Dawno nie byłem nad Kanałem Żerańskim. W czerwcu nic nie brało - ani z gruntu, ani na spinning. Przez całe lato dochodziły też niezbyt zachęcające wieści. Karasia srebrzystego gdzieś wcięło, choc było to znakomite niegdyś łowisko na japończyki, słabe wyniki osiągano także w ciepłym kanale zrzucającym wodę chłodniczą z elektrociepłowni. No, ale wybrałem się w każdym razie nad Żerański na zwiady - rzecz jasna z aparatem fotograficznym...

Pod koniec lata bardzo często wody kanału kwitną, są mętne i mają albo barwę chłodnej zieleni Veronessa, albo są po prostu brunatne. Dziś było bardzo ładnie, woda dość wysoka przykrywała gruzowe półki, na których chętnie siadają wędkarze.

Nawet u wylotu kanału zrzutowego elektrociepłowni nie było tłoczno. Choc niekiedy - szczególnie w weekendy - ciężko tu się zmieścić z jedną wędką.

Na betonowym spadzie siedziało tylko kilku grunciarzy - bo gruntówka z ciężkim ołowiem jest tu obowiązującym standardem. Można tu mieć - przez 24 godziny na dobę - nadzieję na suma, karpia, amura, wielkiego leszcza i lina. Nie mówiąc o leszczach, krąpiach i karasiach. Dziś nie łowiono niemal nic.

Kanał Żerański w pobliżu wiślanej śluzy w niczym nie przypomina obetonowanej drogi wodnej, są tutaj porciki, zalane wyrobiska pożwirowe i mimo że za nimi działa największa kolejowa górka rozrządowa w Polsce, to widoki są nadzwyczaj malownicze.

Choć ostatnio najbardziej malowaniczy basen w dawnej kopalni piachu opanowany został przez jakiegoś, tfu, inwestora i zamiast wierzbin, trzcin i świetnego okoniowiska powstało wysypisko gruzu.

Całe szczęście jednak, że uratował się choć cypel, z którego łowiło się piękne okonie i szczupaki. Także dzisiaj pokażą się tu potem spinningiści, choć aby tu się dostać, trzeba przechodzić przez płot, a niekiedy nawet ścigać się z ochroniarzami, którzy pilnują wysypiska gruzu, o którym było wyżej.

Także między pontonami, na których rozkłada się wąż odpływowy refulera pogłębiarki zawsze lubiły siedzieć okonki - niespecjalnie ogromne patelniaczki, za to w sporej liczbie.

I w ostrej trawie wchodzącej do wody można było złowić okonie oraz poirytować się na mocno bijące bolenie - niezwykle trudne do złowienia.

Na odcinku zwanym "Pod osikami", gdzie zazwyczaj zaczynają się sektory odbywających się na kanale zawodów spławikowych, siedzieli grupkami wędkarze.

Konflikt z kajakarzami trwa nadal - obecnie chłopcy trenują grupkami i koniecznie muszą przepłynąć przez strefę zarzuconych gruntówek, mimo że drugi brzeg jest całkowicie wolny od wędek... Mordercy - znaczy się wędkarze - na ogól milczą, choć i dzisiaj słyszałem joby pod adresem wodniaków. Ciekawe - wyklinał ich starszy człowiek.

Standardem jest gruntówka z koszyczkiem zanętowym używana jako typowy "legger" z sygnalizatorem podwieszanym, tzw. małpką lub ping-pongiem. Ciekawe, że nawet DS kładzie się w taki sposób - ryby natychmiast puszczają przynetę, nawet jeśli stosuje się najdelikatniejsze topy drgajacych szczytówek.

Można natknąć się także na przypominające karpiowe swingery semaforki, choć z reguły są to akcesoria własnoręcznie wykonane przez wędkarzy.

Od czasu do czasu coś brało - podnosił sie swinger lub podskakiwał ping-pong i do ręki trafiał maleńki leszczyk, zwany tu... podleszczakiem.

Brań wcale nie było mało, mimo ze nad kanałem byłem podczas wczesnopopołudniowego upału...

Nie zawsze też rybeńki były zupełnie maleńkie, niekiedy trzeba było skorzystać z podbieraka.

Tu i ówdzie trafiał się nawet pełnowymiarowy leszcz.

A nawet pojedynczy sandacz na fileta.

W każdym razie "Pod osikami" oraz na łuku przy Płochocińskiej w pobliżu pierwszego mostu kolejowego w siatkach skrzyło się i podskakiwało co nieco.

Z czystym sumieniem mogę więc warszawiakom napisać, że końcówka lata na Kanale Żerańskim może być zupełnie udana. Najlepsze rezultaty mieli ci, którzy nęcili na słodko (zanęta linowo-karpiowa z dodatkiem piernika lub biszkopta oraz pinka do koszyczków). Zestawy podane daleko - ile siły w kiju. Koniec tekstu!

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy