. Ma ograniczone ruchy na boki (przypon plus żyłka) i trochę swobody "w górę lub w dół", czyli do dna lub do powierzchni. Taki zestaw nie "odpłynie" nam w trzciny ani w głąb jeziora.
Można także "dopychać" żywca do dna stosując małą oliwkę z krętlikiem, do którego montujemy agrafkę i całość wieszamy na żyłce powyżej żywca. Taki zestaw nie pozwala przynęcie na forsowne podpływanie i trzymanie się powierzchni.

Pływający "na smyczy" żywiec to dla szczupłego, nawet po kolacji, niezła gratka.

Sprawdziłem! Działa!

Jeszcze kilka takich podpatrzonych wynalazków i wątrobę będę zostawiał w domu. W lodówce! Ale co tam, raz wątróbce śmierć!

Bulba

 

Komentarze:

Gość:
Po pierwsze zarzucanie żywca na odległości o których piszesz jest spokojnie możliwe. Służą temu odpowiednie kije i zestawy. Obawiam się, że jednakl w naszej ojczyźnie sa one niezgodne z regulaminem. Powiem krótko : A mnie to wali!!!! Nie płace składek, łowię jak chcę i łowię tak aby ryby jak najmniej kaleczyc aby potem wypuścić. Zahaczanie za warge oczywiście nie wchodzi w rachubę. Najlepsze jednak jest zestaw dryfujący z wiatrem. Patent Foxa. Patrz: http://www.foxint.com/catalogues-products.php?lang=&product=304&catalogue=3§ion=34 Jeszcze nie próbowałem ale ten rok poświęcę na eksperymenty. Zwłaszcza za sandaczem w morzu i Martwej Wiśle. Żerują daleko od brzego a ja poza karpiówkami nie dysponuje sprzetem dalekiego zasięgu...
Po drugie: na jakiej głębokości dochodzi do implozji żywca?? :-))


wedkoholik:
Bulba, pierwsze co mi zakołatało po głowie, to fakt, że pierwszy kwietnia minął i albo Twój news za długo przebywał w module wysyłkowym, albo fakt ten przespałeś. Tak się składa, że aborygenów z Gib i okolic dodyć dobrze zanałam jeszcze w latach szećdziesiątych i zacieru sporo z nimi przechyliłem ukradkiem przed rodzicami. Dobrze piszę - zacieru, bo destylacji ten ferment nigdy się nie mógł doczekać, bo znikał gdy tylko kręciło się po nim w głowie. O łowionych sumach owszem słysałem, ale o szczupakach na żywca jakoś nie. Jak mnie pamięć nie myli, to jedynym i preferowanym narzędziem do połowu zębacza był u nich od zawsze oścień i widły. Do drugiej połowy lat osiemdziesiątych żadne akcje PSR nie dawały rezultatów. Raz tylko gdy jeden z nich uciekał na Białym w zimę, załamał się lód pod nim i utonął. Tak zawsze uciekali. Pij z nimi zacier z miodem, a poznasz lepiej batymetrię, ich prawdziwe zwyczaje i głowa mniej jakoś boli po tej berbelusze niż po naszej monopolowej.

Bulba:
To pewnie pamiętasz "Pana Józefa" oraz rodzinkę Gibasów. Ci to dopiero kłusowali. Temu Józefowi spalili straznicy łódź gdzieś na początku lat 90-tych. A z żywcem to najszczersza prawda. Wymyślili to młodzi gówniarze z Kukli. Może i na pierwszy rzut oka wygląda to śmiesznie, ale kilka lat temu o łowieniu na boczny trok pojęcie mieli nieliczni. Mój kolega był w ubiegłym roku w Rumunii. Tamtejsi aborygeni jak zobaczyli metodę bocznego troka, to im oczy wylazły ze zdziwienia!!!

wedkoholik:
W latach dziewiędziesiątych byłem tylko raz i tylko trzy dni w tej okolicy, więc stąd nie znam techniki młodych aborygenów. Pamięć do nazwisk jest zawodna i wielu z tych co znałem dziś już nie żyje. Najczęściej jednak lądowałem nad jeziorem Białym i Czarnym w Białorzeczce skąd na Pomorze robiliśmy czasem wypady. Ciekawe, czy nadal ten zacier z żyta robią?

Bulba:
Znam te dwa jeziora, jedno z nich dzierżawi ten oszust, o którym kiedyś pisałem. Jeżdżę nad Pomorze od 15 lat, ale od dawna nikt już samogonu w Kuklach nie pędzi. Teraz spirytus od Litwinów kupują i robią różne wynalazki

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Pomysł interesujący, mam tylko kilka wątpliwości. Jak uzyskać kąt żyłki do powierzchni wody równy 45 st.Zarzucając na 30-40m trzeba mieć wędkę długości 30-40m ?
Mając wędkę 3m uzyskamy ok.10 stopni, więc żywiec nigdy nie dotrze do ciężarka, wcześniej zaczepi o dno. W razie brania trzeba wybrać 5-10 m luzu z ciężarkiem na końcu, co z pewnością zniechęci rybę przed zacięciem.
Oczywiście to co napisałem wcześniej, jest prawdziwe dla łowiska o głębokości do kilku metrów !
Mógłbym dostac jakąś instrukcje jak wiązac cos takiego
Mój email to wedkarz5@op.pl
Bodajże w 2005 roku gdy pierwszy raz przeczytałem artykuł nt temat tego sposobu natychmiast go wypróbowałem i stwierdziłem, że \"nie działa\",choć skopiowałem go bardzo dokładnie wg. opisu i zamieszczonego szkicu. Od tego czasu przerabiałem zestaw na różne sposoby ale uzyskiwałem jedynie połowiczne skutki. Jak już napisał \"gość\" im dłuższa wędka tym lepszy. Sam opis zawiszenia ciężarka jest błędny bo stawia zbyt duży opór, najlepiej wychodzi na karpiowym koraliku z agrafką. Mimo to na 30-40m nigdy nie udało mi się \"odprowadzić\" żywca. Pozdr.