Czyż może być dla zatwardziałego moczykija lepszy sposób na sprawienie sobie tego własnego święta, jak nie na łonie przyrody, nad ukochaną Wilią, z wędką w garści i do tego w towarzystwie przyjaciela Estrada? Tego ostatniego (o dziwo!) długo namawiać nie trzeba było…

Sobota, 29 marca. „Normalnie” o tej porze jeszcze częstokroć i Wilia stała skuta lodem, ale ta zima była jakaś taka bezcharakterna i już od dawna naszych strumieni Rodzica toczyła swe wody na wolnym lufcie. Poranek wydał się mroźny, ale niesamowicie kolorystyczny, szczególnie podczas wschodzącego solejczyka. Póki ja rychtuję zagrychę dla rybek, Estrad, jak kot z pęcherzem, lata ze statywem i psztrykadłem za widoczkami i natrętnymi kaczorami, które już wywęszyły wyżerkę.

Rutynowe czynności: zanęcanie, zbrojenie kijaszków i pierwsze przepływy „bolońskie”. Efekty na razie zerowe, zatem pora na małe „co nieco”. Tym bardziej, że Estrad właśnie przypomniał sobie o przyczynie tego wypadu i leci z życzeniami i prezentem. No to ja w odwecie odpalam „Szwedkę” i szkło z marynatami (made in Irena Estradowa)!

Sursum corda i łowimy dalej… Jednak brań nadal brak. Idę ciut w górę, do pobliskiej zatoczki i o dziwo łowię na pinkę kilka uklejek i płotek. Przenosimy cały nasz majdan na nowe miejsce i cieszymy oko rzadkimi, ale jednak – pierwszymi, wiosennymi braniami.

Solejczyk coraz mocniej przygrzewa, a ja na prawach gospodarza imprezy odpalam ognisko i przystępujemy do ceremoniału grillowania. Dym z ogniska, odgłosy ptaków, plusk wody, cieszące oko widoczki, a także coś nie tylko dla duszy… Czegóż więcej potrzeba dla dwóch facetów po 50-tce? Chyba tylko kolejnej „50-tki” za zdrówko!

PS. Wybaczcie, że te nasze - pożal się Boże - reportaże są z roku na rok takie same i nudne jak flaki z olejem. Chyba to za sprawą tego naszego szarego życia…

Skrobał - Kliwo
Pstrykał - Estrad
Wilia Niemenczyn

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy