p>W piątek umawiamy się z Argrabim i Jajem na szybki sobotni wypad nad Narew w Janówku. O wpół do piątej melduję się u Jaja, jedziemy po Argrabiego i po godzinie jesteśmy nad rzeką. Ehhh... chyba nie ma nic piękniejszego niż narwiańskie łęgi o świcie! Obserwujemy zaćmienie słońca zastanawiając się, jak to zjawisko wpłynie na żerowanie ryb... Po chwili zaczynamy łowienie. Argrabi testuje nowy nabytek (spin + kręcioł), po chwili wędka traci cnotę. Na woblerka połakomił się... najprawdziwszy piskorz :). Jaj pomaszerował na najdalszą wolną główkę, ja zajmuję miejsce na szczycie najbliższej ostrogi. Przeprowadzam woblerka warkoczem przez przelew.

Po kilku rzutach łowię 20-cm okonka. Obok mnie woda się gotuje od intensywnie żerujących kleni. Niestety, olewają mnie i moje woblerkowe wysiłki. Koncentruję się na rozmytym szczycie główki z zatopionym potężnym drzewem. Już zostawiłem na nim kilka woblerków. Za którymś z kolei rzutem uderzenie, zacięcie, błysk przyzwoitego szczupaka i... moja kocia morda. Oczywiście obciął woblerka. Cholera, co robił szczupak na szczycie główki w miejscu, gdzie nurt jest taki, że brzana by wymiękła?

Wraca Jaj. Połowił jazików, kleni i okoni, miał również szczupaczka, na oko 15 cm :). Powoli zwijamy zabawki. Wspólnie dochodzimy do wniosku, że nie ma to jak wieczór. Niestety, Argrabi nie może jechać na "wieczorniaka", więc jedziemy we dwóch, tym razem Narew w Kikołach. Jesteśmy nad wodą ok. 19:00. Sporo plażowiczów, krzyki, hulanki... Nic to. Rozpalamy grilla, jemy pyszną karkówkę przepisu mojej żony i nie wiadomo, kiedy już 21.00. Czas na ryby!

Idziemy tam, gdzie nie można dojechać samochodem nad samą wodę, co daje gwarancję, że nie będzie nad wodą weekendowej dziczy. Powoli przedzieramy się przez brzegowy Sajgon. Pot się z nas leje, komary chcą nas żywcem do nieba zaciągnąć. Bóg się chyba pomylił przy tworzeniu świata. Po cholerę komu komary?

Wreszcie jesteśmy na miejscu. Zajmuję miejsce na napływie, Jaj przechodzi na koniec główki. Szybko zapada zmrok. Wchodzę w śpiochach do wody, wymacuję pierwszy uskok dna. Kilka rzutów testowych, wreszcie dobieram optymalnego woblerka. Po chwili melduje się pierwszy kleń, ok. 20 cm. Zaczynają się spławy olbrzymich leszczy powyżej napływu. Woda żyje. Ok. 22.30 zaczynają brać sandaczyki. W 4 rzuty łowię 4 sztuki, w sumie może 50 cm :). To dobrze świadczy o rzece, jak są małe, to gdzieś chyba są też duże... Ale niestety olewają nas.

W pewnym momencie słyszę głośny plusk i... przekleństwa Jaja. To nocny szczupak uderzył mu w woblerka przy samych nogach z takim rozmachem, że go całego zmoczył i oczywiście odpłynął z woblerkiem w pysku. Tym razem Jaj zrobił kocią mordkę. Za chwilę sytuacja się powtarza. Ciekawe, czy to ten sam szczupak czy jego brat bliźniak? Oba na oko około 4-5 kg. Wracam na swoje stanowisko. Kilka rzutów i łowię ostatniego klenia. Jedyny wymiarowy i jak wszystkie, też wraca do wody. Jest 23:30, powoli kończymy wędkowanie i brniemy do auta. Jesteśmy niesamowicie zmęczeni, ale gęby śmieją się nam od ucha do ucha. Mimo, że nie było rewelacyjnych wyników to dzień można zaliczyć do udanych. Wspaniała pogoda, piękna rzeka... Czego chcieć więcej? Aby do kolejnego wypadu.

PS. Niestety, z braku sprzętu foto tym razem bez zdjęć... Ale następnym razem się poprawię.

Stefan

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy