Po ostatniej mgłą zasnutej relacji Andrzej zafundował nam kolejną. Niby w kalendarzu jesień, ale pogoda jak w lecie. Nic tylko wsiąść na rowerek i popedałować na ulubione łowisko. A tam? No właśnie o tym w artykule...

W powyborczy poniedziałek zrobiłem sobie wolne. Co prawda miałem zamiar jechać do pracy, a wolne zrobić sobie w piątek, lecz uwierzyłem w prognozę pogody: od środy opady i ziąb. Toteż po wyspaniu się i spokojnym zjedzeniu późnego śniadania wskoczyłem na rower i pogoniłem na glinianki w Zielonce.

Ruszyły się wreszcie tamtejsze drapieżniki? Ostatnio była bryndza okrutna i już zacząłem podejrzewać, że nie tylko szczupłe, ale nawet i pasiaste, ogromnie tam liczne, jeden taki zazdrośnik w jakiś sposób wyczulił na moją obecność…:) Że o zwijaniu asfaltu, przekopywaniu dróżek rowami przeciwczołgowymi (to prawie to samo, co przeciwrowerowe), zaminowaniu podejść, zasiekach z drutu kolczastego pod napięciem i licznych bojówkach stojących na warcie nie wspomnę…

No ciekawe… A że dawno nie byłem, to może czujność autochtonów już uśpiona? I może ryby wreszcie się za mną stęskniły? Trzeba sprawdzić. Tym bardziej, że pogoda prawie jak w środku lata, więc rowerowa wycieczka i w ogóle pobyt na świeżym powietrzu, nad wodą, stały się prawdziwą przyjemnością.

Na pierwszych dwóch zbiornikach ani jednego wędkarza. Znaczy, że ryby nie biorą? Pewnie tak. Normalnie, nawet w czasie deszczu, oczywiście o ile coś się dzieje, na co dzień przesiaduje tam przynajmniej kilku miejscowych emerytów. A teraz pusto. Ale przynajmniej nie widać żadnych zasieków, czujek, patroli itp. Chociaż… A to dranie! Inną pułapkę zgotowali! No bo jak tu się nie zatrzymać i przeznaczonego na wędkowanie czasu nie tracić na taki widok?

Jak się nie skusić na dojrzałe, wielkie, apetycznie wyglądające orzechy? Nie byłbym sobą, gdybym się do nich nie dobrał!

Dalej – przeszkody innego rodzaju. Cegielnia nieustannie pracuje na pełnych obrotach, więc przybywa coraz więcej coraz głębszych wykopów. Dzięki czemu rozrastają się odnogi na ostatnim zbiorniku, lecz, niestety, opada poziom lustra wody. W każdym razie przebicie się na moją tajną, ulubioną miejscówkę, szczególnie z rowerem obciążonym plecakiem, stanowi nie lada wyzwanie. Bo czy ja kozica jestem, by się wspinać po niemal pionowych, gliniastych ścianach?

Po dotarciu na miejsce okazuje się, że i łowienie łatwe nie będzie. Jesienne słońce, choć dopiero pora obiadowa, wisi bardzo nisko. Odbijając się od lustra wody sprawia, że obserwacja szczytówki i żyłki staje się niezmiernie trudna. Jeszcze trudniej dostrzec, gdzie wystają z wody piekielnie liczne badyle zatopionych drzew i krzaków. Tak więc każdy rzut, choć stanowisko znam niemal na pamięć, może skończyć się uwadą.

Na szczęście na to też jestem przygotowany. Na cięższym kiju, przy pomocy którego chcę spróbować skusić szczupaka, mam żyłkę na tyle mocną, że siłowo da się uwolnić większość zaczepów. Zatopione gałęzie już nieco zbutwiałe, więc zbyt dużego oporu nie stawiają. Tylko… co z tego, skoro szczupłe nie chcą współpracować? Prawie dwie godziny czesania wody wirówkami, woblerami i sporymi gumami nie przynosi nawet jednego puknięcia. A kiepską sytuację potwierdza zblazowany jegomość, też ze spinningiem, który jakoś się przedarł w moje pobliże. Twierdzi, że biczuje wodę od kilku godzin, lecz zupełnie bez powodzenia. Był i na innych stawach, gdzie woda także jak martwa. Też nic.

Więc co? Zwijać się i jechać do domu? Absolutnie! Nie przy takiej pogodzie! Słonko grzeje niemal jak w sierpniu, można się rozebrać do rosołu i opalać. Wszak to pewnie ostatnia w tym roku okazja!

Więc tracić ją na gnuśnienie w ścianach? Jedynie zwijam cięższy kij i chwytam za okoniową witkę. Gdzie jak gdzie, ale tutaj cud by musiał się stać, żeby choć paru pasiastych nie wydłubać! Fakt, w ogromnej większości to skarłowaciałe gluty, ale chociaż dziać się coś będzie. A przy okazji, zgodnie ze swoim zwyczajem, złowione maluchy przeniosę do sąsiedniego zbiornika. Gdzie okoni jak na lekarstwo.

Niestety, z pasiastymi też problem. Na środku ich nie ma. Pod trzcinkami też nawet skubnięcia. Sprawdziłem z dziesięć różnych gumek, podawanych na główkach o różnej masie, popróbowałem większości sztuczek z prowadzeniem, a tu nic. Czyli, że pozostał boczny trok. Tylko ta metoda, o ile zastosuję ośmiogramowy ciężarek, pozwoli mi sięgnąć przynętą w odległy o ok. 50 m, największy gąszcz zatopionych krzaków. Co oczywiście może skutkować mnóstwem rwań.

Może, lecz wcale nie musi. Odkąd wymyśliłem i zacząłem stosować pewien prosty patencik, moje straty stały się dziesięciokrotnie mniejsze. Chroniony przez nanizaną na trok stożkową tuleję ciężarek dość gładko prześlizguje się po wszelkich gałęziach, a wbity w uwadę, niehartowny hak da się rozgiąć nawet przy żyłce 0,16.

Fakt, w przypadku zacięcia sporej, silnej ryby, jeśli w pyszczek wbity jest sam tylko grot, może się to kończyć nieudanym holem. Ale coś za coś. Wolę więc zgubić rybę, niźli stracić kilkadziesiąt zestawów. Przy czym nie jest powiedziane, że ryba na pewno spadnie. Dotychczas straciłem w ten sposób tylko jedną, prawdopodobnie szczupaka. Którego pewnie i tak bym nie wyjął, jako że stałem wówczas, bez podbieraka, za pasem dość gęstych szuwarów. Raczej nie miałem szans na przeciągnięcie ryby i podebranie jej ręką.

Efekt przychodzi dopiero w piątym, może w ósmym rzucie. Owszem, są ledwie wyczuwalne skubnięcia, lecz nie daje się zaciąć. Dopiero po odrobinę mocniejszym przytrzymaniu zapinam pierwszego okonka.

Wziął tuż przy linii krzaków. I z tego samego miejsca wyjmuję kilka kolejnych, równie małych. Tracąc przy tym ogonki u dwóch twisterów, bo brania są szalenie delikatne. Wreszcie… tracę naprawdę dużą rybę. Wzięła na środku, na wolnej od gałęzi przestrzeni. Poczułem miękkie, „roślinne” przytrzymanie, zakończone twardym oporem. Napiąłem żyłkę, pociągnąłem mocniej i… zaczep ożył! Potężne, krótkie szarpnięcie, aż kołowrotek zagadał, po sekundzie już luz. Stało się, rozgiął się haczyk. Okazało się też, że twisterek jest z dwóch stron rozorany. Więc – był szczupak. Trudno, niech rośnie.

Postanowiłem jeszcze poeksperymentować z kolorami. Poprzednie okonki skubały na motoroila z zielonym brokatem. Może na coś innego rzucać się będą z większym apetytem? Fiolety – nic, herbatka – też nic, czerń, biel i żółć – to samo, motorek ze złotym brokatem – w pięciu rzutach jedno niemrawe skubnięcie…

Powracam więc do poprzedniego wzoru, czyli dieselka z zielonym brokatem i znowu łowię. Niestety, coraz słabiej. Z pierwszego miejsca wydłubałem już chyba większość, a kolejnego siedliska nie mogę znaleźć. W miarę upływu czasu mam coraz rzadsze, tylko sporadyczne brania. W dodatku słońce coraz niżej, a do domu daleko. Czas wracać. Składam sprzęt, pakuję się, wyjmuję siatkę… A tam – z około piętnastu złowionych okonków zostało pięć. Ja jej nie widziałem, one znalazły. Oczywiście dziurę:). No cóż, ich nieszczęście. Tak, nieszczęście. Miały szansę, by sobie pomieszkać w sąsiednim, większym zbiorniku, prawie bez konkurencji. A skoro wolały swoje stare śmieci, to i te pozostałe gluty wypuszczam im do towarzystwa. Z pięcioma sztukami nie chce mi się fatygować.

Na niespełna dwa kilometry przed celem rower zaczyna zachowywać się jakoś dziwnie. Idzie coraz ciężej i ciężej. Fakt, już zjechałem z drogi i jadę skrótem przez lasek, po piaszczystej ścieżce. Ale żeby aż tak ciężko było kręcić? Zsiadam, zerkam i… wszystko staje się jasne.

Cholercia! Ostatni raz gumę w rowerze złapałem ze trzydzieści lat temu! A tu masz babo placek! Klątwa zielonkowska mnie jakaś dopadła czy co? :) Znaczy, że do domu trzeba już z buta. Znaczy, że… chyba właśnie rower udał się na zasłużony, zimowy odpoczynek. Już nie chce mi się babrać z wymianą czy klejeniem dętki. Zresztą i tak już jesień, coraz zimniej i coraz bardziej mokro. A na Zielonce nie tylko ryby nie biorą, ale nawet i orzechów resztę wyżarłem:).

Okoniowy łowca
Bombel

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Nastepnym razem Bombelku zapasik na plecy, i bedzie po kłopocie :grin
Tak , jak już nawet orzechów brakuje to trzeba sobie dać spokój :grin .Ale jak naprawisz swój wehikuł to sądze , że jeszcze przed zimą spróbujesz swoich sił z powodzeniem . ;)
Piszesz, ze to Gamiaki...jakos nie w pelni Ci ufam...:sigh
Moze zmien dostawce, bo obecny robi cie w bambuko.
Oj coś mi się wydaje, że jeszcze naprawisz swój rowerek i przed zimą odwiedzisz swoje łowiska ;) tylko zdaj relację jak było :grin
Jak zwykle kapitalna relacja z wędkowania. Pozdrawiam.
Andrzejku jak zawsze ciekawa relacja :)

Zazdroszczę popłudnia z wędką w ręku. Ja w tym roku chyba miałem jedno takie po pracy, co odbijałem sobie porankami - nawet trzema w ciągu tygodnia, nie licząc weekendu oczwiście ;)

Pierwsze zdjęcie orzechów super, od razu wprowadza w klimat jesiennych łowów :)

A pomysł na osłonę ciężarka rewelacyjny :)

P.S.Ja w drodze na łowisko jeszcze nigny nie miałem gumy, za to kilka miesięcy temu podczas zdobywania nadwiślanego wału zsunał mi się z niego samochód ;)

P.S2.Połowiłbym bym kiedyś na tych gliniankach...
Przepraszam, za nie wklejenie tytułu. Raz chyba może się zdarzyć...
Nie łowię raczej z bocznym trokiem, ale z czego ta tulejka?
Witam. Do \"troczenia\" używam ciężarków walcowatych, w porównaniu z oliwkami zdecydowanie mniej zaczepów, a co za tym idzie strat. Faktem jest, że nie łowię ostatnio w takiej podwodnej dżungli. Pozdrawiam.
Żeby miejsca nie zajmować za wiele, postaram się odpowiedzieć za jednym zamachem ;) Zbiorczo i nieco wybiórczo;)

Bzyku - o tym zapasiku pamiętam zawsze. Ale jakoś nigdy nie wożę :grin Ale cóż, spacery też są pożyteczne :grin

Kaz, Artech - na rower to trochę za zimno. Ale są i inne środki transporu ;) Są też i inne łowiska, z rybami normalnej wielkości ;)

Kuba - wcale nie pisałem, że Gamakatsu;) To produkt japoński (tak napisane), konfekcjonowany przez Sporting.

Cif - ta tulejka chorni ciężarek przed zaczepami. Stożek sklejony z dość grubej, elastycznej folii. Nanizany na trok, potem się opuszcza na ciężarek.
Sam ciężarek, nawet i w kształcie długiego cylindra, po trafieniu na poziomą gałąź, z racji swej masy i niewielkiej powierzchni, lubi się owinąć wokół przeszkody. W czym \"pomaga\" mu krętlik.
Stożek ochronny nie tylko ułatwia prześlizgiwanie się obiążenia nawet i w największym gąszczu, lecz także uniemożliwia wspomniane owinięcie się.
Raz, że usztywnia na wysokości krętlika, dwa - z racji sporej powierzchni stawia znacznie większy opór boczny.
Kolejna zaleta, niekiedy potrzebna, to spowolnienie opadu. I ostatnia: ciężarek prawie nie obraca się, podczas prowadzenia, wokół własnej osi. Co częste nawet przy najlepszym krętliku. Tak więc zestaw znacznie mniej się potem plącze.

Emek - jak wyżej. Walcowate ciężarki też stosuję, choć niechętnie. Ich zaczepowość faktycznie jest nieco mniejsza. Ale tylko trochę. Za ich wadę uznaję to, że podczas prowadzenia zachowują się nieco inaczej, przenosząc na szczytówkę i rękojeść znacznie mniej bodźców.
A na zakrzaczonym łowisku, o którym w tekście, rwie się je niemal dokładnie tak samo jak łezkowate:grin

Spróbuj zrobić taki stożkowaty ochraniacz. Przekonacsz się, że nawet grążelowiska czy nawet zatopione gałęzie stają się niestraszne. Szczególnie, gdy haczyk ozdobi się prostym antyzaczepem z żyłki.

Jedynym problem staje się wtedy wyholowanie zapiętej ryby. A to spory problem i póki co - nie udało mi się znaleźć rozwiązania. Np. wczoraj nie urwałem nawet jednego zestawu, ale \"zgubiłem\" przynajmniej z dziesięć przyzwoitych okoni.
A, kiedys pisales - a ja zapamietalem :grin - ze szczuply rozgial Ci Gamiaka, teraz tez. Oszukuja Cie sprzedawcy...wybieraj takie z ciemnymi grotami.
Owszem, kiedyś tak. Wtedy rzeczywiście był to hak
sygnowany przez Gamakatsu.

Porównałem sobie wówczas zawartość dwóch różnych torebek z haczykami: Gamakatsu właśnie i Sportingi. Okazało się, że to dokładnie to samo! Czyli niehartowane. Różnica w cenie prawie dwukrotna.

Ktoś kogoś zrobił w trąbkę :grin . Albo producent handlowca, albo handlowca klienta :grin

Teraz pozostaję przy tych gorszych i tańszych. Przynajmniej wiem, co kupuję i wiążę :grin
Zresztą tam, gdzie ostatnio łowię, niehartowane są zdecydowanie lepsze. Przynajmniej straty w przynętach są minimalne, prawie zerowe. Oszczędzam więc mnóstwo czasu, nieco kasy i sporo nerwów;)