Wstęp

Pomysł odwiedzenia „mojej” Bzury, ale odcinka bardziej przyujściowego, pojawił się już jakiś czas temu. Ubiegłego lata nawet zrobiłem pierwszy rekonesans, ale zupełnie nieświadomie wybrałem się, kiedy woda była w stanach wyższych od… wysokiego. Najpierw próbowałem w okolicy ujścia Łasicy – po kilkusetmetrowym marszu znalazłem tylko jedno miejsce, gdzie jako tako można było coś przystawić – bez efektów. Potem spróbowałem jeszcze niżej; tam rzeka wyglądała dużo bardziej potężnie (szerokość) – również nic się nie zameldowało. Później spróbowałem kawałka w okolicach Pomnika Bitwy nad Bzurą. W jednym miejscu znalazłem dogodny dojazd do samego brzegu – spotkałem nawet kilku wędkarzy, ale nie bardzo było gdzie połowić – poza tym byłem już zmęczony i zrezygnowany nieudanym wyjazdem. Na samym końcu przeniosłem się w okolice mostu tuż przy pomniku. Uprzejmy miejscowy wędkarz nawet zaprowadził mnie na jedyną miejscówkę, gdzie w ogóle można zarzucić wędkę przy tym stanie wody. Sądziłem, że będzie upierdliwy, ale było nawet sympatycznie – okazało się, że był jednym z tych pozytywnie zakręconych. Już po jego odejściu pod sam wieczór zaczęły brać płocie, których upolowałem sztuk trzy. Obiecałem sobie, że jeszcze tu wrócę…

 

Starcie nr 1

Do samego końca nie mogłem się zdecydować. W prognozie zapowiadali przelotne opady i najchłodniejszy chyba dzień wakacji… A co tam, najwyżej trochę mnie pomoczy. Na miejscu jestem około szesnastej, po drodze oczywiście padały mniejsze lub większe deszczyki. Postanawiam spróbować eksplorować odcinek trochę powyżej Pomnika – tam, gdzie wtedy udało się dojechać nad samą rzekę. Woda oczywiście dużo niższa – tzn. stan typowy dla lipca. Idę najpierw sprawdzić miejsce trochę poniżej, które pamiętam z ubiegłorocznej wyprawy – wyglądało zupełnie inaczej, nurt szybki, przy brzegu trochę spokojnej wody.

Nie wyglądało to jakoś szczególnie ciekawie, ale próbuję przez jakieś 10 minut, ale nic nie interesuje się pęczakiem. Postanawiam iść teraz w górę rzeki – mijam samochód. Tu wygląda raczej płytko, jedno miejsce zasypuję, ale nawet nie próbuję – może pod sam wieczór zaatakuję. Dochodzę do pierwszego zakola. Wysoka burta, miejsce wygląda zachęcająco, ale… ze 2,5 metra skarpy bez możliwości zejścia na dół! Waham się chwilę, dwie garście pęczaku lądują w wodzie i idę dalej.

Tutaj wygląda na bardziej zakrzaczony odcinek, po ok. stu metrach próbuję sforsować zarośla – jakoś udaje mi się, ale nic ciekawego nie udaje mi się znaleźć – jest jedno fajne miejsce, ale zwisające gałęzie uniemożliwiają podanie zestawu. Wyłażę z gąszcza, przede mną drugie zakole, ale ilość roślinności mnie zniechęca, więc „ścinam” sobie drogę w lewo, dochodzę do brzegu i znajduję w końcu bardzo obiecujące miejsce: po lewej drzewo zwalone do wody, trochę płytszy kawałek wody (no woda w porównaniu do „mojego kawałka” – kryształ!), potem zagłębienie i główny nurt. Żeby tylko udało się utrzymać zestaw…

Dwie garście pęczaku lądują w wodzie i idę dalej. Kawałek wyżej znowu super miejsce – nurt trochę odbija od brzegu, pod nogami spokojna woda, tylko strasznie ciasno, a nad głową gałęzie. Oceniam, że chyba się da, ale przy wyciąganiu ryby (podbierakowej) trzeba będzie skracać teleskop. Pęczak do wody i dalszy marsz. Znowu kawałek dalej forsuję zarośla i wychodzę na plażę, płytko, nurt zasuwa niemiłosiernie. Wracam, dociera w końcu do mnie, że jestem cały spocony od tego łażenia; postanawiam sprawdzić dwie miejscówki poniżej, zaczynam od tej „bramy” w krzakach.

Tak jak myślałem, trzeba bardzo ostrożnie, żeby się nie splątać. Pęczak na haczyku, w końcu mogę chwilę odpocząć. Nieoczekiwanie spławik powolutku zaczyna się przesuwać i zanurza się. Zacięcie, wędka w chińskie osiem, niestety ryba od razu spada! Oczywiście złość, a z drugiej strony fajnie, że coś się dzieje. Rozkładam w końcu podbierak, zaczyna… padać. Wspominałem już, że udało mi się zapomnieć wziąć zarówno kaloszy, jak i parasola? Póki co liście chronią mnie dość skutecznie przed deszczem. Jest kilka puknięć, próbuję zaciąć, ale przy używanym haczyku nie mam szans. Opad nie odpuszcza, ochrona z liści niestety dość szybko staje się bezużyteczna. Raz przestaje i znowu zaczyna… W końcu prawie nie pada, więc próbuję drugiego miejsca – na szczęście daje się utrzymać zestaw, ale nic się nie melduje.

Nadchodzą kolejne czarne chmury – postanawiam przenieść się bliżej auta, docieram do zasypanego zakola – oczywiście teraz mam już wszystko zupełnie mokre. Zarzucam, oceniam niebo i stwierdzam, że zaraz będę się chronił w samochodzie.

Patrzę na wodę, spławik leży, żyłka zluzowana, zacinam, pęczaków brak. Znowu jestem zniesmaczony, z drugiej strony – jak tu wyciągnąć coś większego? Dalsze próby nie przynoszą rezultatu, próbuję jeszcze tego płytkiego miejsca nieopodal auta. Drobnica mnie męczy, w końcu udaje się zaciąć…

…uklejkę. Chronię się samochodzie, bo deszcz już pada znacznie mocniej. Na szczęście niecały kwadrans i rozpogadza się. Próbuję jeszcze miejsca przy kanale zrzutowym (tak bynajmniej stoi na tabliczce) – ze dwa puknięcia i to wszystko. Maszeruję więc do miejsca, gdzie dzisiaj się działo najwięcej, ale niestety tylko kilka puknięć, więc przenoszę się do miejsca ze zwalonym drzewem.

Zarzucam i teraz dopiero zaczynam oglądać i analizować, że z podbieraniem też nie będzie lekko, jak weźmie jakiś wariat kleń. Tylko o tym pomyślałem – spławik pruje powierzchnię wody, zacinam, kołowrotek gra i jest rzeczony wariat! Na szczęście jest w miarę kulturalny i nie próbuje wbić się w brzeg, tylko płynie w nurt, trochę się uspokaja i już widzę, że jak się uda, będzie coś koło czterdziestaka. Próbuję zejść trochę niżej, siadam w końcu na trzcinach (przypominam, że i tak już wszystko mam mokre, cztery litery też…) i mam już zasięg. Po chwili kapitulacja.

Odpuszczam oczywiście i idę do Bramy, ale tam tylko pojedyncze puknięcia. Wracam zatem, ale tutaj również nic się nie dzieje. Czasu zostało niewiele, postanawiam sprawdzić jeszcze zakole, oba miejsca obok samochodu oraz to, gdzie zaczynałem. Nigdzie nic się niestety nie dzieje prócz miejsca uklejkowego, gdzie ataki są non-stop. W sumie jak na pierwszy raz, jestem całkiem zadowolony.

 

Starcie nr 2

Trzy dni później jestem już zaopatrzony w żółte ziarenka, ponownie zaczynam koło szesnastej – dzisiaj pogoda dużo lepsza – według prognozy padać nie będzie. Jest wręcz gorąco, po drodze termometr pokazuje miejscami 28 stopni. Jedno ale – spory wiatr, za którym nad rzeką nie przepadam. Dzisiaj mam w planie może jeszcze trochę poszukać nowych miejsc i oczywiście skupić się na tych, gdzie ostatnio coś się działo. Ponownie idę zasypać miejsce poniżej samochodu – dzisiaj lepsza widoczność, więc widzę, że jest raczej dość płytkie, ale może wieczorem?

Póki co maszeruję w górę rzeki. Ponownie odpuszczam drugie, zakrzaczone zakole, zasypuję moje dwie miejscówki i idę dalej. Ponownie forsuję zarośla w okolicy „plaży”, na którą wyszedłem ostatnio, teraz jestem ciut niżej i dziwię się, że poprzednio przegapiłem taką miejscówkę: plaża się kończy, trochę się pogłębia, a poniżej woda zwalnia – no klasyczny zmył… Zasypuję porządnie i postanawiam spróbować co słychać jeszcze wyżej. Ścinam kolejne zakole, dochodzę do brzegu i znowu wysoka burta, kawałek dalej widzę trochę drzew i zwalone drzewo.

Trochę daleko, ale skoro zwiad, to zwiad… Marsz okazuje się być daremny, nie bardzo jest jak się ustawić, poza tym za duża odległość od trzech zasypanych wcześniej miejsc. Wracam i zaczynam od Zmyłu. Jest tu trochę płycej, niż sądziłem, ale nadal uważam, że to świetne miejsce, może nawet bardziej na zmierzch.

Najpierw groch, potem pęczak, przez ponad kwadrans nic się nie dzieje. Kiedy już decyzja podjęta o zmianie miejsca, spławik nieoczekiwanie odjeżdża. Zacięcie, jest ryba, ale od razu spada. Dodatkowe 5-10 minut nie przynosi rezultatu, więc udaje się do Bramy. Oczywiście najpierw żółte. Mija kilkanaście sekund, spławik dostaje się w nurt i jakoś tak dziwnie zanurza; zacinam, ale nic nie ma. Zarzucam ponownie i zaczynam się zastawiać, czy to przed chwilą to było branie czy nie? Rozważania niemal natychmiast przerywa spokojny odjazd połączony z zanurzeniem spławika (w zasadzie identyczny jak trzy dni temu na pęczak). Zacinam delikatnie (ogranicza mnie „brama”), wędka wpół, ryba wybiera w miarę spokojnie kilka metrów żyłki i zaczyna murować. Pierwsza myśl, że może to jakiś gucio, co pomylił pęczak z grochem. Schodzę na dół ile się da, wyciągam wędkę też jak najdalej i próbuję mozolnie odzyskać żyłkę. Przeciwnik zachowuje się na szczęście bardzo spokojnie, podnosi się trochę do powierzchni i spostrzegam jednak wydłużony kształt – może to jazio? Za moment ukazuje się ogromny pysk, zatem to jednak grasant – półmetrowiec! Kiedy jest już bliżej, skracam sobie wędkę – bez tego byłbym zupełnie bez szans; oceniam, że jeden skład wystarczy. Kiedy kleń jest tuż przy podbieraku, zahaczam szczytówką o drzewo! Jakoś cudem udaje mi się gałązkę „złamać”, ale w międzyczasie ryba to wykorzystuje i ponownie odpływa na kilka metrów. Drugie podejście już udane i otwieram dzisiejszy rezultat.

Naturalnie zostawiam dołek i idę do Gałęzi, kilka metrów niżej. Na groch odnotowuję ze dwa szturchnięcia, zakładam pęczak. Niemal od razu błyskawiczny odjazd. Po zacięciu kleń podnosi się do powierzchni, pokazuje się elegancko (kilóweczka), robi młynek na pożegnanie i wypina się… Słaba skuteczność jak na razie: trzy ryby na wędce, jedna z nich na brzegu. Oczywiście daje im chwilę przerwy i zaczynam rundę numer dwa, czyli Zmył. Na haczyk zakładam groch, zarzucam i w myślach mówię sobie: pełna koncentracja, bo często bywa, że już w pierwszym rzucie… Rozmyślanie znowu przerywa odjazd, zacięcie i kleniak od razu (już bardziej standardowo) rozpędza się w stronę brzegu. Załączam zatem tryb siłowy, hamulec na granicę wytrzymałości, ale ryba dopływa do roślinek. Wszystko super widać, dzięki płyciźnie i świetnej przejrzystości wody. Tniemy kilka roślinek i grasant odpływa w końcu w nurt, gdzie zaczyna się uspokajać. Pierwsze podejście nieudane i jeszcze jeden zryw na środek rzeki. Drugie już skuteczne i zaczynam wyrównywać dzisiejsze rachunki – to już drugie ponad pół metra pięknej ryby dziś.

Jak się zapewne domyślacie, nawet nie próbuję zarzucać, tylko idę do Bramy. Tutaj nieoczekiwanie nawet na pęczak nic się nie dzieje, więc po kwadransie kończę rundę w Gałęzi. Groch moczy się mniej niż minutę i jest kolejny, konkretny odjazd. Ryba wygląda na nieco mniejszą, dopiero na brzegu widzę, że do pół metra mu brakuje, ale zupełnie niewiele.

Dociera w końcu do mnie, że dawno nie miałem takiej emocjonującej półtorej godzinki nad rzeką! Z przekory trochę zarzucam jeszcze raz (tak, wiem, to wbrew moim zasadom), groch chwilę się moczy i jest kolejne takie walnięcie, że wędka prawie zeskakuje z podpórki. Temu się udało; za chwilę jeszcze jedno branie i w końcu postanawiam rozpocząć… trzecią rundę. Podczas wychodzenia z miejscówki mała niespodzianka – w pewnym momencie noga zapada mi się do uda. Na szczęście łapię grunt, udaje mi się oswobodzić, ale wygląda, że się komuś wp… wprosiłem do mieszkania.

Niestety muszę uciąć rozpalone nadzieje czytelników na kolejne przygody tego dnia. Jakby nożem uciął, jakbym trafił nad zupełnie inną rzekę… Do końca dnia nie odnotowuję już żadnego kontaktu z rybą. Ani w moich trzech miejscach, ani w niedostępnym zakolu, ani nawet przy kanałku.

Dawno mi się nie zdarzyło, żeby z minuty na minutę rzeka wymarła! Ale pewnie dlatego to nasze hobby jest takie fajne.

 

Starcie nr 3

Wydarzenia z dnia poprzedniego spowodowały, że po kolejnych dwóch dniach przerwy znowu jestem w tym samym miejscu, znowu o czwartej, ale tym razem o świcie! W planach oczywiście moje trzy miejsca plus próba eksploracji odcinka poniżej Gałęzi. Zaczynam naturalnie na Zmyle.

Groch, pęczak. Potem Brama: groch, pęczak. Potem… oczywiście Gałąź: groch, pęczak. I to wszystko razy dwa… I zupełnie bez konkretnych efektów… Do odnotowania jedno branie na pęczak na Zmyle (może płotka, może coś większego?) oraz ataki drobnicy na groch w Bramie (?!). Do tego też trochę puknięć na pęczak, natomiast w Gałęzi zupełnie bez dotknięcia podczas pierwszej rundy; podczas drugiej ze dwa delikatne puknięcia.

Tak, jak miałem w planie idę eksplorować dalej, czyli w krzaki poniżej. Widzę, że stworzyła się niewielka wyspa, ale nie ma szans, żeby się na nią dostać, zresztą wygląda, że nurt jest tam bardzo silny, ale podejrzewam, że jak się wyspa skończy, to będzie fajne miejsce. Po chwili okazuje się, że miałem rację; wygląda bardzo obiecująco, jest kawał spokojnej wody, a tuż kawałek dalej silny prąd. Bardzo podobny układ nurtu to moich Kołków… Zasypuję miejscówkę i idę obejrzeć zakole. Tak jak podejrzewałem nic z tego – zakręt w prawo, więc super miejsca i owszem są, ale na drugim brzegu. Wracam zatem do jedynego znalezionego dołka.

Standardowa procedura, czyli groch, a potem pęczak. Niestety nic się nie dzieje, ale miejsce wygląda bardzo dobrze, nie jest szczególnie płytko, czego się początkowo obawiałem. Próbuję trochę niżej, jest kilka puknięć i jedno porządne branie, ale nic nie udaje się zaciąć. Zaczyna się robić późno, kombinuję jak zaalokować pozostały czas. Postanawiam skupić się na tym miejscu i dać jeszcze szansę Gałęzi, gdzie się w końcu udaję. Początkowo nic się nie dzieje, jestem trochę podłamany, ale próbuję ciut wyżej w trochę większym nurcie. Jest gwałtowne walnięcie, ale nawet nie zdążyłem chwycić wędki. Po chwili groch znowu w wodzie. Jest delikatne puknięcie, po czym wszystko luzuje się i spławik spływa; zacięcie, wędka się wygina i po wszystkim. Jestem coraz bardziej zawiedziony!

Ponownie wrzucam zestaw do wody. Mija kilkanaście sekund i ponownie dzikie walnięcie, jeszcze mocniejsze niż to sprzed trzech dni. Chwytam wędkę i jestem pewien, że już jest za późno, ale nieoczekiwanie jest ryba! Wygląda na spokojną, muruje do dna i powolutku przesuwa się w lewo, w stronę zatopionego drzewa. Jestem bezradny, wędka wygięta do granic wytrzymałości, ale po chwili mój przeciwnik zmienia zdanie i na szczęście powolutku spływa w dół rzeki, cały czas murując do dna. Dawno nie uświadczyłem takiej siły i spokoju! Przez jakieś dwie, trzy minuty w sumie nic się nie dzieje, nuda – stoję z wędką wyciągniętą ile się da do przodu, ryba praktycznie stoi w miejscu, trochę w lewo, trochę w prawo, nic poza tym… W końcu powolutku zaczyna spływać ku brzegowi i trochę w dół rzeki wyciągając żyłkę z kołowrotka. Patrzę na to widowisko nadal bezradnie i zastawiam się kiedy to się skończy. W tym momencie haczyk wyskakuje i jest już po wszystkim… Wspominałem już coś o naszym hobby? Ostatnie 20 minut przeznaczam w połowie na nowo odkryte miejsce oraz oczywiście na Gałąź, ale już się do końca nic się nie dzieje.

 

PS. Dopiero w drodze powrotnej do głowy przyszła mi do głowy pewna myśl – silny nurt, mocne branie, murowanie… a może to była barwenka? Oj, na pewno jeszcze tam wrócę – tym bardziej, że po drodze kilka miejsc widziałem, gdzie te-o-re-tycz-nie mogę rosnąć rudzielce – to też do sprawdzenia.

Ujście Bzury eksplorował: Sebastian Krzemień *Kwantyl*

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Sebastian to konie, a nie klenie ;-) . Widać w Bzurze przejęły rolę regulatora populacji białorybu, zwłaszcza w tej części rzeki. Jednym słowem wyjazdy bardzo udane! Gratulacje! Co do podejrzeń o tę zerwaną... nie wiem czy w Bzurze brzany mają warunki do bytowania, zwłaszcza te większe, ale całkiem możliwe, że to ją miałeś na kiju. Wcale niewykluczone, że był to też mega-kleń, albo pan karp na przykład... Może kiedyś jeszcze go spotkasz? W ogóle w tym miejscu jakaś fajniejsza (jak dla mnie) ta rzeka niż w Twoich okolicach. Ma potencjał!
Zdradź mi jeszcze co oznaczają rudzielce? Rydze? Przy tych opadach, nawet kurki wyglądają jak ze styropianu.
1. To, że brzany są, to wiem.
2. Jedną widziałem na własne oczy pomiędzy Łowiczem a Sochaczewem.
3. Znam nawet miejsce, gdzie są (2 miejsca znam); po pierwsze z opowiadań niejakiego Maćka J, po drugie kiedyś widziałem, a raczej słyszałem jak ktoś holuje w bystrzu i jak ten ktoś wrzeszczał do kompana po przebiegnięciu nastu metrów: "no nie utrzymałem jej, znowu..." (to też Łowicz-Sochaczew).
4. Tak, rydze...
5. Ze 2-3 coś chlapało bardziej jak szczupak, więc one też podejrzewam tam są...