No właśnie, gdzie się podziały ? Już drugi weekend i nic… Ani na pęczak, ani na robala… Może teraz się uda? Koniec rozmyślań. Jestem już koło mostu.

Piątek
Kiedy wyjeżdżałem z Wawy siąpił deszcz, co nie poprawiało mi humoru. W środku drogi pojawiło się słońce, a wraz z nim optymizm, jednak za Łowiczem pokazały się przede mną ciemne chmurzyska… Po dotarciu na miejsce byłem na granicy burzy, która na szczęście już odeszła, o czym świadczyły wielkie kałuże. Szybciutkie przebieranko i już schodzę na dół.

Postanawiam łowić w moich dwóch standardowych miejscach. Zaczynam od "Kołków". Po trzecim urwanym haczyku znam już w miarę dokładnie układ zaczepów. Aby "wrzucić" się w łowisko, muszę trafić w kwadrat o boku mniej więcej pół metra; w innym przypadku czeka mnie kolejne rwanie… Przez pół godziny niestety nic się nie dzieje. Ta sama sytuacja powtarza się w moim miejscu "Głównym". Zrobiła się już 19-sta, a ja bez kontaktu z rybą. Wracam do Kołków. Po chwili oczom nie wierzę - jest pierwszy atak na pęczak. Na razie na tym się kończy. Po kolejnych 15 minutach spławik odjeżdża w końcu na wodę. Chwila walki i mały gucio (na oko koło 0,7 kg) jest na brzegu. Szybki bieg po aparat, zdjęcie i... "przyprowadź pradziadka".

Wracam na łowisko, jest jeszcze kilka delikatnych puknięć, więc chyba jednak coś się ruszy w kolejne dni, taką mam przynajmniej nadzieję…

Sobota
Straszna duchota. Wyjeżdżam przed 16, a przede mną czarna chmura. Po 5 minutach drogi już leje, jednak mam nadzieję, że to minie szybciochem. Kiedy jestem nad rzeką, już nie pada. Dzisiaj więcej czasu, co za tym idzie więcej łowisk. Najpierw biorę tylko pęczak i idę "na spacer". Po 15 minutach jestem już z powrotem, biorę sprzęt i idę do Kołków. Z lewej strony jedna burza, z prawej druga. Co chwilę porywy wiatru, które nie pomagają w obserwacji mojej bombki na wodzie. Po chwili coś jakby branie. Dla pewności zacinam. Jak na złość dolnik wędki zaplątał mi się gdzieś w krzaczorach. Opór poczułem, ale ryba zeszła od razu. Adrenalinka poszła do góry, to najważniejsze. Za moment znowu żyłka jakoś tak dziwnie luzuje się pomimo podmuchów, znowu na wszelki wypadek zacinam, tym razem już bez pudła i taki sam leszczyk jak wczorajszy jest na brzegu. Postanawiam połazić po zasypanych dołkach. Niestety na 5 miejsc, które odwiedziłem, tylko w jednym dwa razy coś się nerwowo zameldowało. Wracam więc na stare śmieci. Do wieczora łowię jeszcze dwa identyczne gucie w Kołkach, mam poza tym parę delikatnych brań. W sumie jestem bardzo zadowolony.

Niedziela
Wyjazd około 10. Umówiłem się z kolegą na rozlewisku, że go odwiedzę po drodze na moje miejsca (a może i zostanę). Wszedłem na mostek, zobaczyłem około 15 samochodów, drugie tyle motorów i rowerków, odwróciłem się na pięcie i tyle mnie widziano. Śliczna pogoda, ciepło, prawie bezwietrznie. Gdy dojeżdżam na miejsce, okazuje się, że w Kołkach próbuje łapać miejscowy. Podczas gdy ja się przebieram on ma już dość urwanych haczyków i ewakuuje się niezwłocznie z epitetami na ustach. Dziś stawiam znowu na moje dwa miejsca. Na początku nic się nie dzieje. Pojawia się dwóch miejscowych, pytają o wyniki. Zgodnie z prawdą mówię, że dzisiaj bryndza. Jeden z nich tłumaczy, że tu jest ryba, ale nie chce brać. Drugi z kolei zarzeka się, że oprócz jazgarzy nic tu nie pływa. Ja tam wierzę temu pierwszemu… Oddalają się, kłócąc się kto ma rację…

Na łowisku zaczyna się coś dziać. Kilka nerwowych brań, czyli pewnie płotki. Niestety nic nie udaje się zaciąć (haczyk na gucie i jazie, a nie na płotki). Kolejna niespodzianka. "Dzień dobry, Państwowa Straż Rybacka, proszę o dokumenty". To moja pierwsza kontrola nad rzeką… Mija kilka minut i jest niezłe branie, a co za tym idzie na wędce pojawia się pierwsza ryba dnia.

Po chwili potwór jest już na brzegu, ma ponad 25 cm.

Następny miejscowy, ten przyjechał właśnie na ryby. Pyta o wyniki. Mówię, że kiepsko (to chyba on powinien wiedzieć lepiej, co nie?). Ku mojemu przerażeniu udał się w miejsce Główne. Stał chyba z 5-10 minut i gapił się w wodę, po czym uznał chyba, że nic się tam nie złowi i poszedł dwa dołki niżej, uff… Więc ja się tam przenoszę. Zarzucam wędkę i zabieram się za przygotowanie ogniska. Po chwili widzę, że żyłka zluzowana, a spławik w brzegu. Na haczyku pusto… Przysiadam na chwilę, ale nic się nie dzieje, zresztą ognisko przygasa, a trzeba upiec kiełbaski. Zostawiam na razie ryby w spokoju i zajmuję się tym drugim. A oto mój główny fotograf dnia dzisiejszego.

Po chwili delektujemy się smakiem pieczonych smakołyków i złocistym napojem… Jest świetnie, siedzimy w cieniu, więc nie jest za gorąco. Biorę się za łowienie. Nie dziwię się, że nic się nie dzieje - narobiłem tyle hałasu łamiąc gałęzie, że będąc rybą też bym stąd odpłynął. Przysuwam spławik do samego brzegu - praktycznie leży na roślinach. Mija kilka minut i bombka zostaje zabrana z brzegu na wodę. Po zacięciu wstępuje nadzieja, że to jaź, ale za chwilę na powierzchni pokazuje się gucio. Żeby było ciekawiej zaplątuje sobie żyłkę pod płetwę, więc nie mogę go ruszyć z miejsca.

Udaje mi się jednak przełożyć wędkę pod gałęziami w stronę brzegu, dzięki czemu mogę go "wyciągnąć" z nurtu. Wiolka podaje mi podbierak i zdobycz już na brzegu. Okaz i zadowolony myśliwy:

Postanawiam jeszcze chwilkę tu posiedzieć, choć nie wierzę w cuda. "Dzień dobry, Państwowa Straż Rybacka, proszę o dokumenty". Zbaraniałem. Dwa razy w ciągu tego samego dnia? Jestem zachwycony. Drugi patrol. Dziwię się, że się w poprzednim roku nie spotkaliśmy; strażnik również. Przenosimy się do Kołków. Cisza. Wiolce udaje się sfotografować "gadzinę":

Po jakiejś półgodzinie spławik robi odjazd, a na wędce kolejny leszcz. Teraz jestem już szczęśliwy. Tym bardziej, że ryba nie jest zbyt chętna do transportu na brzeg. To był zdecydowanie najdłuższy hol gucia w moim życiu. Bardzo, bardzo silny egzemplarz. Jeszcze chwila i będzie na brzegu

Powiedzcie, czyż to nie piękna rybka ? A przez niektórych jest niedoceniana wędkarsko…

Wracamy jeszcze na chwilę na Główne, ale nic do końca dnia się nie dzieje. Bzura mnie nie zawiodła po raz kolejny, ale do cholery GDZIE TE JAZIE???

Sebastian Krzemień *Kwantyl*



Wybrane komentarze z poprzednich wersji portalu:

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Co nowego?

Co nowego w WCWI 3.0
WCWI 3.0

W nowym portalu zmieniliśmy praktycznie wszystko, za wyjątkiem zawartości. Ta jest zbyt cenna, żeby o niej zapomnieć! O historii i nowościach w portalu można przeczytać w tym artykule.

Możesz dołączyć do nas za pośrednictwem:
Bombel:
No patrzcie, jaki niedopieszczony! Niebrzydkie lesie przyzwoicie mu gryzą, a ten zniesmaczony! Daj kurze grzędę (Kwantylowi leszcze), a ona na to... itd. :-)))
argrabi:
Leszcze leszczami, jazie jaziami, ale ta płotka przy ognisku to niczego sobie :). I sposób, w jaki kiełbaski piecze :)))
Bombel:
Płotka czy nie płotka... W każdym razie rybeńka... Tylko... wiesz? Liczne przedstawicielki tego gatunku mają nadzwyczajną skłonność do przeobrażania się, w niezbyt długim czasie, w nadymkę.
To te rybki, które wody w usta nabierają i straszą swoją milczącą nadętością. Co powoduje, że nie tylko o kiełbasce pieczonej trzeba zapomnieć...:-)
mepsik:
Wiosenne jazie nie lubią bez grochu i mięcha. Może trzeba było je kusić pokaźną wiązką robali, lub grochem zamiast pęczakiem? Ale leszcze bardzo ładne - widać, że zdrowe i w dobrej kondycji. Gratuluję połowów!
Korsarz:
Piękne leszcze! Coś czuję, że na Mazurach odpuszczę nieco kaczodziobym i zrobię leszczową zasiadkę. Waglerek i odległościóweczka delikatna, wiosenna mi się ckni!
Pozdrawiam:)
piotrek23:
Witam całkiem niebrzydkie te twoje rybki ale jazie potrzebują mięska na haku i to dość sporego lub tak jak wspomniał kolega grochu tyle tylko ze grochem trzeba dość obficie posypac miejscówke a jazie na pewno przyjdą bo groch przyciąga je jak magnes pozdrawiam i gratuluje udanej wyprawy.
Marek73:
Trzy dni na rybach - toż to prawdziwa rozpusta. Nie dość Drogi Kwantylu, że Ci ryby brały, to jeszcze w wyniku (zapewne wcześniejszego brania) całkiem fotogeniczną partnerkę udało Ci się skusić. Założę się jednak, że w tym przypadku to nie był pęczak.
Pozdro
Kwantyl:
Cofam moje narzekania; na dzień dzisiejszy już dwie półtorakoliogramowe sztuki zaliczone, było ich więcej, szczegóły w kolejnej relacji...
Sorg:
Kwantyl Ty to jesteś malkontent:P - jazie przyjdą, co dało się przeczytać w ponioższym Twoim komentarzu-gratuluję, a co do leszczy piekne ryby, na pewno jedne z moich wędkarsko ulubionych, oprócz linów, płoci, sandaczy, szczupłych, no dobra kocham wszystkie ryby, nawet cierniki, ale niektóre darze szczególna sympatią - a leszcze heh ten piękny miedziano-złoty kolor-CUDO !!!