Kiedy dowiedziałem się, że wyjazd służbowy zaplanowany został do Łasku, czyli w stosunkowo sporej odległości od Warszawy (kiedy to poprzednie nie przekraczały raczej 50 km), nie byłem szczególnie zadowolony. Moje nastawienie zmieniło się, gdy doprecyzowano, że będą dwa noclegi, co z kolei oznaczało, że wyjazd miał nastąpić w środę po pracy, a ta informacja była już kluczowa, ponieważ „prawie” po drodze wypadała Bzura. Prognozy zacząłem śledzić tak od niedzieli i wszystkie były w zasadzie tragiczne: ochłodzenie, fronty, a im bliżej środy, tym więcej wspominano o opadach ciągłych. Niewielkim optymizmem powiało bodajże we wtorek, kiedy to zapowiedziano, że najgorzej będzie na południu, ale i tak miało być niby więcej deszczu niż mniej… Tak czy owak ugotowałem małe oraz duże ziarenka i w środę spoglądałem przez okno kiedy to zapowiadane załamanie pogody nadejdzie.

Start tuż przed 14, do trasy S2 z pracy mam dosłownie kawałek, więc po 10 minutach jestem już pełną parą w drodze. Zachmurzenie duże, ale nie pada. Po drodze łapie mnie tylko jeden, przelotny, dziesięciominutowy deszczyk. Najpierw jadę jeszcze do Piątku zawieźć kilka pakunków oraz zabrać kilka pakunków no i oczywiście część sprzętu, który poprzednio zostawiłem. Załatwiam biegiem wszystko w niecały kwadrans (w tym szybkie ciacho z herbatą) i startuję. Jeden zakręt, drugi zakręt, wyjeżdżam już prawie na trasę… Stop! Powrót po stołeczek i podbierak. Teraz już wszystko i kilka minut po wpół do czwartej melduję się przy moście. Rozglądam się we wszystkich kierunkach (co i tak już robiłem przez całą drogę) i stwierdzam że nic groźnego na niebie w zasięgu wzroku się nie znajduje. Wygląda zatem, że o ile nic się nie schrzani, to mam przed sobą jakieś 5 godzin łowienia… Przebieranie i już po 5 minutach zaczynam w Kołeczkach.

Po dobrym kwadransie maszeruję już dalej, w kierunku Przelewu. Po drodze zasypuję Główne (oczywiście bardziej z sentymentu) oraz Głębokie (powiedzmy, że z mniejszego sentymentu). Przy Starym Moście łowić się nie da, więc atakuję tylko Przelew. Tutaj też niestety bez żadnego kontaktu. Skoro jest sporo czasu, to postanawiam jeszcze sprawdzić Ostatnie i ewentualnie dołek naprzeciwko Ostrogi. Maszeruję więc najpierw przez metrowe pokrzywy, a następnie przez nieco niższą trawę. Po dotarciu na miejsce pot ze mnie spływa ciurkiem. Okazuje się, że w obu miejscach z łowienia nici: w Ostatnim leży zwalone drzewo, a w drugim wytypowanym miejscu nurt rwie jak oszalały. W związku z powyższym wracam bliżej mostu i sprawdzam Głębokie. O dziwo jest kilka delikatnych puknięć i jedno (chyba) branie, które kończy się zaparkowaniem w zaczepie. Albo brał gucio i minięte zacięcie wylądowało w krzakach, albo krzaczek udał branie. Tego się już nie dowiem… Wracam do Kołeczków, a następnie jeszcze sprawdzam niby-dołek, który powstał pomiędzy moim najlepszym miejscem, a mostem. Tak jak podejrzewałem, to tylko niby – nurt rwie, od razu urywam też haczyk (już chyba z siódmy dzisiaj…). Oglądam po raz kolejny niebo. Jest spora brzydka chmura trochę na południe, ale mam wrażenie, że raczej wszystko stoi i decyduję się na brzeg północny. Minęły już prawie dwie godziny, a na razie w sumie wielka lipa… Kieruję się naturalnie do Nowego, które już wcześniej, podczas mojej wędrówki drugim brzegiem, zostało zasypane; jestem po niecałych 10 minutach.

W roku ubiegłym i jeszcze poprzednim to było kluczowe miejsce, czy i tak będzie tym razem? Zaczynam oczywiście na groch. Mija kilkanaście sekund i jest pierwsze branie, ale niestety niezacięte. Druga próba, znowu niecała minuta i bombka spokojnie pruje powierzchnię wody. Tym razem jest ryba, wędka wygina się, uruchamia się hamulec na jakieś dwa bzyki i kleń (no bo niby co innego?) wypina się. Trzecia próba jest stosunkowo podobna: kilkanaście sekund, branie i puste zacięcie. Czwartej niestety już nie ma, więc zakładam w końcu mniejsze ziarenka. Po chwili spławik powolutku, drgając, odpływa na wodę. Zacięcie i ryba dość powoli, ale stanowczo odpływa lekko z nurtem, wysnuwając ze 2-3 metry żyłki. Od razu wykluczam klenia – zbyt spokojnie to się odbywa. Staram się trzymać wędkę jak tylko mogę najwyżej, bo sporo podwodnych trzcin raczej pomaga mojemu przeciwnikowi, a nie mnie, ale ryba za nic nie daje się podciągnąć do góry. W myślach obstawiam raczej kolegę Johna, ale w końcu na powierzchni pojawia się duży, złocistobrunatny kształt. A więc jednak gucio, z tych bardziej walecznych. Stosunkowo szybki nurt nie ułatwia mi zadania, ale powolutku odzyskuję kolejne metry żyłki. Gucio kilkukrotnie nurkuje w trzciny, ale na szczęście nie udaje mu się zrobić nic złego. Kiedy jest już całkiem blisko widzę, że to piegus i że jak się uda to chyba będzie rekord… Kiedy już dotyka podbieraka, robi jeszcze ostatni odjazd i po kolejnej minucie kapituluje.

Nie jestem w stanie go objąć paluchami od góry, więc to chyba rzeczywiście jest rekord – moja ręczna miara wskazuje na coś pomiędzy 55-60 cm. Chyba, bo dawno temu, jeszcze kiedy Główne przeżywało lata świetności, też takiego trafiłem, ale chyba ten jest ciut większy, w każdym razie na pewno zapamiętam go lepiej – przede wszystkim z powodu bolącej ręki. Gucio odpływa, ja próbuję wypłukać podbierak i dopiero uświadamiam sobie, że to moja największa ryba z Bzury… Całkiem niezły początek 11. sezonu (to tak jakby ktoś jeszcze nie rozszyfrował tytułu relacji). Odpuszczam łowisko i sprawdzam co się dzieje na Przelewie.

Ani tutaj, ani poniżej, gdzie w zasadzie „zawsze” coś się działo nie ma żadnego kontaktu. Dociera do mnie w końcu, że oprócz jednego miejsca nic się kompletnie nie dzieje. Wracam więc do Nowego i próbuję najpierw na groch, a potem na pęczak, ale bez żadnych efektów. Próbuję jeszcze w samym środku Starego Mostu, ale tu też lipa. Sprawdzam w końcu ostatni dołek powyżej, na który zawsze narzekam i w którym mimo wszystko zawsze próbuję szczęścia.

Zaczynam się zastanawiać jak zagospodarować pozostały czas – czy jeszcze pomęczyć trochę Nowe, czy może dać szansę Przelewowi, czy jednak wrócić do Kołków, ewentualnie na Głębokie? Tymczasem są jakieś puknięcia. Przysuwam zestaw bliziutko brzegu, jest kolejna próba ataku, po czym spławik zostaje wessany z wielką siłą pod wodę, wędka wygina się, zanim zdążam ją chwycić. Jestem pewien, że mam rybę, ale z wody wyskakuje komplet, tzn. pęczaki na haczyku (ściśle: dwie sztuki z trzech). Do głowy przychodzą mi aż cztery rozwiązania: branie, ryba po żyłce oraz dwa bardziej abstrakcyjne – bóbr oraz szczupak, który zaatakował delikwenta gustującego w pęczaku. W każdym razie kolejne próby nie przynoszą żadnych efektów, aczkolwiek notuję jeszcze ze dwa porządne puknięcia. Robię jeszcze szybki przemarsz przez wszystkie miejscówki na brzegu północnym, ale nic się nie melduje. Wracam więc do Kołków, sprawdzam również Głębokie oraz Główne.

Walkę kończę kilka minut po dwudziestej w Kołeczkach, w których to przez cały dzień nie miałem najmniejszego puknięcia. W MoichKołeczkach… Bez brania… Co za czasy!

Sebastian Krzemień *Kwantyl*

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy