Od samego początku wyglądało to źle. To znaczy na samym początku aż tak bardzo się nie przejmowałem, bo niby dlaczego 5-6 dni wcześniej umieją tak świetnie przewidzieć pogodę: od wtorku do piątku - słońce, w sobotę - deszcz, w niedzielę - słońce. Jak łatwo się domyślić wyjazd miał nastąpić w sobotę, a z każdym kolejnym dniem prognoza była taka sama, czyli tylko i wyłącznie w sobotę miało padać…

W piątek wieczorem prognoza zakładała opady przelotne. W sobotę rano słońce, a pogodny prezenter zapowiedział nadejście później przelotnych opadów, więc przekonał mnie, że jednak można jechać. Sam się zastanawiam, czy rzeczywiście tak mówił, czy to było „słuchanie życzeniowe”.

Wyjechałem jakoś koło godz. 13, było gorąco, słonecznie. W połowie trasy horyzont tu i ówdzie zaczął przyjmować niepokojąco ciemniejsze kolory. Na początku tak mało groźnie, ale z każdym kilometrem kolor zmierzał niebezpiecznie ku grafitowemu. Jak zjeżdżałem z autostrady lało tak, że było siwo, ale jak już dojechałem do mostu, to nie było tak źle, tzn. pełne zachmurzenie, ale z optymizmem, że już nie popada.

Szybkie przebieranko w wodery i schodzę na dół. Po dojściu do Kołków już wszystko mam w sumie mokre, tzn. od woderów w górę… Gapię się na wodę, wygląda beznadziejnie, tzn. tam, gdzie zawsze ustawiałem spławik, niestety podwodne pejsy – mam wrażenie, że niestety z roku na rok z Bzurą jest gorzej pod tym względem. Z mojej ulubionej pozycji łowić się w sumie nie da, więc włażę na wyspę, choć podejrzewam, że tam będzie tak samo. Po chwili pęczaki już się moczą, ale jest tak jak przypuszczałem, więc kieruję się w stronę Przelewu. Deszczyk pojawia się i znika, na razie natężenie do zniesienia…

Po dotarciu w kolejne miejsce, oprócz tego, że jestem jeszcze bardziej mokry, to cały przyprószony jakimiś roślinkami pozbieranymi po drodze. Najpierw oglądam miejsce przy Starym Moście. Teraz widzę, że wrażenie, które miałem na samym początku przy Kołkach potwierdza się – woda jest wyjątkowo czysta, widzę dno. Trochę mnie to niepokoi, ale zaraz widzę pierwszego grasanta, taką kilóweczkę. Wycofuję się po cichu, wrzucam trochę ziarenek i idę zasypać Przelew. Tam widzę, że woda jest jednak bardzo niska. Wracam po chwili, jeszcze ostrożny rzut oka w wodę (no nie mogłem się powstrzymać) przez krzaki – zauważam jednego ciut mniejszego i dwa zupełnie nieduże. Jeszcze kolejny rzut oka na możliwości ewentualnego podbierania – nie wygląda to najlepiej, ale stwierdzam, że będę się martwił później…

Groch już w wodzie, ale przez kwadrans nic się nie dzieje, na pęczak również. Zasypuję jeszcze Nowe po drugiej stronie i maszeruję na Przelew. W końcu mogę na chwilę usiąść na czterech literach. Znowu zaczyna kropić. Ryby odmawiają współpracy, nawet na pęczak – to już jest niepokojące, że na Przelewie nie ma płotek. Chwila namysłu, czy najpierw przeprawa na drugi brzeg, czyli Nowe, czy może Ostroga od strony mojego brzegu – ostatecznie decyduję się na to drugie.

Nauczony doświadczeniem przy przeprawie przez gęstwinę skracam sobie wędkę o dwa składy, po chwili jestem już za krzaczorami. Wykorzystuję czystość wody i próbuję podejrzeć cokolwiek na prostce powyżej Ostrogi – wiele razy już tu widywałem grasanty, ale mimo świetnej widoczności (świetnej nawet mimo braku słońca) nie zauważam nawet pół płetwy czegokolwiek… Jestem na miejscu, zasypuję; za chwilę jeszcze jedno miejsce ciut niżej, które w sumie można podpiąć do Ostrogi – wygodnie schodzi się na dół – widać, że ktoś tu próbuje sił. Idę rzucić okiem jeszcze niżej – może na tej niskiej wodzie coś chociaż podejrzę? Mijam Ostatnie, które ostatnimi laty nie bardzo już nadaje się do łowienia, jeszcze jeden dołek, gdzie dopiero w ubiegłym roku po raz pierwszy drobnica się zameldowała. Już prawie mam wracać, ale jeszcze kawałek i znajduję całkiem fajne miejsce – po lewej trochę wypłycenia, woda przyśpiesza, potem dwa nieduże kraczki, pomiędzy którymi jest nurt. Gapię się, że może da się utrzymać zestaw za tym pierwszym, na środku rzeki. Rzucam trochę pęczaku, pokazuje się coś w wodzie (błysk), raczej nic dużego, ale też i niemałego, ale… no zobaczymy.

Jestem już na Ostrodze, deszczyk znowu zaczyna padać, nawet ciut mocniej, ale po chwili odpuszcza. Ile to dzisiaj razy będzie ten scenariusz? Niestety brak kontaktu z rybami. Sprawdzam to miejsce (wygodne) poniżej. Kolejne, gdzie można ustawić stołeczek – już mi nawet nie przeszkadza, że jest całkiem mokry.

W końcu kilka puknięć, ale nic co by się nadawało do zacięcia. Trochę zrezygnowany udaję się na to nowo odkryte miejsce. Deszczyk nasila się. Próbuję oczywiście najpierw z środka rzeki – od razu zaczep – wiązanie w deszczu. Nic dzisiaj nie idzie… Po skompletowaniu zestawu próbuję zarzucić za drugi krzaczek, poniżej, deszczyk chwilowo odpuszcza.

Spławik jakby zaczął drżeć. Patrzę z niedowierzaniem, ale wszystko się luzuje. Zacięcie, woda wokoło tryska drobnicą i jest najprawdziwszy gucio. Na pierwszy rzut oka wydaje się raczej z tych mniejszych, ale jak cofam się po podbierak, to ryba dostaje animuszu i uruchamia nawet hamulec. Po chwili koniec walki.

Rozmiar jednak klasyczny. Nachlapał, musiałem zejść na dół, żeby go podebrać, więc nawet nie próbuję zarzucać ponownie, tylko wycofuję się do Ostrogi. Tam znowu jakieś jedno, dwa puknięcia, więc po kwadransie wracam do dziś najlepszego miejsca. Mimo wielkich nadziei niestety przez kolejny kwadrans z okładem nie odnotowuję choćby najmniejszego puknięcia. Wracam zatem do Starego Mostu. Oczywiście najpierw obserwacja – nic nie widać… Groch na haczyk i ognia. Mija kilka sekund i wszystko się luzuje, zacięcie, wędka się wygina, kleniak nabiera błyskawicznie rozpędu, płynie z nurtem, wyskakuje z metr nad wodę (kilóweczka) i wypina się…

Następna próba, deszczyk znowu się zaczyna, niestety kolejnego brania nie ma, a opad zaczyna być coraz bardziej upierdliwy. Postanawiam w końcu schować się pod drzewo. Po jakimś kwadransie wygląda na to, że potrzebuję jednak większego drzewa… Przebiegam w okolice Przelewu, tutaj jest dużo lepiej, ale niebo wygląda coraz gorzej. Po jakichś dwóch kwadransach znowu zaczyna robić się trochę lepiej. Jeszcze kilka chwil i decyduje się wrócić.

Groch w wodzie. Mija może z 5 minut i znowu zaczyna siąpić mocniej. Znowu się chowam… Decyduje się w końcu na ewakuację do samochodu, spróbuję się osuszyć i albo przestanie, albo trzeba będzie spasować. Leje coraz mocniej – wybrałem chyba najgorszy moment na podróż. Podsycham w aucie, czekam kilkanaście minut, ale wygląda to beznadziejnie. Jest jeden moment, że prawie przestaje, ale za chwilę znowu i znowu… Trzeba odpuścić niestety. Po drodze do domu widzę, że te moje deszczyki, które przeżyłem nad wodą to pikuś – w końcu dobra decyzja na koniec…

Sebastian Krzemień *Kwantyl*

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Te walczące klenie widać mają takie sztuczki wpisane w życiorys. Opublikowałem właśnie reportaż Krzyśka i tam też opisywał ich determinację. Inna sprawa, że w małej (wąskiej) rzeczce chyba każda większa ryba potrafi zdemolować zestaw. W sumie fajna wyprawa, szkoda, że pogoda była mocno niepewna, ale to zdaje się zaczyna być normą obecnych letnich wypraw.