Melduję się przy moście kilka minut przed czwartą. W planie oczywiście łowiska przelewowe oraz dalej, czyli okolice Ostrogi po obu stronach rzeki. Kołków nie biorę nawet pod uwagę, ale oczywiście zaglądam po chwili jak tam wygląda. Ponadmetrowe pokrzywy, wszystko jest wyjątkowo zarośnięte. Już podczas poprzedniej wizyty dostęp był dość utrudniony, ale teraz to w ogóle masakra. Jakbym się uparł, to mógłbym wejść na wyspę, ale po pierwsze są tam dwumetrowe trzciny, a po drugie w wodzie pewnie też roślin nie brakuje.

Zgodnie z rozpiską odpuszczam i idę w dół; po drodze wszędzie niesamowita ilość roślinności. Przy pozostałościach Starego Mostu nawet nie widać ścieżki, na szczęście wiem, którędy trzeba iść i po chwili jestem na pierwszej miejscówce. Równy rząd półtorametrowych pokrzyw. Jestem lekko podłamany, bo bardzo liczyłem na to miejsce – dość długo nie będzie zaglądać tutaj słońce, w czym upatrywałem spory potencjał… Wyjątkowo dziś maczety nie zabrałem, więc podpórką i nogami wycinam sobie dostęp do wody.

Po chwili jestem cały spocony, okazuje się, że jakoś da się ustawić, ale jak weźmie coś podbierakowego, to będzie spory kłopot, ale może jakoś się uda? Wrzucam trochę ziarenek i oczywiście na razie idę na przelew (po hałasie, który zrobiłem nie widzę sensu pozostania). Tutaj też wygląda tak, jakby nikt od dawna nie chadzał.

Najpierw żółte ziarno na haczyku, potem trzy mniejsze, ale nic się nie dzieje. Po kwadransie wracam do pracowicie utworzonej wcześniej dziury w krzaczorach. Na haczyku wieszam groch. Spławik znika pod wodą, zacinam, ale nie mam pewności czy to był atak – jakoś to bardzo dziwnie wyglądało, poczułem coś, ale raczej miękkiego. Kolejne minuty nie przynoszą efektu. Zmieniam na pęczak i są w końcu pierwsze puknięcia. Po kilku próbach udaje mi się upolować pierwszą rybę sezonu z Bzury – płoteczka coś koło 15 cm. Dopiero na brzegu widzę, że złowiona nielegalnie – najpierw wydaje się, że zapięta za bok, ale po bliższym zbadaniu okazuje się, że nawet jej nie ukłułem – pętelka wokół głowy i płetw piersiowych. To chyba pierwszy taki przypadek w mojej karierze…

Pora na kolejne miejscówki poniżej przelewu. Grzecznie zwijam całą wędkę oraz podbierak w celu przeprawy przez kolejny gąszcz. W planie oczywiście Ostroga z brzegu południowego oraz odkryte w ubiegłym roku miejsce, jeszcze poniżej Ostatniego. Zasypuję pierwszą upatrzoną miejscówkę i idę do najbardziej odległego miejsca, gdzie dopiero rozwijam od nowa sprzęt. Tutaj oczywiście też mnóstwo zielska – to tylko trzciny, ale znowu chwilę zajmuje mi, żeby uruchomić łowisko. Pamiętam, że kilka haczyków tu pourywałem, więc z pewnymi obawami próbuję powalczyć. Niestety, ale przez „ustawowe” 15 minut brak kontaktu, więc wracam nad Ostrogę.

Okazuje się, że tutaj mogę zejść do samej wody, na dół. Podejrzewam, że powrót może być dość utrudniony (prawie pionowa, trzymetrowa skarpa), ale zupełnie mnie to nie powstrzymuje. Jestem już na dole, ziarenka na haczyku. Scenariusz z poprzedniego miejsca okrutnie się powtarza – kwadrans zupełnie bezowocny. Dociera do mnie w końcu, że minęło coś około półtorej godziny, a tylko w jednym miejscu cokolwiek się działo. Nawet drobnica mnie nie atakuje. Zasypuję naturalnie drugi brzeg i już mi się robi słabo na myśl, że będę musiał sforsować miliard krzaków po drodze, żeby się tam dostać. Póki co najpierw trzeba się wywindować na górę… Najpierw na górę leci podbierak, potem podpórka oraz wędka. Z mniejszymi czy większymi kłopotami, przy pomocy chwytaków w postaci roślin/krzaków w końcu i sam wędkarz melduje się na szczycie.

Ponownie grzecznie składam całość sprzętu i obieram kierunek do najlepszego na tę chwilę miejsca. Widzę jakby bramę w zaroślach jakieś 100 metrów od brzegu, więc kieruję tam swoje kroki lekkim skosem, aby uniknąć wędrówki przez najgęstsze zarośla. Niestety, ale po dotarciu wygląda to słabo – rów z jeszcze większą plątaniną roślin i gałęzi. Wracam więc nad rzekę i przeprawiam się wydeptaną już delikatnie ścieżką. Po przejściu okazuje się, że to była dobra decyzja – nawet gdybym sforsował wrota w krzakach oddalone od brzegu – wpakowałbym się w pole rzepaku…

Próbuję zatem z nową nadzieją oczywiście na żółte ziarenko na start. Zaczyna się od jakichś dwóch dziwnych puknięć; sprawdzam na wszelki wypadek, ale przynęta nienaruszona. Nie dziwię się zresztą – dziś groch mam wyjątkowo twardy – no nie dogotowałem… Zestaw już w łowisku. Po chwili w końcu pierwszy odjazd, zacięcie, od razu jazgot kołowrotka, kleniak pokazuje się przy powierzchni (wygląda na kilóweczkę) już na środku rzeki po czym błyskawicznie skręca w dół i naturalnie do brzegu. Ja w tym czasie oczywiście nie próżnuję, chwytam lewą ręką podbierak, robię błyskawicznie (ale ostrożnie) dwa kroki do przodu, wyciągam się z wędką ile się da do przodu, dokręcam hamulec i próbuję wyciągać delikwenta z krzaków. Nawet nie widzę dokładnie w którym jest miejscu, bo pokrzywy skutecznie wszystko zasłaniają, ciągle czuję jednak, jak żyłka przeciąga się po krzakach, więc jeszcze nie wszystko stracone. W sumie tak trochę na siłę, w końcu udaje się i ryba wypływa w nurt. Teraz kleń jest już spokojny (zadziwiająco), więc przymierzam się jak go podebrać. Okazuje się, że jak uklęknę i pochylę, to podbieraka spokojnie wystarczy, więc po chwili walka skończona. Tak jak na pierwszy rzut oka wyglądało, to bojowy czterdziestak. Niestety aparat odmówił chwilowo ostrości, więc…

Widzę, że przy okazji zrobiło mi się coś, co już od wielu lat się nie zdarzyło, czyli haczyk razem z ołowiem w sposób niesamowity zaplątały się w podbierak. Na tyle niesamowity, że uznałem, że najłatwiej i najszybciej będzie zrobić restart… Oczywiście odpuszczam chwilowo i udaje się na Przelew. Ponownie cisza, oczywiście po kwadransie wracam do najlepszego miejsca, ale tutaj nieoczekiwanie nawet na pęczak nie odnotowuję aktywności. Na wszelki wypadek wrzucam trochę ziarenek i pod drugi brzeg – wygląda, że moje osławione miejsce naprzeciwko (Nowe) nie nadaje się już raczej do łowienia (jak rzeka potrafi się zmienić!), ale pewnie z przekory później spróbuję.

Ponownie procedura złożenia zestawu i rozpoczynam podróż na Ostrogę. Najpierw przeprawa, ale woda jest bardzo niska, więc przelew pokonuję dość sprawnie, ale powoli i ostrożnie, bo nurt naprawdę jest bardzo silny. Po sforsowaniu rzeki kolejne przeszkody w postaci krzaków. Nigdy tak wcześniej nie było. Próbuję przejść nad brzegiem – może zasypię też miejsce poniżej przelewu, gdzie w przeszłości miewałem sukcesy? Dżungla nieprawdopodobna.

Nie dochodzę do upatrzonego miejsca, wycofuję się w kierunki ścieżki/drogi, która… zniknęła. Zarosła w 100%. W końcu wydostaję się na trawę, rozważam czy uruchamiać upatrzoną miejscówkę, ale po chwili rezygnuję i obieram kurs w dół rzeki. Teraz pewnie będą najgorsze krzaki, ale… okazują się nie być takie straszne (nie gorsze niż te przed momentem), więc po chwili jestem już na miejscu docelowym.

Trochę jestem zawiedzony, bo niestety słońce zaczęło już i tutaj operować – sądziłem że będzie bardziej zacienione. Przedostatnie dziś rozwinięcie zestawu i standardowo najpierw groch. Cisza. Pęczak. To samo. Jest w końcu jakieś puknięcie, ale tylko jedno. Próbuję łowić na różnych wysokościach – tuż za przelewem, ciut niżej naprzeciwko mnie oraz zupełnie niżej, gdzie powstaje wsteczny nurt. Przez prawie pół godziny nic się nie dzieje. Z ciekawszych rzeczy odnotowuję spore stado jaskółek, które postanowiły zrobić sobie łazienkę z mojej miejscówki – chlapią przez chwilę niemiłosiernie…

Jestem strasznie zawiedziony, postanawiam w końcu dać im 5 ostatnich minut i zarzucam na najniższą pozycję. Zestaw elegancko widać w promieniach słońca – spławik i wygięta w balon żyłka. Na haczyku pęczak, po chwili żyłka luzuje się. Zacięcie, w pierwszym momencie ryba nie wygląda na dużą, ale mijają dwie sekundy i spełnia się czarny scenariusz – kleniak zaczyna się rozpędzać – naturalnie w dół rzeki i oczywiście w brzeg. Ja oczywiście już po zacięciu chwytam podbierak i próbuję biec za rybą po krzaczorach – z doświadczenia z tego miejsca wiem, że to jedyna szansa (podbierak + sprint) – kilka grasantów już mnie tu tak załatwiło… W sumie motyw podobny do tego sprzed mniej więcej godziny – ryba jest nie wiem gdzie, bo krzaki wszystko zasłaniają, ja wyciągnięty ile się da, hamulec dokręcony do granicy wytrzymałości żyłki. Przez moment wygląda, że kleń siedzi twardo w brzegu, ale po chwili czuję, że coś się ruszyło i ryba w końcu wypływa na powierzchnię i ponownie – zachowuje się bardzo spokojnie i stoi tuż pod powierzchnią wody. Dopiero teraz widzę, że to półmetrowiec… Reszta to już formalność, choć mam wielkie szczęście, bo tuż wyjęciu na brzeg, haczyk wyskakuje z pyska ryby…

Oczywiście daje im dodatkowe 15-20 minut, ale nic więcej nie chce się zameldować, zatem ponowna podróż przez chaszcze i jak wcześniej zaplanowałem, melduję się w Nowym. Trzciny ogromne, ale stosunkowo łatwo daje się wejść i sięgnąć wędką za ich granicę. Obawiam się zaczepów, ale jak wcześniej wspomniałem, powody sentymentalne przeważają i próbuję.

Spory nurt, ale okazuje się że nie notuję żadnej roślinki, niestety brania na żadne z ziarenek również. Zatem przeprawa i jestem już dokładnie naprzeciwko, z nadzieją na powtórkę co najmniej wydarzeń porannych. Jestem zawiedzony podwójnie – najpierw kiedy stwierdzam brak zacienienia (no późno się już zrobiło), a po chwili z powodu braku jakichkolwiek ataków.

Postanawiam zakończyć łowienie, ale w ostatniej chwili zmieniam jeszcze zdanie i daję szanse Przelewowi, który jest przecież tuż obok. Na groch cisza, po chwili jest puknięcie na pęczak. Za moment kolejne, w końcu udaje mi się zaciąć płotkę, która spada prawie natychmiast. Zarzucam ponownie zestaw bardzo blisko brzegu. Spławik znika, wędka wygina się, kołowrotek gra, chwytam wędkę i już jest po wszystkim – kleniak od razu wypina się… Taka niespodzianka na koniec. Sam nie mogę się zdecydować czy miła, czy wręcz przeciwnie. A Wy co myślicie?

Sebastian Krzemień *Kwantyl*

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Sebastian, ja myślę, że nie masz powodów do rozczarowania! Złowiłeś piękne grasanty. W takich warunkach to cud, że je podebrałeś. Tam chyba już nikt nie zagląda, bo to niemożliwe, żeby nie było nawet ścieżynki w tych krzaczorach? To dla wody raczej dobrze, warto będzie zajrzeć tam za jakiś czas.
Graty. :-)
No to połowiłeś, Super, że piszesz, bo dawno nikt nic nie skrobał, na naszym portalu. Dawno nie zaglądałem ostatnio, bo nie było na co popatrzeć czy poczytać. Może coś się odrodzi na naszym portalu. Pozdrawiam
Ted