Spinning Konger World Champion Turbo 300 trafił w moje ręce na początku zeszłego roku i towarzyszył mi przez prawie cały sezon 2009. Jedynie jesienią zamieniłem go na mocniejszy kij. Jego możliwości sprawdzałem podczas licznych wypraw nad warszawską Wisłę, płytkie starorzecza oraz rozległe jeziora warmińskie. Łowiłem nim zarówno z brzegu, jak i z łódki. Pozwoliło mi to poznać wszystkie zalety i wady tej wędki.

Jest to szybki, dynamiczny kij o środkowym ugięciu. Producent poleca go do połowu dużych ryb średniej wielkości przynętami. Zakres ciężaru wyrzutu 7-21 gram daje duże możliwości wyboru stosowanych przynęt. Bardzo dobrze łowi się nim na woblery od 3,5 do 9 cm, obrotówki nr 1-4, wszelakie wahadłówki ważące do 20 g i gumy na główkach do 15 g. Łowiłem nim również na tzw. paprochy i cięższe gumy, ale do tych przynęt stworzono lepiej dopasowane wędziska. Używam go z kołowrotkiem wielkości 2500 i 4000. Z mniejszym znakomicie leży w dłoni i pozwala na wielogodzinne łowienie bez bólu pleców i ręki. Również z większym dobrze współpracuje, w szczególności, gdy użyjemy zapasową, grafitową szpulę. Wędzisko to bardzo dobrze współpracuje z żyłkami od 0,18 do 0,25 mm oraz cienkimi plecionkami.

Pierwsze testy przeprowadziłem w marcu, tuż po zejściu lodu, nad pobliskim starorzeczem. Dzięki trzymetrowej długości kija bez problemu sięgnąłem przynętą za pas uschniętych, zeszłorocznych trzcin i prowadziłem ją wzdłuż brzegu. Na tak podanego paprocha na żyłce 0,18 mm skusiło się kilka małych okonków, których zmagania bardzo delikatnie, choć przyjemnie odczuwałem w ręku.

W kwietniu woda w Wiśle opadła na tyle bym mógł dotrzeć do przelanych cienką warstwą wody ostróg. Moim celem były klenie, a przynajmniej tak było w założeniu, bo w uklejokształtny wobler uderzyła mała rapa. Jej uderzenie było świetnie odczuwane na kiju. Dotarłem w pobliże szczytu przelanej ostrogi. W moim zasięgu znalazł się długi, skośnie wrzynający się w nurt warkocz. Postanowiłem sprawdzić jak kijek współpracuje z gumami. Zawiązałem na piętnastofuntowej plecionce 15 gramową główkę z 7 cm ripperem. Rzuciłem wzdłuż warkocza i poprowadziłem gumę skokami przy użyciu kołowrotka. Czułem na kiju moment opadnięcia przynęty na dno. W drugim rzucie, po trzecim opadzie, przy podrywaniu z dna nastąpiło mocne uderzenie, kij pięknie się wygiął,  a na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Wzięła! Z wyczuciem zacząłem pompować wędziskiem. Moim oczom ukazał się marmurowy sumek. Ładnie walczył, ale wędzisko doskonale amortyzowało jego szaleństwa. Czułem, że kij ma jeszcze sporo rezerwy. Po chwili zdobycz wylądowała w mych objęciach. Miał 75 cm. Szybka fotka i ryba wróciła do wody.

Kolejna kwietniowa wyprawa. Obławiałem napływ ostatniej już w okolicy przelanej ostrogi. Czterocentymetrowy pękaty woblerek zawieszony na żyłce 0,18 mm szybował bardzo daleko nawet przy spokojnym wyrzucie. Ściągałem go wzdłuż przelanych kamieni. Długi kij pozwolił mi kontrolować trasę prowadzenia przynęty. Poczułem delikatne targnięcie. I pusto. Ryba to czy jakaś gałązka? – pomyślałem. Rzuciłem ponownie. Przynęta szła po tej samej trasie, lecz tym razem nic nie zakłóciło jej pracy. Kolejny rzut i znowu poczułem targnięcie w tym samym miejscu. Tym razem było wyraźnie czuć na kiju, że była to ryba. Jeszcze kilka rzutów i ładny kleń po krótkiej walce wylądował w mojej dłoni. Jak to mówią – do trzech razy sztuka. World Champion Turbo nie jest wklejanką. Nie da się wyczuć na nim bardzo delikatnych brań, ale wyraźnie czuć jak coś podgryza naszą przynętę.

Na majówkę wybrałem się na Warmię. Trzy dni pływania łódką po dużym jeziorze za szczupakiem nie dało żadnych efektów. Nie brały. Dobrze, że przynajmniej gospodyni, u której nocowałem, dobrze gotuje. Ostatniego dnia poszedłem na pomost chwilę pospinningować. Na pocieszenie złowiłem kilka ładnych garbusów, które brały na granicy zasięgu rzutu. World Champion Turbo świetnie się nadaje do takiego łowienia. Dzięki swojej długości i dynamicznemu blankowi posyła nawet nieduże przynęty na bardzo duże odległości.

Nadszedł czerwiec. Wybrałem się nad nadwiślańską łachę. Na miejsce dotarłem przed świtem. Do żyłki doczepiłem trzycalowe, seledynowe kopyto na 5 gramowej główce. Takim zestawem dorzucałem prawie na drugi brzeg jeziorka. Noc powoli ustępowała miejsca świtowi. Przynętę prowadziłem w toni – 2-3 obroty korbką kołowrotka i krótki opad. Po którymś z rzędu opadzie, poczułem ciężar na kiju. Zaciąłem i już po chwili trzymałem w dłoni zgrabnego sandacza. Drapieżnik chwycił wabik podczas opadu. Na wędce nie poczułem jego ataku. Miałem szczęście, że nie wypluł przynęty z pyska. A on miał szczęście, że trafił na mnie, bo po krótkiej sesji zdjęciowej wrócił do wody.

Pod koniec miesiąca znowu wylądowałem na Warmii. Tym razem z kolegą Markiem, który przed ślubem postanowił skorzystać z ostatnich chwil wolności… Pogoda była piękna, jedzenie pyszne i tylko kilka niewielkich okonków na wędce. Trzeciego dnia pogoda diametralnie się zmieniła. Od rana wiał silny wiatr i zacinał przelotny deszcz. Wpłynęliśmy do rozległej zatoczki. Rzuciłem srebrną obrotówką nr  4 między rzadkie liście lilii wodnych i poczułem potężne uderzenie. Szczupak na początku szedł jak po sznurku, dopiero przy łódce zaczął szaleć. Ładny był. Oceniłem go na 3-4 kg. Zacięty był w nożyczki tak, że przynęta wystawała mu z kącika pyska. Kij bardzo dobrze amortyzował jego szarpnięcia, a hamulec popuszczał żyłkę 0,22 mm. Po kilku odjazdach ryba osłabła. Naprowadziłem ją na podbierak trzymany przez Marka. Podbierak był mniejszy od ryby, ale powinna się zmieścić. I tu Marek mnie zaskoczył. Zamiast unieść podbierak do góry, ściągnął go do siebie. Dwa groty kotwiczki wystające z pyska szczupaka wplątały się w siatkę. Sekundę później, jak na zwolnionym filmie, drapieżnik targnął łbem i wypiął się. Jeszcze chwilę stał w miejscu, jak by zdziwiony tym co się stało po czym spokojnie odpłynął… Nic nie powiedziałem. Gdybyśmy nie znali się z Markiem 20 lat to do kwatery wracałby wpław. Zmieniliśmy miejsce. Marek uciął sobie drzemkę na rufie.

Dryfowaliśmy wzdłuż brzegu. Nagle usłyszałem za plecami jak ktoś wrzuca szuflę żwiru do wody! Odwróciłem się i zobaczyłem małą podłużną wysepkę porośniętą trzciną. Po chwili na jej krańcu wybuchł gejzer! To ogromne stado małych uklejek wyskoczyło z wody z charakterystycznym szumem. Zacumowałem łódkę w zasięgu rzutu. Nawet Marek się obudził. Biczowaliśmy wodę różnymi przynętami. Woda co jakiś czas w różnych miejscach wybuchała małymi rybkami. Złowiłem kilka średnich okoni, a Marek zaciął na obrotówkę nr 2 ładną płoć! Kotwiczka tkwiła wewnątrz jej pyszczka. Rzuciłem obrotówką nr 3. W momencie gdy dotknęła wody, obok wybuchł kolejny rybi gejzer. Jeden obrót korbką kołowrotka i  poczułem uderzenie. Kij płynnie uginał się. Wyczuwałem w ręku każde targnięcie pyskiem. Po chwili piękny okoń znalazł się w łódce, a mi zdecydowanie poprawił się humor.

Tego samego dnia późnym popołudniem znowu wypłynęliśmy. Nadal wiało, a nad głowami przewalały się deszczowe chmury. Do wieczora nic się nie wydarzyło ciekawego. Powoli zaczęło robić się szaro. Założyłem na agrafkę 9 centymetrowy wobler własnej roboty. Rzut pod trzciny i poczułem „pyrgnięcie”. Po chwili wiedziałem już, że to ryba, a raczej niewiele większy od przynęty szczupaczek. - Idź lepiej po mamusię – powiedziałem i wypuściłem szkraba z powrotem do wody.

Przepłynęliśmy zatokę dalej. Do końca dnia było już niewiele czasu. Marek opuścił kotwicę w miejscu, gdzie rano straciliśmy szczupaka. Rzuciłem swoim woblerem na krawędź lilii wodnych. Trzymałem wysoko uniesiony kij by przynęta nie zaryła w zielsko. Dwa obroty korbką i znowu poczułem to cudowne, potężne uderzenie w przynętę. Zaciąłem. Powiedziałem do Marka, że mam rybę – chyba tego z rana. Kij mocno wyginał się, ale ryba jeszcze nie walczyła, tylko płynęła w stronę łódki. Nagle obudziła się, zaczęła targać pyskiem i odjeżdżać na kilka metrów. Wtedy zrozumiałem, że to coś większego. Wędzisko doskonale przekazywało każdy ruch ryby na moją rękę. Kiedy ryba uspokoiła się, zacząłem powoli pompować. Z wody wyłonił się ogromny łeb i szerokie jak drąg karczysko! Był ogromny!

Marek podniósł kotwicę i chwycił za aparat (podbierak po porannych doświadczeniach leżał bezużytecznie w kącie łódki). Szczupak szalał! Co chwila odjeżdżał w różnych kierunkach i potężnie targał łbem. Wędzisko wyginało się do granic możliwości. Nie miało już żadnych rezerw. Uratował je dobrze wyregulowany hamulec w kołowrotku. Ryba była tak silna, że sama decydowała o tym gdzie płynie. Po kilku minutach osłabła i dała podprowadzić się do samej burty. Próbowałem chwycić ją za kark, ale mimo dużych dłoni nie byłem w stanie go objąć. Po kilku próbach udało mi się chwycić go pod pokrywę skrzelową. Oddałem wędkę Markowi i dwoma rękami wciągnąłem olbrzyma do łódki. Dopiero teraz zobaczyłem go w całej okazałości i aż krzyczałem z radości! Był piękny!

W lipcu słońce mocno przygrzewało, a letni przybór na Wiśle powoli ustępował. Dało się już wejść na lekko przelane ostrogi. „Męczyłem” wodę różnymi przynętami. Na zapływie nic. Na napływie pusto. Rzuciłem w warkocz obrotówką nr 3 Spinexa i przytrzymałem ją w nurcie. Czułem wyraźnie jak pracuje targana w różne strony przez silny nurt. Naglę poczułem potężne walnięcie! Mało kij nie wypadł mi z rąk! Ryba stała w miejscu. Zacząłem pompować. Udało mi się ją oderwać od dna, ale zaraz ruszyła pod prąd i zrównała się z moim stanowiskiem. Ciekawiło mnie co mam na końcu wędki. Znowu zacząłem pompować. Zdobycz dała się powoli podciągać do góry, ale za chwilę straciła cierpliwość. Kij wygiął się do granic możliwości! Przed złamaniem uratował go dobrze wyregulowany hamulec kołowrotka. Obserwowałem żółtą plecionkę wrzynającą się w wodę prostopadle do nurtu rzeki. Ryba na sekundę zatrzymała się, po czym ruszyła w dół rzeki. Ale będzie walka! – pomyślałem. Czekałem aż się zatrzyma. Kij trzymałem pochylony do przodu i obserwowałem ubywającą z kołowrotka piętnastofuntową plecionkę. Miałem nawinięte 200 m linki, więc się nie martwiłem. Ale czemu ona nie staje? Przecież hamulec kołowrotka jest mocno przykręcony -  zacząłem się denerwować. Gdy na szpuli ubyło połowę zapasu linki, trzęsącą się ręką zacząłem dokręcać hamulec. Po jednym ząbku. Kij nie miał żadnych rezerw. Próba oporowania kijem na pewno skończyłaby się jego złamaniem. Na początku ryba nie reagowała na zwiększony opór. Dokręcałem dalej. Stwór dwa razy targnął łbem, a może walnął ogonem po plecionce i przyśpieszył! Na szpuli było już tylko kilka metrów linki. Dokręciłem hamulec mocniej i było po wszystkim. Plecionka pękła przy samej szpuli. Drżącymi rękami złożyłem wędkę i wróciłem do domu. Następne dwa dni spędziłem grzebiąc w Internecie i kompletując sprzęt na suma.

W sierpniu potężne wody Wisły złagodniały. Nastał czas tzw. letniej niżówki. Ryby zaczęły nieźle żerować, a moją główną przynętą były małe woblery. World Champion Turbo 300 w połączeniu z żyłką 0,18 mm i kołowrotkiem wielkości 2500 daje dużo przyjemności z łowienia nawet niedużymi przynętami, a jednocześnie pozwala w razie potrzeby użyć większych i cięższych wabików. Taka sytuacja spotkała mnie właśnie latem, kiedy polowałem na klenie i chciałem obłowić warkocz długiej ostrogi ciężkim bezsterowym tarnusem w poszukiwaniu rapy. Dzięki swojej długości i dynamicznemu ugięciu, World Champion Turbo pozwoliła obłowić początek warkocza z dużej odległości i z pełną kontrolą przynęty. Świetnie zamortyzowała uderzenie dużej rapy i ochroniła cienką żyłkę przed zerwaniem.

Czas na podsumowanie. Wędzisko Konger World Champion Turbo 300 jest świetną, uniwersalną wędką na dużą rzekę i jeziora. Sprawdzi się podczas łowów zarówno z brzegu jak i z łódki. Dzięki trzymetrowej długości i dynamicznemu blankowi można posyłać nim przynęty na bardzo duże odległości. Dzięki małej wadze (207 g) nie męczy ręki podczas wielogodzinnego łowienia. Dobrze współpracuje z żyłkami i linkami. W połączeniu z plecionką bardzo dobrze przekazuje na rękę spinningisty to, co dzieje się z wabikiem, ale nie jest aż tak czuły by wskazać najdelikatniejsze brania. Jest to świetny kij na bolenie, średniej wielkości szczupaki i nocne sandacze z płytkiej wody. Dobrze spisuje się przy połowie kleni i większych okoni na przynęty „normalnej” wielkości. Dostatecznie sprawuje się przy łowieniu na malutkie przynęty i holu większych zdobyczy. Nie nadaje się jednak do połowu naprawdę dużych ryb. Jego atutem jest również przystępna cena. Nowy kij można kupić za 250 zł – 300 zł.

Tekst ten prezentuje wędzisko Konger World Champion Turbo 300, ale jest równocześnie podsumowaniem mojego wędkarskiego sezonu 2009. Moich największych sukcesów i porażek. Cieszę się, że pisząc go mogłem jeszcze raz wspomnieć tamte chwile. Za oknem ubywa śniegu. Na Wiśle powoli zaczyna się wiosenny przybór. Lód na brzegach jezior powoli, choć nieśmiało zaczyna topnieć. Jeszcze trochę - kilka cieplejszych dni i zacznie się! Nowy sezon wędkarski, w którym wszystkim Czytelnikom życzę wielu niezapomnianych przygód z wędką w ręku.

Łukasz Budny *Oso*

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Łukaszu, jak na debiut to jest to bardzo dobry artykuł. Jest i o wędce, i przygodzie, nawet ryby są. Oby tak dalej, a i pisz częściej :-)
Bardzo fajny artykuł, z radością przeczytałem i zatęskniłem jeszcze mocniej do wiosennego biegania brzegiem rzeki.
Gratuluję rybek i powtórzę za Robertem - pisz częściej.
Super. Gratuluję udanego debiutu na Naszym Portalu
No i to jest recenzja ! Takie, to se mogę czytywać od rana do wieczora... :-) I jedyna rzecz, która mnie ciutkę zmartwiła po tej lekturze, to to, że ze mnie to jednak przepotworny śmierdzący LENIUCH...
Świetny artykuł! Ale i sezon widzę udany. Gratuluję połowów!
Również gratuluję. Nie tylko opisu wędki i przygód z rybami, ale przede wszystkim nie najgorszej poprawności językowej. Jeszcze tylko przed wysłaniem przeczytać tekst ze dwa razy, poprawić drobne usterki i zwrócić baczniejszą uwagę na znaki interpunkcyjne. Ale walka z tym - prawdopodobnie sumem - który zerwał plecionkę musiała być emocjonująca...!? Pozdrawiam kordialnie. Hil.
I takie są opinie o wędkach Kongera - ale tylko spinningach. I nie robię tu kryptoreklamy. Łowiłem na wiele z nich (na to turbo akurat nie) i wszystkie potwierdzają bardzo ważną rzecz: REWELACJA w stosunku jakości do ceny.
Na pewno są lepsze wędki. Ale będą kosztować co najmniej drugie tyle co kongery.
I szkoda tylko, że na dobrych spinningach się kończy, bo inne wędki (nie mówiąc już o kołowrotkach) to delikatnie mówiąc słabizna. :sigh
A artykulik super, bardzo fajniuchny. :P
Brawo Łukasz, graty za debiut :-) Nie będę oryginalny i powtórzę za Poprzednikami. Bardzo fajna relacjo - recenzja! Przeczytałem ją z wielkim zainteresowaniem. Oby więcej, w tym stylu napisanych, pojawiało się na naszym Portalu. Pozdrawiam
cyt.:
\"W kwietniu woda w Wiśle opadła na tyle bym mógł dotrzeć do przelanych cienką warstwą wody ostróg. Moim celem były klenie, a przynajmniej tak było w założeniu, bo w uklejokształtny wobler uderzyła mała rapa. Jej uderzenie było świetnie odczuwane na kiju. Dotarłem w pobliże szczytu przelanej ostrogi. W moim zasięgu znalazł się długi, skośnie wrzynający się w nurt warkocz. Postanowiłem sprawdzić jak kijek współpracuje z gumami. Zawiązałem na piętnastofuntowej plecionce 15 gramową główkę z 7 cm ripperem.Zawiązałem na piętnastofuntowej plecionce 15 gramową główkę z 7 cm ripperem.
Artykuł super i o to chodzi. Ale czy 15-gramowa główka z 7-cm ripperem to przynęta kleniowa? Wszak i sandacz i szczupak i rapa mają okresy ochronne na Wiśle...
Rozumiem, że nie ma zakazu ale mimo wszystko....
No i mamy artykuł odpowiadający na pytania w stylu: \"Czy moglibyście podać nazwę kijka uniwersalnego...\" Łowię już tylko Kongerami i tak jak pacinek spiningi są OK. Szczególne seria World Champion. Relacja super i tak naprawdę to jest przykładem dla każdego z nas na podsumowanie rocznego sezonu. A może jakiś konkursik? Dawno nic nie było... Łatwiej wytrzymamy do wiosny
Ach załatwiłeś nas wszystkich tym brakiem śniegu na zdjęciach.....
Co do Kongera to przyznam, że moim pierwszym \"lepszym\" kijem był Tango...
Faktycznie spiny robią niezłe (cena do jakości).
Niech się to Turbo gnie od ryb jak najczęściej (cobyśmy mogli takie fajne relacje i fotki czytać i oglądać)! :-)
Oj Stefan, Stafan... Czepialski jaki !
cyt.
\"Zawiązałem na piętnastofuntowej plecionce 15 gramową główkę z 7 cm ripperem.\"
ponieważ bo
\"Postanowiłem sprawdzić jak kijek współpracuje z gumami.\"
Czysta technika, o celowym poławianiu czegokolwiek mowy nie było...

A że przypadkiem coś się uwiesiło...
Stefan w wodę mniejszą od SteigenFjord nie trafia, dlatego zazdrośny lekko ;-)
Świetny artykuł. Aż się chce pobiec z wędką nad wodę. :-) Gratulacje.
jesu... kupie tą wędkę i będę miał takie same efekty...
zwykła reklama z rybami z chłodni z doklejonymi tłami... żenada... zachodnie promocje i od razu wyniki?
Dzięki za pochlebne komentarze 8)
cyt.:
kotecek \"jesu... kupie tą wędkę i będę miał takie same efekty...\"
Nie wędka łowi a wędkarz. Jak ktoś pipa to i z najlepszym sprzętem nawet okonka nie złowi, bo do wody przynętą nie trafi.
\"zwykła reklama z rybami z chłodni z doklejonymi tłami... żenada... zachodnie promocje i od razu wyniki?\"
Dobre :-)
już sezon walczę identycznym kijkiem, tyle, że w długości 2,70. Na prawdę świetny kij ! Sprawdzał się wyśmienicie na pstrągach, pięknie pracował pod boleniami, okoniami, szczupakami. Wykonanie oceniam 9/10, pracę kija 9/10. Bardzo Polecam ! :-)