Pierwszy tegoroczna wyprawa Sebastiana na "jego" odcinek Bzury.

Nareszcie. W końcu nadeszła długo przez wszystkich oczekiwana wiosna. Doczekałem się w końcu możliwości połowienia nad Moją Rzeką.

Dzień pierwszy

W piątek jak zwykle niecierpliwię się w pracy. Tym razem bardziej niż zwykle. W końcu to oficjalna inauguracja sezonu nad Bzurą. Byłem co prawda tydzień wcześniej, ale nachodziłem się niemiłosiernie, znalazłem tylko jedno względne miejsce do łapania (woda wyższa od wysokiej), a na dodatek zmarzłem. W zasadzie tamtej wyprawy można nie liczyć. Dzisiaj dodatkowo dochodzi niepewność, czy woda dostatecznie spadła do stanu, który pozwoliłby obłowić moje ukochane miejscówki.

W końcu mała wskazówka osiąga upragnioną czwóreczkę. Prawie zaczynam biec do samochodu. Po chwili opamiętuję się. Przecież dziś tylko króciutki zwiad; prawdziwe łowienie zacznie się w sobotę i niedzielę. Dwie godziny drogi mija na wspomnieniach poprzedniego roku, o sukcesach i porażkach. Czy ten sezon będzie lepszy czy gorszy? Czy złowię w końcu upragnioną brzanę czy nie? Czy… Koniec rozmyślań. Jest dokładnie osiemnasta. Szybkie przebieranko i pierwszy rzut oka z mostu.

Woda z metr niższa niż tydzień temu. Czubki kołków nad wodą, więc chyba da radę połapać. Pęczaku na dziś nie ugotowałem. Stwierdziłem, że nie ma sensu na tę parę chwil. Poza tym uznałem, że i tak stosunkowo mała szansa złowienia czegokolwiek na kaszę. Wziąłem tylko kawałek starej bułki i czerwone robaki. Idę pod most rozmoczyć pieczywo. Woda bardzo zimna. Ręce aż bolą przy wyciskaniu wody. Mogę się udać na moje łowiska. Zaczynam od Kołków, jednak tutaj się nie da łapać – zbyt wielka woda.

Spróbuję jednak kilka metrów w dół, gdzie woda nieznacznie zwalnia.

Łowię praktycznie w samym brzegu, jednak brak jakiegokolwiek kontaktu. Po kilku minutach jest puknięcie, jednak na tym się kończy. Idę więc na uprzednio zanęcone miejsce Główne.

Woda jest tak wysoka, że daje się łowić tylko w samym brzegu. Przy normalnym stanie wody łowi się tutaj jakieś 2-3 metry dalej na wodę. Jednak i tutaj ryby odmawiają współpracy. Zaczyna się robić chłodno. Wracam jeszcze na chwilę na pierwsze miejsce, jednak nic nie chce pożreć moich robali. Postanawiam się zwinąć. Jeszcze ostatni rzut na zachód słońca.

Dzień drugi

Do końca nie wiedziałem, czy dam radę pojechać. Rano miałem kilka zobowiązań, które musiałem zrealizować. Wyglądało na to, że czas będę miał dopiero koło 17, czyli z wyjazdu nad Bzurę nici. Udało się jednak i o 15 jestem już wolny. Dylemat: Gotować pęczak i tracić kolejną godzinę, czy wziąć tylko stare pieczywo. Decyduję się na wariant drugi, więc około 15.30 jestem nad wodą.

Tym razem postanawiam poszperać w okolicach Soboty, w miejscu, które pokazał mi znajomy. Znajduje się tam próg, za którym tworzy się niewielkie rozlewisko. Podobno dobre miejsce na jazie, karasie srebrzyste i płocie. Dodatkową zachętą dla mnie jest wpływająca tuż poniżej progu struga Mroga, którą również można obłowic.

Nad wodą dwa samochody – obrazek dla mnie zupełnie nowy, jeżeli chodzi o Moją Rzekę. Schodzę do wody, aby wyprodukować zanętę. Oto widok na rozlewisko.

Podziwiam gości, którzy nie boją się przejeżdżać samochodami po tym moście. Idąc piechotą mam wrażenie, że któraś z desek zaraz się złamie...

Łowy zaczynam na samym ujściu Mrogi. Wyraźnie widać, że w rzece woda o wiele czystsza niż w jej dopływie. Po drugiej stronie Bzury trójka miejscowych okupuje całkiem nieźle wyglądający dołek, jednak jak czas pokaże - bez efektów. Zasypuję ujście, a także jeden dołek w samej Mrodze. Na haczyk robal i zestaw ląduje w wodzie.

Minęły ze dwie minuty i bombka zaczyna drgać i spływać. Zacinam i jest ryba. Płotka. Ma prawie 25 cm. Jestem tak zdziwiony i zszokowany, że zapominam zrobić jej zdjęcie. Po chwili stwierdzam, że nic się stało, bo skoro od razu wzięła, to będą i następne. Kolejne minuty rozwiewają moje nadzieje. W końcu jest branie, jednak to tylko jazgarz. Za chwilę kolejny. Trzeba więc stąd uciekać. Udaję się w zasypany na Mrodze dołek.

Po drugiej stronie w krzakach siedzi konkurencja. Właśnie holuje płotkę podobnych rozmiarów do mojej. Cieszę się w duchu, że trochę biorą. Pełen nadziei lokuję zestaw na pograniczu nurtu i spokojnej wody. Po chwili potężny odjazd na wodę i na haczyku kolejny jazgarz. Sytuacja powtarza się jeszcze dwukrotnie, więc postanawiam odbyć zwiad w dół rzeki. W planach było łowienie w Mrodze, jednak jej zabarwienie mnie zniechęca.

Przechodzę mostek na strudze i udaję się w dół Bzury. Po chwili zatrzymuje mnie gąszcz drzew i krzaków. Lewy brzeg wygląda znacznie lepiej, więc chyba trzeba będzie zawrócić, obejść całe rozlewisko i pomaszerować drugim brzegiem. Tak właśnie robię. Po jakichś 15 minutach jestem w miejscu, gdzie trójka miejscowych moczyła kije. Zanęcam dołek i idę dalej w dół rzeki. Woda wysoka, więc ciężko znaleźć jakiekolwiek miejsce do łowienia. Po kilkuset metrach poszukiwać w końcu znajduję wysoką burtę i wsteczny nurt. Decyduje się odpocząć tu chwilę.

Z konieczności siadam na czterech literach, skutkiem czego moje nogi w końcu odpoczywają przez chwilę. Trzeba mieć naprawdę talent, żeby zostawić stołeczek w bagażniku kumpla, z którym byłem na rybach podczas Świąt Wielkanocnych. W tym dołku nie ma nawet jazgarzy. Z jednej strony cieszę się, że nie muszę tych małych, żarłocznych i przede wszystkim kłujących rybek odpinać z haczyka, jednak zawsze adrenalina podskakuje, kiedy te maluchy prowadzają spławik.

Czas ruszać dalej. Po stu metrach znajduję w końcu śliczne, zacienione miejsce. Pod względem układu nurtu to lustrzane odbicie mojego miejsca Głównego w Urzeczu. Czuję, że tutaj muszę coś ułowić.

Uzmysławiam sobie, że dopiero tutaj panuje zupełna cisza. We wcześniejszych miejscach słychać było szum wody spadającej z progu przy rozlewisku. Próbuję bliżej, dalej, jednak prócz kilku delikatnych puknięć nic się nie dzieje. Rzucam trochę więcej zanęty i idę dalej. Niestety, mimo długiego marszu nie znajduję żadnego obiecującego miejsca. Jak to zwykle bywa najlepsze miejsca wydają się być po drugiej stronie rzeki.

Po jakichś dwóch kilometrach daję za wygraną. Rzeka jest prosta, bez żadnych urozmaiceń ani nurtu ani brzegu. Mniej więcej 500 metrów przede mną wydaje się być trochę ciekawiej, jednak postanawiam wrócić i obłowić jeszcze raz poprzednie dołki, bo zaczyna się robić późno.

Z wielką nadzieją wracam do poprzedniego miejsca, tego, które tak bardzo mi się podobało. Jednak przez ponad 20 minut nic się nie dzieje. Podobnie jest przy wysokiej burcie – zero kontaktu. Dochodzę do dołka miejscowych. Niestety, na ujściu usadowiła się konkurencja, więc tam już dziś nie połowię.

Gość obala na moich oczach mit, że nie można łowić na dwie wędki na przepływankę. Pierwszą wędkę zarzuca i kładzie na podpórkach. Drugi zestaw rzuca powyżej i trzyma w rękach, dopóki pierwszy zestaw nie dopłynie do brzegu. Wtedy drugi kładzie na podpórki i przerzuca pierwszy, itd. Nawet co chwilę trafia mu się drobna płoteczka lub jazgarz. Jednak po chwili chyba kondycyjnie nie wytrzymuje i jeden zestaw umieszcza w jednym miejscu, a przepływa drugim.

U mnie oczywiście nic się nie dzieje, prócz kilku jazgarzy. Słońce zachodzi, więc chyba czas wracać. Zwijam sprzęt i idę rzucić jeszcze okiem na rzekę powyżej progu. Ostatnie spojrzenie na Bzurę i do domu.

Dzień trzeci

Po wczorajszym dniu miałem pewne dylematy, czy w ogóle jechać na ryby? Pół soboty łaziłem, żeby złapać jedną płotkę. Jednak instynkt wędkarski dał znać o sobie i pęczak już na kuchni. Późne śniadanko i parę minut przed 12 wyruszam. Po drodze układam plan dnia: jadę na moje stare śmieci do Urzecza, a jeżeli nic się nie będzie działo, to wykonam odwrót i spróbuję połowić na Mrodze koło Bielaw. Już wczoraj widziałem kilku wędkarzy, więc coś w ten strudze jednak pływa.

Po dotarciu nad mój most doznaję kolejnego szoku: trzy samochody. To tyle, co widziałem przez cały poprzedni sezon. Następne zdziwienie mnie ogarnia, gdy stwierdzam, że miejsce przy kołkach zajęte… Zdegustowany dniem poprzednim nie biorę nawet podbieraka. Zostawiam sprzęt w Głównym i zasypuję dwa mniej przeze mnie lubiane i uczęszczane dołki poniżej. Zgodnie z przewidywaniami na Głównym nic się nie dzieje, więc po kilku minutach przechodzę dalej. Tutaj niestety jakieś delikatne zawady, więc idę w ostatni zasypany dołek. Nie podobał mi się on ze względu na słaby nurt. Nigdy nic w nim nie złapałem. Teraz na wysokiej wodzie wygląda trochę lepiej. Po drugiej stronie kolejna konkurencja. Temu się nie dziwię, bo to miejsce okupywane jest przez cały sezon.

10 minut łapania na robaka nie daje efektu, zakładam więc pęczak. Po chwili o dziwo spławik, pukając, zaczyna spływać. Zacinam i jest ryba. Wędka wygięta dość mocno, kołowrotek oddał nawet trochę żyłki, a więc to nie płotka. Czyżby upragniony jaź? Ryba wygląda na dość silną, chwilami wyciąga po parę centymetrów żyłki, jednak staram się, aby nie odeszła w główny nurt. No i czemu cholera podbierak został w samochodzie? Schodzę na dół i rozglądam się za miejscem do lądowania. Kiedy jestem już na dole w wodzie pokazuje się kształt sporego leszcza. A więc to nie jaź będzie pierwszy jak w tamtym roku. Czy będzie, to się zaraz okaże. Znajduję w miarę niezłe miejsce do podebrania ryby, choć jest bardzo ślisko i mnóstwo błota. W tym czasie gucio robi małą fontannę na powierzchni. Jeszcze chwila i przy trzeciej próbie jest w pewny chwyt pod płetwy. Teraz na górę. Łatwo powiedzieć. W końcu udaje mi się złapać równowagę i gramolę się na burtę. Ręce mi się trzęsą, jakby to była moja pierwsza ryba. Ma prawie pół metra i jest strasznie zimny.

Po tej przygodzie postanawiam udać się po podbierak do samochodu. Po chwili jestem z powrotem i idę w dół w stronę przelewu. Ciekaw,e czy obecny stan wody pozwoli na łowienie w tamtym miejscu. Po kilku minutach na szczęście odpowiedź na to pytanie jest pozytywna, więc do wody lecą dwie garście pęczaku, a na haczyk trzy, ale ziarna.

Miejsce wygląda bardzo zachęcająco, jednak nie odnotowuję nawet puknięcia. Zakładam robale. Przy samym brzegu są agresywne puknięcia, jednak podejrzewam wszędobylskie jazgarze. Po chwili daję spokój i maszeruję jeszcze w dół rzeki. Będąc na przeszpiegach w styczniu znalazłem fajną miejscówke jakieś niecałe pół kilometra niżej. Po drodze niestety nie ma nic godnego uwagi. Jestem w końcu na miejscu. Po drugiej stronie łowi narybek wędkarstwa.

Co chwilę widzę, że wyciągają jazgarze. Widać, że sprawia im to niesamowitą frajdę. Czuję, że już niedługo przerzucą się na płocie, leszcze czy jazie. Rośnie mi konkurencja… Na moim brzegu nie ma nawet jazgarzy. Mija jakieś pół godziny; trzeba wracać. Po drodze wstępuję na przelew, jednak sytuacja się powtarza: na pęczak cisza, a na robale agresywna szarpanina jazgarzy. Na miejscu leszczowym zupełny brak kontaktu. Konkurencja z naprzeciwka wymienia się informacjami, z których wynika, że na całej Bzurze ryba nie bierze. Wychodzi, że chyba mają rację w tej kwestii… Zatrzymuję się jeszcze na chwilę w Głównym i koło Kołków, jednak ssanie w żołądku przypomina o konieczności spożycia obiadu. Zarządzam fajrant. Wrócę tu za tydzień…

Relacjonował
Kwantyl

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Z twojego opisu wynika że Bzura stała się znowu rzeką .Ja pamiętam wypad na starorzecze Bzury jakieś 10 lat temu(nie mieszkam w łódzkiem i rzadko tam bywam)kolega z którym tam byłem pokazał mi Bzurę która wyglądem przypominała płynący asfalt.Jest zatem wielce pocieszajace że rybki znowu pływają w tej rzece.Pozdrowienia i połamania.
super wypad,gratuluje proszę o kolejne \"sprawozdania\"fajnie się czyta o wyprawach ludzi którzy kochają to hobby pozdrawiam