Kilkakrotnie musiałem przekładać swoje rozpoczęcie sezonu. Ciągle coś stawało na przeszkodzie – praca, szkoła. Ta niedziela miała być nareszcie wolna. Plany mogła pokrzyżować tylko pogoda. A jak się skończyło? Przeczytajcie sami.

Budzę się o piątej rano. Wyglądam za okno. Chodniki mokre, ale już nie pada. Wracam z powrotem do łóżka, mam czas. Uderza zapach, zapach Kobiety. Gdyby ona była obok, to nie zastanawiałbym się, czy jechać na ryby. Człowiek tak pragnie ciepła, przytulania. Zwłaszcza, gdy za oknem pogoda tak jak widać i nie wiadomo, czy nad wodą będzie sucho i ciepło, czy może człowiek zmarznie i zmoknie jak pies.

Wyłażę z wyra o szóstej. Sprawdzam w Internecie wszystkie możliwe prognozy pogody. Podczas spaceru z psem zbieram z mokrych chodników i trawników czerwone robaki. Znajduję także kilka rosówek. Może przydadzą się i te przynęty. Po powrocie ze spaceru burza mózgów w domu. Jechać czy nie? Forsuję wyjazd, w końcu już tyle razy go przekładałem. Decyzja w końcu zapada – jedziemy. Teraz zastanawiam się, w co się ubrać - nie mogę się przeziębić. Pod wędkarskie gacie idzie dodatkowa para bielizny, a w buty wkładam wełniane wkładki. Na górę wciągnę polar i sweter. Jeszcze podprowadzam ojcu watowaną kamizelkę, którą kiedyś kupił w sklepie myśliwskim. W końcu na wierzch założę kurtkę. A na koniec jeszcze pakuję do torby szalik i czapkę, tak na wszelki wypadek. Zjemy tylko śniadanie, szybko znoszę wszystko do samochodu i ruszamy. Po drodze rodzice zostawiają mnie nad wodą, a sami jadą odwiedzić babciny dom.

Jak ja się cieszę - nareszcie jestem nad wodą. Nie odchodzę daleko, wybieram jedno z najbardziej uczęszczanych miejsc. Zaczynam od założenia kurtki, jest naprawdę chłodno. Następnie rozrabiam zanętę, zrobioną według własnego, sprawdzonego pomysłu. Rozkładam nowy podbierak ze sztywną ramą, mój gwiazdkowy prezent. Po chwili oba zestawy lokuję w łowisku. Łowię jak zawsze tutaj - feeder i gruntówka położona na elektronicznym sygnalizatorze. Na DS. zakładam jedno ziarenko kukurydzy, na drugi kij rosówkę z trzema białymi robakami. Za chwile sięgam po czapkę i szalik. Jak dobrze, że zabrałem je ze sobą. Oddadzą mi nieocenione usługi przez cały dzień. Ale co by się dziś tu nie zdarzyło – i tak będzie super!

Mniej więcej po pół godzinie mam pierwsze branie na feederka. Po krótkim holu mam na brzegu ślicznego żółciutkiego karpika. Waży nie więcej niż kilogram i jest pierwszą rybą sezonu! Za chwilę melduje się nieco większy, taki z 1,2 kg. Łowię na żyłkę 0,23 mm, z koszyczkiem na bocznym troku. Zawsze na komercyjnych karpiach taki zestaw sprawdza mi się najlepiej.

Pierwszy odjazd na rosówkę partaczę. Zajęty pisaniem sms-a spóźniam się z zacięciem. Mam nadzieję, że branie się powtórzy. Tymczasem łowię na feederka następnego karpika podobnej wielkości. A gdy zmieniłem przynętę na białe robaki, to na haku zameldował się niewielki karaś srebrzysty. W końcu mam kolejny odjazd na wędce z rosówką. Zacinam i czuję opór, większy niż przy poprzednich karpiach. Krótki, dość siłowy hol i po chwili wprowadzam około dwuipółkilogramowego golca do podbieraka. Piękny jest. Daję mu buzi i delikatnie wpuszczam go do wody. Po chwili kolejna rosówka ląduje w wodzie. Czekam na tego naprawdę dużego karpia.

Czas nad wodą mija mi bardzo przyjemnie. Choć zaczął padać deszcz i po założeniu peleryny nie mam ze sobą już nic, co nie zostałoby założone. Próbuję zjeść jedzenie przygotowane rano przez mamę. Jednak nie mam na to czasu. Co chwila mam jakieś branie na drgającej, trzeba przerzucić drugą wędkę, dołożyć zanęty, zmienić przynętę. Udaje mi się zjeść dwie kanapki i napić trochę ciepłej herbaty z termosu. Podeszła teraz drobna ryba. Co jakiś czas energicznymi potrząseniami szczytówki niewielkie karasie sygnalizują swoje zainteresowanie przynętą. W sumie przez cały dzień złowiłem chyba z sześć, czy siedem takich rybek.

Deszcz pada od rana z różnym natężeniem. Raz większy, raz mniejszy. Siedzę w pelerynie, a nogi w sportowym obuwiu chronię przed wodą osłaniając je cienką reklamówką. Swoją drogą musi to komicznie wyglądać. A tak naprawdę jest to bardzo dobry sposób. Teraz też cieszę się, że wybrałem to uczęszczane miejsce z wydeptaną trawą. Tam na drugim brzegu pewnie już dawno miałbym przemoczone nogi. Tutaj nic takiego mi nie grozi. Około godziny 14.30 przestaje padać deszcz i w końcu pojawia się nadzieja na przejaśnienia. Jednak wraz z deszczem ustają brania. Nawet mnie to cieszy. Mogę chwile posiedzieć w spokoju, pogapić się na otoczenie. Cieszy mnie widok trójki kilkulatków, którzy nieopodal mnie siedzą ze swoimi ojcami. Nie przeszkadza mi hałas, głośne rozmowy, pytania dzieciaków do ojców. Przecież kiedyś zachowywałem się tak samo jak oni. To mój ojciec uczył mnie ciszy nad wodą. A może kiedyś sam będę przychodził nad wodę z dzieciakami. Może wtedy też poszukam takiego miejsca jak to, gdzie będą mogli się wybawić, wciągnąć w wędkarstwo. Pod koniec dnia jeden z nich podejdzie na moje stanowisko i utniemy sobie fachową pogawędkę. Trzylatek mówi „taki alarm” na mojego Videotronica, czym mnie po prostu rozbraja.

Po jakimś czasie przezbrajam zestaw gruntówki. Nawlekam na żyłkę antysplątaniową rurkę własnego pomysłu, z obciążeniem 45 gram. Na haczyk nr 2 zakładam pięć dorodnych ziaren kukurydzy. Przy tej ciszy, bo wiatr ustał, musi to ładnie polecieć. I tak właśnie robię. Zestaw leci daleko. Tam jest głęboki rów idący przez cały staw. Po kilkunastu minutach odzywa się „alarm”, a szpula z dużą prędkością oddaje żyłkę. Dokręcam pokrętło i tnę. Od razu wiem, co się dzieje. Kij gnie się w łuk, ryba stoi w miejscu. Czuję silny, pulsujący opór, a po kilku sekundach kompletny luz. Zwijam luźną żyłkę. Strzeliła na wiązaniu krętlika. Myślę, że to moja wina. Może go niedokładnie zacisnąłem, albo coś innego było nie tak. Bo nie wierzę, by żyłka, na której na siłę wyciągałem dwuipółkilogramowego karpia z krzaków, nie wytrzymała sama z siebie w takiej sytuacji. Czuję żal. Spodziewałem się, że w tamtym miejscu może podejść coś większego.

Robię prosty zestaw z płaskim pięćdziesięciogramowym ciężarkiem i sprężyną zanętową. Osiągam tym podobne odległości. Po jakimś czasie mam na to karpika, śliczny jest. Odpinam kosz podbieraka od sztycy. Musze sprawdzić, jak będzie ważyło się rybę w ten sposób. Ważę w nim rybę, a potem sam kosz. Wychodzi, że karp waży 2,6 kg. Nawiasem mówiąc, nowy podbierak cieszy mnie bardzo. Jest praktyczny i sprawia naprawdę solidne wrażenie.

W międzyczasie mijają mnie brzegiem dwaj wracający wędkarze. Niosą w siatce najprawdziwszego jesiotra. Jak się okazało, łowisko zostało zarybione tą rybą w tym roku. Podobno wziął im przy brzegu, na kukurydzę. Do końca dnia rzucam feederka kilka metrów od brzegu, próbując zakładać na haczyk wszystkie posiadane przynęty. Jedynym efektem są dwa linki, z których większy ma może pół kilograma i mały karp.

Z rowu, na kukurydzę skusił się jeszcze jeden karp. Tym razem jest to karp pełnołuski. Choć ma tylko około dwóch kilogramów, wydaje mi się być ósmym cudem świata. Akurat wyszło na chwilę słońce i karp mieni się wszystkim barwami złota. Kładę go razem z większym linem na siatce podbieraka i robię jedyne tego dnia zdjęcie. Mam nadzieję, że wyjdzie ładna fotka.

Po godzinie siedemnastej powoli zaczynam zwijać sprzęt. Za chwilę przyjeżdżają po mnie rodzice. Na tylnym siedzeniu samochodu wita mnie trzydzieści kilka kilogramów psiej radości, a ja podczas trasy prawie usypiam. Wracam do domu upojony świeżym powietrzem, deszczem, wiatrem, wędkarskimi emocjami. Gdy pisze ten tekst w niedzielę wieczorem, oczy same zamykają się do snu.

Cieszę się z tego pierwszego wędkowania nowego sezonu. Złowiłem w sumie dziewięć karpi, a kilka spięło się w trakcie holu. Coś naprawdę dużego porwało mi żyłkę. Do tego miałem urozmaicenie w postaci kilku małych karasi i dwóch ślicznych linów. To był piękny dzień nad wodą. No i to dopiero pierwsza wyprawa, wszystko jeszcze przede mną.

Paweł Daniec *Anguiler*



Wybrane komentarze z poprzednich wersji portalu:

mk:
Fajna relacja, choc sam nie przepadam za lowiskami komercyjnymi i nie lowie ostatnio bialej ryby, to zaczynam sie zastanawiac czy moze w tym roku jednego czy dwuch wypadow nie poswiecic na *glizdowanie*. Z tym wezlem to miales pecha ale ja sie juz nie raz przekonalem ze nie tylko jakosc zylki jest istotna ale takze metalowych elementow do ktorych ja sie wiaze. Nie uzywam zadnych malowanych kretlikow bo od razu odpryski farby tna zylke. Po zawiazaniu wezla dodatkowo bawie sie nim i obracam go na drucie patrzac czy powierzchnia nie jest ostra. Kiedys pewien wedkarz polecil mi takze lakierowanie wezla - kropelka bezbarwnego, szybkoschnacego lakieru do paznokci i podobno pomaga (sam jednak tego nie stosowalem).
A, jeszcze jedno - ten jesiotr co go widziales nad stawem to na pewno sterlet albo jakas krzyzowka hodowlana jesiotrow ze Wschodniej Europy lub Azji. Prawdziwych naszych jesiotrow juz nie ma, w dodatku czas dojrzewania jesiotra zachodniego czy amerykanskiego ostronosego to jakies 15 do 20 lat, wiec i masowa komercyjna hodowla tych ryb nie ma sensu. Mozna sie o nia pokusic jedynie przy programach ochrony gatunku czy restytucji, ale na to potrzeba wiele pieniedzy i czasu. Pozdrawiam, mk.
Anguiler:
Dzięki Michał za pozytywny, miły komentarz. Musiałem żle zawiązać ten węzeł. Co do krętlika, to raczej jest dobrej jakości. Na karpie używam tylko łożyskowanych kręlików VMC i jeszcze nigdy nie było z nimi żadnego problemu.
Ta ryba to chyba nie był sterlet, bo nawet gość z obsługi mówił jesiotr. Więc to pewnie taka krzyżówka jak mówisz. Nawiasem mówiąc - czy taka krzyżówka przyjęła by sie np. w Wiśle? Pozdrawiam - Paweł
mk:
Sterlet to gatunek jesiotrowatych rosnie tylko szybciej i jest mniejszy od jesiotra ktory kiedys u nas plywal, ale wyglada prawie identycznie i dla tego, dla uproszczenia wszedzie u nas nazywa sie go jesiotrem. Sterlety krzyzyuje sie takze z innymi pokrewnymi gatunkami aby otrzymac hybrydy hodowlane. Tak wiec, na pewno to co widziales i to co mozna kupic w sklepach rybnych a nawet akwarystycznych do oczek, czy zamowic w knajpie do jedzenia, to ktoras z takich krzyzowek badz sam sterlet. Jesli chodzi o wypuszczanie takich ryb do naszego srodowiska - do wod otwartych jest to zakazane prawnie a i nie mialo by wiekszego sensu gdyz obecnie planowany jest program odtworzenia jesiotra w Polsce, wiec po co wprowadzac cos innego, podobnego, co jeszcze moze sie w przyszlosci skrzyzowac z restytuowanym jesiotrem w naszych wodach i dac np. bezplodne potomstwo? Co innego urozmaicenie bezodplywowego lowiska komercyjnego - fajna sprawa bo i ryba *dziwnie wyglad*, jest smaczna i bardzo waleczna.
Jesli chodzi o sam fakt czy ryby te moga u nas zyc - jak moga na stawach to i gdzie indziej. Z reszta czasami w rzekach mozna zlowic sterlety - wlasnie ucikinierow z hodowli. Jako ciekawostke podam ze Niemcy w XIX wieku wprowadzili sprowadzone z Rosji sterlety do rzek pomorskich i przez kilkadziesiat lat sie tam nawet rozmnazaly (podobno, na ile wydajnie to juz chyba nie do ustalenia) ale w koncu je szlag trafil (moze i dobrze). Cierpliwosci, moze doczekamy czasow (gdzies kolo emerytury albo nawet pozniej) ze bedzie mozna powiedziec ze *jesiotr wrocil* tak jak mowi sie obecnie o lososiu - teoretyczne wyliczenia wskazuja ze aby odtworzyc jesiotra potrzeba ok. 50 lat, zakladajac poprawe srodowiska, udroznienie rzek, odtwarzanie tarlisk no i oczywiscie ciagla kontynuacje zarybien).
Z jesiotrem jest jeszcze jeden problem - dane archeologiczne i analizy molekularne (DNA) zachowanych szczatkow jesiotrow ze zlewni Baltyku wskazuja ze jesiotr zachodni (Acipenser sturio) ok. 1000 lat temu zostal wyparty przez jesiotra ostronosego (amyrkanskiego, Acipenser oxyrynchus) - tak podobnego do zachodniego ze tylko wyjatkowy fachowiec je rozroznia (np. wiele szczatkow muzealnych opisywanych kiedys przez ichtiologow jest blednie zakfalifikowana!). Tak wiec obecnie decydowane jest ktory gatunek u nas odtworzyc - w przypadku ostornosego jest o wiele latwiej o material zarybieniowy gdyz jeszcze w nie najgorszej kondycji zostal zachowany w Ameryce Pn., a jesiotra zachodniego znane sa tylko 2 populacje: we Francji i Gruzji, lacznie razem moze kilkaset doroslych osobnikow. Po za tym sa czynniki bilogiczne przemawiajace za amerykanskim - trze sie w temperaturze kilka stopni nizszej niz zachodni wiec w naszych chlodniejszych wodach mialby lepsze warunki. Przypomne jesze ze ok ok 1000 lat temu mielismy geologicznie potwierdzone male ochlodzenie klimatu na półkuli północnej (niektorzy nazywaja to nawet mala epoka lodowcowa) co tez moglo sie przyczynic ze jesiotry ktore *przeplynely przez ocan* wyparly w naturalny sposob z wod Baltyku j. zachodniego. W zeszlym roku byla o tych rzeczach wzmianka na WCWI w zwiazku z praca niemieckich naukowcow w najbardziej prestizowym pismie naukowym - w Nature, (glownym autorem byl gosc o nazwisku Ludwig).
No i ostatecznie Polska jest zobligowana prawem miedzynarodowym (m.in. ustaleniami komisji HELCOM, komisji wod baltyku) chronic i restytuowac gatunki na wymarciu w Europie.
Uff, ale sie znowu o tych rybach rozpisalem... Pozdrawiam, mk.

A jeszcze jedno - jak by ktos krecil nosem po co nam jesiotr - te ustylenia miedzynarodowe mowia bezposrednio o jesiotrze wiec i tak powinnismy ten gatunek u nas odtworzyc. Oczywiscie mozna zawsze powiedziec ze jak *madre glowy* na jakiejs konferencji cos wymyslily to nie musi byc madre - akurat w tym przypadku wole zeby pieniadze szly na praca nad jesiotrami niz na zarybianie karpiem. Karp sie sam obroni, inne gatunki maja dopiero przechlapane w naszych wodach. Pozdrawiam jeszcze raz, mk.
Anguiler:
Dziękuję, że tak ładnie mi to wszystko wyjaśniłeś :)
Odtworzenie populacji jesiotra byłoby czymś niesamowitym. Ta ryba wygląda jak z czasów prehistorycznych. Co do tej ryby w komercji, to masz rację - jest idelanym uatrakcyjnienem łowiska. A po jej budowie wydaje się być bardzo waleczna. Dzięki i pozdrawiam!
P.S. Ale Ty kochasz tego karpia ;)))
mk:
Z wygladem masz dokladnie racje - jesiotry sa bardzo stare ewolucyjnie, duzo starsze od wiekszosci obecnych ryb, maja plytki kostne podobnie jak wymarle ryby pancerne (a nie luski) do tego sa chrzestnoszkieletowe jak rekiny. Faktycznie cudowny relikt przeszlosci.

A karpia faktycznie kocham, uwielbiam ... ale tylko wedzonego na goraco, jeszcze cieplego, pod dobrze zmrozony wysokoprocentowy trunek. Wtedy to naprawde cudowna ryba, wole ja taka nawet od lososia czy sielawy ;))))))))
RomanS:
Wspaniały reportaż, tylko jedno ale... Wszystko byłoby dobrze, gdyby te wspaniałe emocje pochodziły z tzw. normalnej wody, ale gdzie ją teraz znależć? Niestety komercja jest komercją i przykre jest, że aby coś takiego przeżyć musimy się wybrać do akwarium.
Mepsik:
W niedzielę też chciałem jechać na ryby. Budzik zadzwonił o 4.45. Opuściłem łóżko, a w nim śpiącą żonę i w kwadrans byłem gotowy do drogi. Zabrałem wędkarskie klamoty i wyszedłem z domu. Niestety lało tak, że pomimo sztormiaka, podgumowanych spodni i kaloszy zrezygnowałem. Za dziesięć minut już smacznie spałem.
A swoją drogą - Czy w Warszawie jest jeszcze zima. Ja tak jak Ty ubieram się w styczniu na lód ;-)
Pozdrawiam!
PaKa:
Mi już przeszło łapanie karpi na stawach, ale muszę przyznać, że nawet takie "sztucznie pędzone" potrafią nieźle podnieść poziom adrenaliny i "podładować baterie" :)))))
A powiedz mi, jak zbierałeś na spacerze z psem te robaki, to gdzie je chowałeś, do kieszeni??? :)))
Pamiętam jak też kiedyś ganiałam wieczorem po parku za rosówkami:), całkiem dorodne były.
Korsarz:
Gratuluję udanego i obfitujacego w emocje wędkarskie dnia. Zazdroszczę, bo ja muszę poczekać z otwarciem sezonu jeszcze 2 tygodnie. Może w ciagu weekendu majowego uda mi się na 1 dzień wybrać nad Wisłę. Pozdrawiam. Korsarz
pelusa:
To wprost niebywałe jak karp potrafi Mężczyźnie zakrecić w głowie. Zaskakujące-bo ani nie ma ponętnych kształtów, nie wysłucha gdy coś Pana trapi i nie nawet nie cechuje go wierność-z racji swej obślizgłości dość trudno trzymać go w garści ;) Zatem wszystkie znaki na niebie i ziemii mówią Facetowi-wywal go-po coś to złapał. A tu nieee-nic bardziej mylnego-ryba staje się hitem sezonu-a przynajmniej dnia ;) Roztrzepana głowa kobiety nigdy do końca tego nie zrozumie, moja już na pewno ;) No coż wypada zaakceptować, co oficjalnie robię :)
PaKa:
Wiesz, karp, jak i inne ryby, nie tylko mężczyźnie potrafi namieszać w głowie, pomimo, że nie ma ponętnych kształtów, nawet patrząc pod damskim kątem. No cóż, jak się złapie tego bakcyla, to już tak jest, nawet w głowie kobiety, i rzeczywiście, najlepiej to zaakceptować:)))))
Pozdrawiam, PaKa
Anguiler:
Przyznaję, karpie już dawno nieżle zakręciły mi w głowie. Jednak to nie one najbardziej i wiesz co mam na myśli ;) A masz rację - pozostaje tylko zaakceptować i trzymam Cię za słowo ;)
A następnego brzuchatego misiaka z Halinowa Ty wyciągasz. Mam nadzieję, że poczujesz na drugim końcu żyłki żywy, pulsujący ciężar. Poczujesz każdy zryw mieśni i ruchy płetw. A potem radość i satysfakcję. To jest prawdziwe i piękne. Ja natomiast podstawię podbierak w odpowiednim momencie i pstryknę pamiątkowe zdjęcie :)
P.S. Już czuję smak tych kiełbasek z grilla stojącego obok wędek ;)
stefiman:
Gratuluję Anguiler ! Ty to masz dobrze , nie dość , że mama zrobiła ci kanapki to jeszcze zawieźli i przywieźli. Szkoda , że ta lokomotywa ci się zerwała...a swoją drogą 0,23 to nie za cienko ? Ja tam daję 0,30 i nie zauważyłem aby karpiom to przeszkadzało. Pytałeś o glębokość łowiska gdzie łowiłem...więc jest średnio od 1,3-do 1,8 m głębokości.
Pzdr...Stefiman
P.S. Dzisiaj kupiłem sobie roler, dobrą procę i kilka składników do wyrobu kulek...czas zapolować na jakiegoś porządnego misiaczka!

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy