Zbliża się kalendarzowa jesień, choć atmosferyczna zaczęła już nas dotykać. Czas drapieżnika, czas szczupaka zbliża się wielkimi krokami. Czyli czas spinningu i żywca... A może niekoniecznie to ostatnie?

Moje pierwsze spotkanie z ogromnym szczupakiem - rok sześćdziesiąty szósty, listopad. Chyba późny, bo choć Wisła na warszawskim odcinku płynęła swobodnie, to odcięte od niej zastoiska pokrył już cieniutki lód. Szczęśliwy drugoklasista, którego dziadek zabrał, mimo nieprzychylnej aury, na "rajzę" po młocińskim brzegu... Taki wtedy byłem.

- Nic tu nie będzie - mówił Malinko i ściągał pospiesznie osiemnastocentymetrowe blaszysko wyklepane własnoręcznie z kwasoodpornej blachy. Siedemdziesiątka - a może nawet jeszcze grubsza żyłka - kładła się posłusznie na szpuli kołowrotu o monstrualnym przekroju.

Ten kołowrót pamiętam doskonale - widziałem go po raz pierwszy na kartce wyrwanej z zeszytu. Dziadek mruczał pod nosem i pracowicie wyrysowywał każdy element urządzenia. A potem wraz z Malinką wytłukiwali go, łączyli, spawali, gwintowali z grubego aluminium, jakie dziadek czasami dla swej wędkarskiej pasji podprowadzał z huty. W warsztacie na Lektykarskiej, na starym Marymoncie, zrobili dwa takie urządzenia - spinningowy dla starego Malinki i trzy razy mniejszy "żywczak" dla dziadka.

O wielkości dobrej spinningówki sprzed prawie trzydziestu lat mogą świadczyć rozmiary dziadkowej "katuchy" - żywcowa miała siedemnaście centymetrów średnicy... Miała też wszystkie znane wędkarzom z Marymontu "bajery" - dokręcany śrubą (i śrubokrętem zabieranym na łowisko) hamulec, terkotę ze sprężyny od stołowego zegara, kryzkę do smarowania ośki i co tam jeszcze...

No więc szliśmy tak wzdłuż główek naprawianych rokrocznie po przejściu wiosennej wody. Malinko ciskał we wsteczny prąd swój kawałek żelastwa i liczył: "Sto dwadzieścia jeden, sto dwadzieścia dwa..." I jeśli blacha osiągała dno, zanim doliczył do stu trzydziestu, ściągał ją lekceważąco.

Za płytko...

Dziadek łowił żywcówką. Do swojej uniwersalnej czterometrowej bambusówy dołączył dwumetrowy leszczynowy drąg. A to za przyczyną gruntu na zestawie, który im bliżej zimy, stawał się coraz większy. Cztery, pięć, pięć i pół metra... Jeśli bomba kładła się na boku, dziadek wyjmował zestaw z wody. Nigdy nie zmniejszał gruntu późną jesienią. Jeśli jednak spławik stanął jak należy, siedział na stanowisku pięć, góra dziesięć minut. Co kilkadziesiąt sekund przeciągał rybkę kilkadziesiąt centymetrów w bok.

Tego dnia łowił na... śledzie. Nie udało mu się złowić płotki poprzedniego dnia. Poszedł więc do "Centrali Rybnej" i kupił pół kilo świeżego ulika.

I na tego śledzia, gdzieś w okolicach Burakowa, z pięciometrowej głębiny wyciągnął rybę, która jawi mi się do dziś jako potwór. Sprzeczali się z Malinką o jego wagę. Szło o kilogram. Więc nie wiem do dziś, czy ryba miała dziesięć czy dziewięć kilo. I nie będę wiedział.

Niewiara

Kiedy tylko skończyłem szesnaście lat i mogłem już łowić na żywcówkę, stałem się z miejsca jesiennym poszukiwaczem potworów z głębin. Ale o dziadkowym śledziu zapomniałem. Jeśli nie udało mi się zdobyć żywca albo jeśli znękana systemikiem rybka usypiała, przerzucałem się na spinning. Później zgoła zrezygnowałem z żywcówki na rzecz metody rzutowej.

O połowie szczupaka na "martwca" przypomniałem sobie kilka lat temu podczas rozmowy ze szwagrem mieszkającym na stałe za oceanem. Kiedy podczas wymiany wędkarskich tajemnic zapytał mnie o europejską metodę połowu drapieżników na martwą rybkę - zdębiałem.

- Bo ona u nas, w Kanadzie, zdobywa coraz więcej zwolenników. Zacząłem bobrować, szukać po zagranicznych wydawnictwach. Pierwsze omówienie znalazłem w czasopiśmie... czeskim. Później kilka w wydawnictwach zachodnich. Teoretycznie wyglądało to przekonywająco...

Łowi się głównie na ryby morskie, które charakteryzują się kilkakrotnie bardziej intensywnym zapachem. Poza tym szczupak zrażony w przełowionych wodach tradycyjnymi przynętami, chętnie sięga po atrakcyjnie wyglądającą i smakowicie pachnącą zdobycz. Duży szczupak jest strasznym leniem, nawet na przedzimiu, kiedy powinien obrosnąć tłuszczem, nie kwapi się do pościgu. Jest to ryba, która po przekroczeniu wagi trzech kilogramów, jak jakaś hiena wodna, zbiera z dna martwe od niedawna rybki, nie narażając się na utratę energii, którą musi zużyć podczas każdego ataku. Zwolennicy połowów na martwą rybkę zwykli mawiać, że każdy ponadpięciokilogramowy szczupak złowiony na żywca lub blaszkę jest ofiarą zmysłów - atakuje trafiającą mu pod nos przynętę, nie mogąc nie poddać się instynktowi agresji. Nie mogą tego potwierdzić - ani też zaprzeczyć - badacze. Któż bowiem jest w stanie wydać opinię, że półstrawiona rybka z przełyku potwora z głębin była przed połknięciem żywa czy martwa...

Przełom

"Nawrócenie" nastąpiło w 1989 roku w Hamburgu. Podczas zwiedzania - niestety, tylko zwiedzania - wędkarskiego salonu. W dziale przynęt natknąłem się na stoisko, w którym prezentowano same tylko MARTWE RYBKI. W słoiczkach, w hermetycznych foliowych workach, w plastikowych pudełeczkach lśniły się i skrzyły... kolorowe śledzie, barwione sardynki, makrelki, ostroboki, węgorzyki, mintajki, wątłusze. Z dużym sceptycyzmem przyglądałem się malowanym rybom, ale wówczas przypomniałem sobie powątpiewające uśmiechy kolegów po kiju, gdy dawno temu przypinałem do zestawu ulubione przeze mnie żółte i pomarańczowe woblery. I ich miny, gdy siadał mi na haku potężny szczupak.

W hamburskim sklepie przypomniał mi się dziadkowy śledź i pierwszy widziany przeze mnie jesienny potwór z głębiny.

Metodę - w różnych wariantach - stosowałem wielokrotnie, przede wszystkim na Bełdanach i na Betyniu. Z nieoczekiwanie dobrym skutkiem. Powtarzałem ją kilkakrotnie wczesną jesienią na cofce Narwi pod Serockiem. Sprzedawczyni z rybnego przywykła, że proszę ją o "sześć" całych i niedużych rybek. Ale domeną tej brytyjskiej - a także i chętnie, z racji zakazu połowy na żywca, stosowanej w Niemczech - metody jest późna jesień.

I choć wierny pozostaję spinningowi - to późną jesienią, jeśli los rzuci mnie na jeziora lub nad zbiorniki zaporowe czy ich cofki, łowię głównie "na śledzia". To takie wywoławcze hasło, do stosowania bowiem tej metody nadaje się każda - nawet mrożona - morska rybka. Zresztą ukatrupiona płotka będzie także skuteczna. Taka około dwudziestu centymetrów.

Różne bywają późne jesienie - bywa, że przez cały miesiąc wraca się o kiju. Ale podczas stosowania "trupka" ma się pewność, że celne zacięcie oznacza rybę może i największą z całego sezonu.

Kij nie musi być specjalnie długi - wystarczy nawet trzymetrowy, jeśli tylko ma sztywnosprężystą akcję szczytową. Szczupak na przedzimiu bardzo rzadko w czasie holu staje na ogonie, nie szarpie też tak silnie głową na boki. Nawet duży, przytrzymany kilka minut "na długiej lince" - słabnie i poddaje się woli wędkarza. Dlatego i żyłka nie musi być "milimetrówą" sprzed ćwierćwiecza - dobra, odporna na niskie temperatury (ważne!) trzydziestkapiątka lub trzydziestofuntowa plecionka wystarczą w zupełności. Kołowrotek solidny, o sporym przełożeniu i precyzyjnym hamulcu. Regulacja - tuż poniżej wytrzymałości żyłki na węźle.

Brytyjscy znawcy zalecają wyjątkowo długi - do 50 cm - i wybitnie miękki przypon z wolframu lub pleciony z cienkich netalowych nici. Na naszym rynku pojawiły się paczkowane dziesięciometrowe odcinki takiej plecionki wraz z blaszkami zaciskowymi. Można więc samodzielnie wykonać przypony pożądanej długości.

Uzbrojenie rybki dowolne - ja stosuję dwukotwiczkowe w trzech wariantach.

  • z kotwiczką przesuwną na przyponie,
  • z kotwiczkami na dodatkowych, sztywnych przyponach o różnej długości,
  • ciężka główka jigowa z długim hakiem, z kotwiczkową przywieszką - rybkę zbroi się wówczas niemal jak rippera, wpinając jeden z grotów kotwicy z bok przynęty w połowie długości

Rybkę zbroimy od przodu. Nie piszę "od łebka", można bowiem stosować połówki, duże filety z ogonkiem, patroszone tuszki. Można przynętę uatrakcyjnić, usuwając częściowo kręgosłup i nacicinając, tak by sprawiała wrażenie żywej pod wpływem kołysania spławika. Zbroimy następująco - kotwica z przodu w grzbiecie, druga w połowie ciała od strony brzusznej lub bocznej i koniecznie wolny ogonek.

Przeciwnicy kotwic stosują dwa haki, najbardziej sportowi nawet jeden. Ja jednak wolę kotwicę - przyznam, że chyba bym się zapłakał, gdyby rzadka o tej porze zdobycz poszła "w długą" po wyrwaniu haczyka z przełyku. Dwudziestocentymetrowy ostrobok jest przez dużego szczupaka połykany bardzo głęboko. "Zejście" ryby z pojedynczego - nie tylko moim zdaniem - oznacza jej zejście śmiertelne; rozdarciu ulega wówczas zazwyczaj przednia część przełyku. "Nieetyczne" kotwice wydają mi się bardziej ludzkie. Z mojego doświadczenia wynika, że ryba najczęściej jest zacięta obiema - bywa, że kilka grotów tkwi w twardych częściach mordy. Nawet jeśli ktoś uwalnia rybę - ta przeżywa.

Ja sam, mimo iż zasadę uwalniania stosuję bez oporów w "ciepłym czasie", jako rybożerca nie potrafiłbym odmówić sobie potraw z jesiennego szczupaka. Zbiera on siły do przezimowania i wczesnowiosennego tarła - i jedynie późną jesienią bywa tłusty.

Spławika, oczywiście przelotowego, używam tam, gdzie się daje, więc najczęściej na wodach stojących. Dbam o to, by rybka unosiła się nad dnem, lepiej bowiem roznosi się jej woń, poza tym jest wrażliwa na każdy ruch wody, każdy prąd. Nawet przepływający obok, na wpółślepy szczupak musi ją zauważyć, jeśli tylko machnie płetwą. Spławik i obciążenie minimalne.

Jeżeli łowię z dna - też stosując minimalne - obciążenia, wówczas do rybiego pyszczka wkładam parę kawałków styropianu. Unoszą one przynętę kilka centymetrów nad dno.

Zdobyczy poszukuję głęboko - w rzecznych zastoiskach, w ponadczterometrowych plosach. W głębokich jeziorach, wyrobiskach pożwirowych i w gliniankach szukam na głębokości ok. 8 m, czasem nawet głębiej. W zbiornikach płytkich trzeba znaleźć miejsca najgłębsze.

Szczupak zawsze "idzie za białą rybą". Ta zbiera się na zimowiska leżące kilka, czasem kilkanaście metrów pod powierzchnią. Tam też, jak te U-Booty, gromadzą się szczupaki warte długich, mozolnych listopadowych wypraw. Spróbujcie, może w głębi czekają na was prawdziwe potwory. I koniecznie "na śledzia.

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Oj Jacku, rozpisałeś się o martwych rybkach i rozbudziłeś nasze chęci na duuuże drapieżniki! ;) Teraz kurcze ciężko będzie się dopchać na najlepsze miejscówki. ;) :grin
Jacku, czy aby na pewno wolno zbroić przynętę naturalną dwoma kotwicami???

Paweł
Na wodach PZW chyba nie, ale tam szczupaka juz jak na lekarstwo. Na wodach prywatnych gdzie szanse na 5-7 kilowce są jeszcze jakos nikt mnie o to nigdy nie pytał... Zapewniam Cie, ze zaciąwszy od razu po zauważeniu brania, masz znacznie wieksze szanse uwolnienia ryby jesli masz na to ochotę. Poza tym możesz pozbyc sie zadziorów z grotów słuzących do zacięcia szczupaka, a zostawic tylko zadzior na ramieniu trzymającym przynete. I co? Brzmi lepiej teraz??
Skostnienie PZW i ich regulaminu, atawizmy i przyzwyczajenia.... Podpisujesz sie pod tym?? Ja nie, stanowczo... :grin
Też lubię łowić na trupka.Z dwóch powodów.Pierwszy to świadomość,iż żywiec i tak niedługo po zarzuceniu wyzionie ducha(pomijam wszelkie\"niehumanitarne aspekty tej metody\") a drugi to selektywność.Faktem jest,że na trupka łowię rzadziej ale jednak większe sztuki.Mój znajomy nauczył mnie tzw\"pukania\"..Jest to podciąganie o metr-dwa co kilka minut zestawu co powoduje\"ożywienie\"martwej rybki.
Rybkę uzbrajam inaczej(tak mnie nauczył dziadek).Przeszywam(a raczej przewlekam) trupka stalką(wolframem)od pyszczkas do dupki i jednym grotem wbijam kotwiczkę w nasadę ogona.W zależności od ryby której się spodziewam-albo grotami do przodu albo do tyłu..NA szczupaka stosuję podwójną kotwicę i zostawiam oba groty wystające z dupki :)
Kumpel z USA nazwoził mi haków i kotwic zarówno bezzadziorowych jak i zadziorowych tyle,że starczy mi chyba do emerytury :grin .Mam taką zasadę na sandacza zadzior na szczupaka niekoniecznie...
Tyle o moich doświadczeniach z \"trupkami\".

Chciałbym ci Jacku podziękować za ostatnie artykuły.To nie tylko moje zdanie..Teksty o sandaczach to juz nie pigułka ale potężny zastrzyk adrenaliny sandaczowej ktory pozwoli w jednum miejscu naczytać się o tej rybie do woli.
Teksty o fotografii sa świetne i czekam na dalszy ciąg..
Pozdrawiam.
awsze miło się czyta to,co Pan pisze.Tak było i tym razem.Pozdrawiam serdecznie-chłopak z Marymontu
Cytat:
Pozdrawiam serdecznie-chłopak z Marymontu

Witam sąsiada. Właśnie spakowałem rowerowe sakwy i jadę przez Marymont szukać sandałków od Grota do Spójni. Wczoraj miałem \"dwóch\". To pierwsze wędkowania po miesięcznej chorobowej przerwie.
Panie Jacku szanowny.Zdaje się,że twarz Pańska jest mi znana,tym bardziej więc miło mi bedzie spotkać kiedyś Pana w realu.Co prawda nad Wisłe zaglądam rzadko,ale przecież świat nie taki wielki.Z wielką zaś przyjemnością będę czytał kolejne Pańskie artykuły,dla mnie to zawsze przemiła i ciekawa lektura.Pozdrawiam.
Dopowiem tylko że kotwiczkę przesuwną po ustaleniu odpowiedniej odległości warto okręcić pare razy stalką przed nasunięciem rurki.
A czy przy takim łowieniu przyłowem może być sandacz lub sum??