Pamiętnikowy charakter tekstu był głównym powodem, dla którego opowiadania nie umieściłem w Akademii i jej dziale o zbiornikach sztucznych i zaporowych - bo choć Sebastian załączył w artykule mapy, podał mnóstwo pożytecznych na tamte czasy szczegółów skutecznej wędkarskiej zasiadki, to jednak są to dane historyczne podane w formie pamiętnikowej. To jest zwyczajny artykuł a raczej "Rozdział z życia Kwantyla"! Wyobraźcie sobie, że Autor przygotował "maszynopis" na prawie 30. normatywnych stronach A4. Żeby więc nie pozbawiać Was przyjemności dawkowania tekstu i wspólnego przeżywania przygód Autora, podzieliłem opowiadanie na 3 części (TJ).

* * *

Słowo wyjaśnienia

To jest druga wersja artykułu opublikowanego po raz pierwszy w roku 2012. Czemu druga? Bo ja wiem? W sumie to chyba, żeby trochę rozruszać życie na WCWI – po przerwie jak wszyscy wiemy ruchu za bardzo nie ma. Ze dwie, trzy historyjki sobie jeszcze przypomniałem (tak, to naprawdę możliwe!), kilka może trochę rozbudowałem, poprawiłem, wyjaśniłem. W każdym razie – miłego czytania i ponownego, przynajmniej dla niektórych, wspominania.

Prolog

Skąd w ogóle pomysł na taki artykuł? Powodów jest w zasadzie kilka. Po pierwsze, fajnie cofnąć się do czasów dzieciństwa i powspominać dawne dzieje. Po drugie, dobrze jest spisać te opowieści, póki jeszcze co. niektóre w miarę pamiętam. Po trzecie, bardzo jestem ciekawy czy znajdą się czytelnicy, którzy w tamtych latach również łowili nad zalewem i oczywiście będą mogli skonfrontować swoje wspomnienia z moimi. Po czwarte byłoby super, gdyby ktoś mógł zaraportować stan obecny i porównać go do tego przedstawionego tutaj – ja w zasadzie straciłem styczność z Szałe powiedzmy, że na przełomie wieków. Po piąte i ostatnie – no chcę się pochwalić jakie to ja wtedy ryby łowiłem! To oczywiście żart – ryb nie będzie aż tak wiele, będą za to różne. Sami zobaczycie jakie, o ile doczytacie do końca.

W zdecydowanej większości zdarzeń będą uczestniczyć, oprócz mnie, mój śp. dziadek oraz stryj Andrzej, z którymi, można śmiało powiedzieć, że spędziłem całe dzieciństwo nad zalewem Szałe. W niektórych będzie pojawiał się też mój tata oraz nasz sąsiad.

Prawie wszystkie opowieści będą rozgrywały się w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku (więcej z lat wcześniejszych), kilka będzie wykraczać poza te ramy. Zresztą będę się starał podawać jakieś przybliżone daty.

Kwoka i Bociek

Wędrówkę zaczynamy brzegiem południowym od strony zachodniej, czyli tam, gdzie usytuowana jest tama. Ta strona zalewu zawsze była (jest?) bardziej uczęszczana z powodu biegnącej drogi asfaltowej na całej długości zbiornika. Choć szczerze mówiąc, kiedy patrzę na aktualne zdjęcia satelitarne, to dostrzegam mnóstwo nowych miejsc zrytych kołami samochodów, wcześniej zupełnie niedostępnych.

Samego początku zalewu nigdy chyba nie eksplorowałem – widywałem tam jedynie grunciarzy, a moja jedyna bytność na tym kawałku brzegu ograniczała się do sporadycznych wizyt z lekkim spinningiem. Śmiało możemy przejść do sadu rozpoczynającego się jakieś 400 m od czoła tamy. Na początek wyjaśnienie tajemniczej nazwy tego rozdziału, a w zasadzie jej pierwszego członu. Otóż czasami przychodziła tu jakaś taka dziwna pani, która – nazwijmy to eufemistycznie – nie przepadała za wędkarzami. W związku z tym sumiennie zapracowała na kilka pseudonimów (epitetów) – ja znam kwokę, babę jagę, czarownicę oraz jędzę (ewentualnie jakieś wariacje, jak np. baba jędza) – z pewnością były jakieś inne. Tak naprawdę to przychodziły dwie panie, ze starszego i młodszego pokolenia, ale pseudonimy były te same. Ba, czasem pojawiało się jeszcze trzecie, najmłodsze pokolenie już wtedy odpowiednio szkolone jak należy traktować gości z długimi kijami. Pamiętam, że kiedyś wywiesiła(ły) tabliczki o treści: „Zakaz wędkowania, PZW”, co wzbudziło powszechną wesołość. Tabliczki (podobno) wisiały chyba tylko jeden dzień (tzn. wieczorem były, a rankiem… już nie).

Osobisty kontakt miałem tylko raz. Było to na początku lat dziewięćdziesiątych. Łowiliśmy z Andrzejem, gdzieś z grubsza w środku zatoki. Pamiętam, że ryba nie brała w ogóle, a pogoda była pod psem. Na taką okoliczność postanowiliśmy upiec kiełbaski. Antycypując, że ognisko może nie być tu mile widziane, rozpaliliśmy je na samym brzegu, na dole skarpy tak, że w zasadzie było niemożliwe do wykrycia. Oczywiście malutkie, ot takie, żeby obsmażyć dwa pętka i wydaje mi się, że nawet nam się to udało, zanim nasze ognisko wylądowało w wodzie po jednym, soczystym kopniaku. Jeżeli pamięć mnie nie myli, to nie zamieniliśmy nawet słowa ze sobą. Wszystko odbyło się w zupełnej ciszy, nie licząc podmuchów wiatru…

Co do samego łowiska, to niezbyt często tam bywaliśmy, w zasadzie sporadycznie; nie przypominam sobie o jakichkolwiek sukcesach z naszej strony, nie doszły mnie słuchy o jakichś spektakularnych efektach w wykonaniu konkurencji. Zawsze preferowaliśmy miejsca dużo płytsze, gdzie szansa złowienia karpa, amura czy lina była zdecydowanie większa. Mam wrażenie, że odkąd zająłem się wędkowaniem w sposób, powiedzmy bardziej świadomy, to moje kontakty z tym akwenem można policzyć używając części palców jednej dłoni…

Teraz pora na „boćka”. Były to lata zdecydowanie późniejsze, dajmy na to rok 1996. Zaczęło się niecodziennie, bo zaspaliśmy na ryby… Głównym winowajcą jednogłośnie został uznany dziadek, który nas nie obudził. tzn. obudził, ale ze słowami „właśnie odjeżdża pierwszy autobus”; drugi był jakieś trzy kwadranse później. Naszym wspólnym celem z Andrzejem na ten dzień był Pomost, o którym będzie mowa w następnym rozdziale. Po dojechaniu nad wodę okazało się, że niestety miejscówka jest zajęta, ale stryj od razu dopatrzył się w przeciwnikach swojego znajomego z synem. Wobec tego dokleiliśmy się do nich, ale… niestety piękne płocie brały wyłącznie na samym końcu pomostu, nasze zestawy zarzucone dosłownie kilka metrów obok pozostały nietknięte.

Wszystko skończyło się po jakichś dwóch, może trzech godzinach, brania ustały, oni się w końcu zwinęli i dalej była bryndza… Tymczasem u dziadka, który usadowił się na rogu zatoki, zameldowała się drobnica w postaci płotek i niewielkich leszczyków. Przenieśliśmy się i rozpoczęła się kolejna runda Nieustających Zawodów pomiędzy mną i Andrzejem. Metoda oczywiście spławikowa, po jednej wędce i w tym przypadku rozgrywaliśmy pojedynek na sztuki. Pamiętam, że nasze zmagania obserwował jakiś gruntowiec, który zakończył łowienie i czekał na autobus. Z podziwu nie mógł wyjść jak potrafimy rozpoznać brania niewielkich leszczyków przy tak dużej fali.

Dodam jeszcze, że łowiliśmy na bułkę, co dodatkowo podwyższało poprzeczkę. No dobrze, dosyć chwalenia się. Po jakimś czasie, po mojej lewej ręce pojawił się bociek, który wyraźnie zainteresowany był naszą robotą. Oczywiście postanowiliśmy trochę dokarmić ptaszysko, nie sprzeciwiał się. Z początku był bardzo podejrzliwy i musiałem odejść na dobre kilkanaście metrów zanim podbierał ryby. Nie sądziłem, że może zjeść tyle sztuk na raz. Wciągnął spokojnie co najmniej 2 kg drobnicy. Pod koniec miał zdecydowanie większe zaufanie, jednak bliżej niż na 5-7 metrów podejść nie chciał. Nie pamiętam kto wygrał tamtą rundę zawodów.

Na koniec tego rozdziału jeszcze jedna mała przestroga. Jak wspomniałem wcześniej, łowisko obfitowało w drzewa owocowe. W tym przypadku były to jabłka w moim wtedy ulubionym gatunku, czyli słodziutkie kosztelki. No w każdym razie nauczyłem się, że jabłka należy myć przed użyciem. Oj, to chyba było moje najdłuższe, bo z pewnością co najmniej dwudniowe obcowanie z białym niedźwiedziem w toalecie…

Pomost

Pomost to jedno z miejsc bardzo znaczących, sławnych i magicznych spośród wszystkich odwiedzających zalew. Ile to ja się nasłuchałem od Andrzeja o tych inwazjach leszczy, które on tam przeżywał. O tych przypadkach kiedy nie nadążał wyciągać ryb łowiąc na dwie wędki. O tych dniach, kiedy nie mógł zabrać się z urobkiem z łowiska.

Pomost, czyli pomost KTW wychodzący z murku kończącego zatokę Kwoki. Co było niby takiego szczególnego w tym miejscu? Podobno podwodna, piaszczysta górka, która znajdowała się w odległości kilku metrów, w kierunku północno-zachodnim od końca pomostu. Wtedy kilka metrów, bo wydaje mi się, że pomost w latach późniejszych był trochę krótszy (teraz na niektórych zdjęciach satelitarnych w ogóle go nie ma). Cóż, rzeczywiście było tam wypłycenie, ale maksymalnie na jakieś 10 cm (może 15 cm), które ciężko nazwać górką, ale takie określenie funkcjonowało w naszej terminologii. Niestety, kiedy ja zacząłem jeździć „na pomost” inwazji już nie było. Powiem więcej, nigdy z pomostu leszcza złowić mi się nie udało, tylko raz jedną sztukę przy mnie złowił Andrzej. Jedynymi naszymi zdobyczami były od czasu do czasu jakieś płotki.

Następna historia zdarzyła się 17 czerwca 1992 roku. Skąd taka dokładna data? Wyjaśnienie na końcu. Z Andrzejem łowiliśmy oczywiście na Pomoście, dziadek siedział gdzieś w okolicach Boćka. Ryba wyjątkowo nie brała, nie działo się kompletnie nic. Jeżeli dobrze pamiętam, to ostatnie autobusy odchodziły mniej więcej o 21.15, 21.45 oraz 22.45. Z dziadkiem umówieni byliśmy na ten przedostatni. Jakiś kwadrans przed dziewiątą stwierdziliśmy, że skoro i tak nic się nie dzieje, to może pojedziemy tym wcześniejszym. Poza tym jakoś tak się zachmurzyło, zrobiło się ponuro i szaro. Tak więc zebraliśmy się i pomaszerowaliśmy w stronę dziadka. Na miejscu okazało się, że już się zwinął. Coś mnie tknęło i zapytałem spotkanego wędkarza o godzinę, 21.42 – odparł. Byliśmy dokładnie pośrodku między przystankami. Szybka decyzja, że biegniemy na ten przy tamie, będzie odrobina czasu więcej. Zabrakło nam jakieś 100 metrów… Następny autobus za godzinę, więc trochę bez sensu było tak siedzieć, w dodatku zaczęło się robić chłodno.

Wymyśliliśmy w końcu, że pomaszerujemy do Piwonic – może złapiemy autobus, który jeździ na Wolicę. Była mała na to szansa, bo kursował jeszcze rzadziej niż ten nad Szałe, ale i tak lepsze to, niż siedzieć bezczynnie. W każdym razie to jakieś 2 km marszu. Tak też uczyniliśmy. Tym razem zabrakło nam jakieś 200 metrów. Gdybyśmy tak podjęli decyzję o przechadzce odrobinę szybciej, to może, może… W każdym razie czas upływał nam na rozgrzewaniu się i wyczekiwaniu upragnionego autobusu linii numer 28. Pierwsza radość pojawiła się, gdy nadjechał od strony centrum, druga kilkanaście minut później, gdy już we właściwym dla nas kierunku. W domu byliśmy jakoś wpół do dwunastej i naturalnie miała miejsce wielka awantura…

W tym miejscu należą się dwa słowa wyjaśnienia, ponieważ to kluczowe słowo pojawi się jeszcze w kolejnych rozdziałach. Otóż zasady dotyczące mojego wędkowania w czasach dzieciństwa były dość proste. Każda konfiguracja inna od tej, w której występował mój tato, czyli np. ja + dziadek + Andrzej, ja sam, ja + sąsiad itd. powodowała konieczność obecności w domu najpóźniej pół godziny po zmroku. Od tej reguły nie było wyjątków… Młodszym czytelnikom chciałbym przypomnieć/uświadomić, że opisane tutaj przygody wydarzyły się w czasach, gdzie nikt jeszcze nawet nie słyszał o ogólnie dostępnych, przenośnych urządzeniach służących do komunikowania się na odległość… Aha, dodatkowo jeszcze każda konfiguracja zdefiniowana jak wyżej wymagała braku opadu atmosferycznego w postaci ciągłej (bądź też dużego prawdopodobieństwa jego wystąpienia). Ot, takie dwa proste warunki brzegowe…

Pora na rozwiązaniu obu zagadek. Najpierw data – otóż doskonale pamiętam (zupełnie nie wiem dlaczego tak dokładnie to zarejestrowałem), że po awanturce włączyliśmy telewizor, a tam podniecano się faktem awansu Duńczyków do półfinału Mistrzostw Europy w piłkę kopaną… Teraz wyjaśnienie tajemniczej podróży w czasie. Byłem wówczas dumnym posiadaczem cudu techniki tamtych czasów – zegarka elektronicznego z magicznym napisem WATERPROOF (ponownie – dla nieco młodszych – takie urządzenia wtedy były i może dostępne, ale wydaje mi się, że niekoniecznie powszechnie). Wydarzenia tego dnia spowodowały, że odkryłem jego pewną, nazwijmy to, niedoskonałość. Otóż pod wpływem wilgoci (nawet dostatecznej ilości potu) wyłączał się po prostu, a jak podsechł, włączał się z powrotem i startował z godziny, na której zakończył poprzednią sesję. Domyślam się, że musiałem go wtedy zamoczyć podczas płukania rąk po zanęcie…

Na koniec jeszcze krótka instrukcja jak (nie)należy zrywać czereśni. Czasy mniej więcej te same, czyli początek lat dziewięćdziesiątych. Nieopodal Pomostu, na dojściówce od przystanku rosła czereśnia. Będąc młodym człowiekiem bardzo lubiłem te owoce. Zawsze z niecierpliwością czekałem na czerwiec, kiedy to pojawiały się na działce u moich drugich dziadków. W każdym razie któregoś razu zauważyliśmy, że są czereśnie, ale niestety tylko na tych wyższych gałęziach. Wtedy stryj rzekł: „A teraz wujek pokaże Ci jak się zrywa czereśnie za pomocą wędki”. Rozwinął wędzisko, umieścił szczytówkę przy jednym z owoców, zaczepił żyłką i dodał jeszcze: „najważniejsze, żeby mocno i szybko szarpnąć”. Tak też uczynił, po czym pierwsze, co musiał zrobić po przybyciu na Pomost, to zawiązanie całego zestawu od zera…

Murek, Port i Kąpielisko

To będzie najkrótszy rozdział, no ale któryś niestety być musi… Jedyne moje osiągnięcia na tych wszystkich łowiskach to okonki złowione na blaszkę, chociaż pamiętam dokładnie, że łowiąc któregoś razu na spinning z Murku miałem swoją szansę… Byłem na samym jego rogu i znudzony brakiem jakichkolwiek ataków postanowiłem zakończyć moje zmagania i wycofać się zapewne na Pomost, na którym przebywałem stacjonarnie. Było to w trakcie zwijania błystki, kiedy ta już zbliżała się do powierzchni. Zrezygnowany zakręciłem mocniej korbką, blaszka wyskoczyła z wody, a za nią powstał metrowej średnicy wir. Gdybym tylko nie był taki niecierpliwy…

Natomiast gdzieś w okolicach wylotu Portu byłem świadkiem dość widowiskowej akcji. To czasy późniejsze, bo sam koniec lat dziewięćdziesiątych. Spinningowałem z moim kolegą Wojtkiem. On akurat zmieniał blaszkę, a u mnie nastąpiło branie – okoń z tego co pamiętam był całkiem niezły, bo pewnie i trzydziestak, ale… podczas holu przypłynęło z nim całe mnóstwo takich i jeszcze większych. Nie pamiętam czy atakowały drobnicę, czy były zaskoczone co się dzieje z jednym z kumpli, w każdym razie banda liczyła z pewnością kilkanaście, może kilkadziesiąt sztuk i robiła mnóstwo hałasu na powierzchni – woda się po prostu gotowała. Wojtek przewiązywał przynętę, jak wcześniej wspomniałem i krzyczał żebym jeszcze go nie wyciągał z wody, żeby on wcześniej zarzucił. Tak zrobiłem – niestety nie pamiętam czy zdążył zanim cała brygada odpłynęła…

Zatoka Budowlanych

Za Portem zaczyna się Zatoka PZW, czyli miejsce gdzie znajduje się przystań koła PZW Kalisz Miasto, nazywana w naszej terminologii Zatoką Budowlanych. Niestety nie mam wiedzy skąd się wzięła ta nazwa. Właśnie na wschodnim krańcu zatoki po raz pierwszy w życiu zobaczyłem gościa łowiącego na sprężynę. Zdecydowanie były to lata jeszcze przed zmianą ustrojową i byłem wtedy pewny, że to „n” haczyków w jednym miejscu oblepionych przynętą…

Tutaj również zbyt często nie przebywaliśmy, może z wyjątkiem wschodniego krańca i samego narożnika z obu stron (czyli w sumie również i za samą zatoką). Pamiętam, że szczególnie w jednym sezonie, w którym prawie całym zdradziliśmy spławik na rzecz wędkarstwa gruntowego, dosyć często okupowaliśmy to ostatnie miejsce. Oszałamiających sukcesów nie było, ale jakieś karpie, liny leszcze i amury zasilały nasze konta. Tutaj dwa słowa na temat naszego gruntowania. Co było innego w tym naszym od tego, które mieliśmy okazję podpatrzeć u konkurencji? Po pierwsze stosowaliśmy dużo mniejsze policjanty (a Wy jak nazywacie taki sygnalizator: policjant, małpka, bombka… inaczej?). Inni wędkarze w większości stosowali te wielkie, ciężkie, białe bomby dostępne wówczas w sklepach wędkarskich. A my? Najczęściej znajdowaliśmy plastikową nakrętkę, odcinaliśmy scyzorykiem dno i lekki sygnalizator gotowy. Był nawet taki moment, że mieliśmy specjalne pudełeczka (chyba po herbacie) napełnione po brzegi – często zdarzało się, że po zacięciu, sygnalizatora znaleźć się nie udawało ze względu na przybrzeżne trzciny, krzaki itp. Po drugie, konkurencja zarzucała zestawy byle gdzie, przed siebie i najczęściej „ile fabryka dała”. My najczęściej łowiliśmy po prostu trochę dalej niż na spławik. Po trzecie i najważniejsze chyba – po przybyciu na łowisko zawsze nęciliśmy sprężynami, czyli zarzut bez przynęty, zacięcie, uzupełnienie zanęty, zarzut itd. Niektórzy patrzeli na nas jak na idiotów, ale tylko do pewnego momentu…

Skoro już mowa o żarełku, to może jeszcze kilka zdań o naszych przynętach i zanętach. Na haczyku zawsze dominowała zaciśnięta chałka – na nią chyba padła większość naszych ryb, z pewnością jeżeli chodzi o masę. Jeżeli chałki nie było, to zastępowała ją bułka – w sumie to jak się dobrze zastanowię, to sam już nie jestem pewien czy częściej była chałka, czy bułka – z pewnością wierzyliśmy, że ta pierwsza jest dużo bardziej wskazana… Na drugim (jak ktoś woli, to może policzyć, że na trzecim miejscu) była prażucha. Dla niezorientowanych: gotujemy trochę obranych ziemniaków przez jakieś 15-20 minut, potem dosypujemy mąki i gotujemy kolejne 15-20 minut pod pokrywką na małym ogniu. Potem całość odcedzamy, dodajemy żółtko, olej i jakiś aromat. W naszym przypadku był to cukier wanilinowy, czyli na słodko lub czosnek, czyli na słono – nie pytajcie mnie czemu to się nazywało na słono. Całość wygniatamy i mamy żółciutką kluskę, dużo bardziej miękką od manny, a równie dobrze trzymającą się haczyka.

Z prażuchą to różnie bywało – trzeba było użyć mąki, żółtka i oleju, a jak babcia miała kiepski humor, to nieraz zdarzały się długie negocjacje w sprawie wydania tych składników.

A byłbym zapomniał – garnek po takiej produkcji należało dokładnie wymyć z klejącej mąki, aby był „styrylny” (to nie literówka). A to też nie zawsze nam się udawało – przecież śpieszyliśmy się na ryby! W czasach trochę późniejszych zdarzało się nam gotować pęczak; było to spowodowane tym, że w którymś roku nastąpił „jakiś taki wybuch” i dominującym gatunkiem na zalewie była płoć. Z innych przynęt, to czasami zdarzała się kukurydza konserwowa oraz robaki. Ale ta ostatnia przynęta stosowana była, kiedy już naprawdę nic nie brało i z nudy łowiliśmy niewielkie leszczyki na sprężynę. Jeżeli chodzi o zanętę, to prawie zawsze bazą były gotowane ziemniaki. Do tego najczęściej płatki owsiane oraz aromat. Czasem wiórki kokosowe albo bułka tarta, ale to ostatnie to też bardzo rzadko ze względów negocjacyjnych, o których wspominałem wyżej.

Wracając jeszcze do wschodniej ściany Zatoki Budowlanych, to na uwagę zasługuje fakt, że jest to miejsce najbardziej położone na zachód Zalewu, gdzie złowiłem karpia. Ale dokładnie w tym samym miejscu miałem na haczyku dość niecodzienną zdobycz. Była połowa lat dziewięćdziesiątych, łowiłem na dwie wędki: klasycznie, czyli jedna na spławik, a druga na ciężko. W którymś momencie założyłem prażuchę na haczyk, umieściłem zanętę w sprężynie, położyłem cały zestaw na podpórkach w ten sposób, że sprężyna wisiała tuż pod kołowrotkiem, a sama przynęta jeszcze niżej i udałem się umyć ręce przed zarzutem. Podczas tej czynności nagle podniósł się wrzask wywołany przez moją ciotkę, która była wtedy z nami na rybach. Obejrzałem się i zamarłem, ponieważ moją prażuchą zainteresował się Zoran – sznaucer ciotki. Kiedy dobiegłem do niego, było już za późno, bo wyglądało, że haczyk tkwi w jego pysku. Widząc, że nie za bardzo wiem co zrobić, ciotka zarządziła, abym natychmiast odgryzł żyłkę, ponieważ już cała wędka podskakiwała na podpórkach. Tak zrobiłem, a Zoran trochę się pokrztusił próbując wypluć haczyk, po czym wszystko się uspokoiło, tzn. pies zaczął ryć jakąś jamę. Ciotka pierwsze co zrobiła, to powiedziała, że będę jej odkupował psa, potem zaczęła gorączkowo szukać w jego pysku haczyka. Następnie przeszukaliśmy drobiazgowo każde źdźbło trawy w okolicy, ale haczyka nie znaleźliśmy, a Zoran przeżył od tamtego incydentu ponad 10 lat.

Ciotka często z nami jeździła na ryby – tzn. zawsze, o ile była w Kaliszu (ciotka mieszka w Toruniu). W tamtych czasach dysponowała Fiatem 126p. Ponownie – dla młodszych czytelników: to takie małe, dwudrzwiowe autko w zasadzie bez bagażnika – z tyłu silnik, a z przodu może by się zmieściło pół plecaka/pół wędki… Podróże tym wehikułem to były zawsze niesamowite doznania: ciotka + ja + dziadek + Andrzej; każdy z nas miał dość spory plecak ze stołeczkiem, siatką na ryby, pudełkami, odzieżą przeciwdeszczową, jakimiś cieplejszymi rzeczami na wieczór, termosem, jedzeniem (to ostatnie oczywiście tylko w jedną stronę)… Dodatkowo 5 wędek, które lokowane były w dwóch pokrowcach + dwa podbieraki oraz jak łatwo policzyć 10 rozkraczek (nigdy w życiu nie widziałem dziadka łowiącego na dwie wędki). Dodatkowo Zoran, czyli sznaucer średni oraz opcjonalnie Aris – pudel miniatura, czyli pies dziadka. Dało się, na głowę nie padało, cztery litery na ryby zawoziło/przywoziło, a wszyscy zawsze byli uśmiechnięci i zadowoleni!

Kiedyś wymyśliliśmy (tzn. pewnie Andrzej wymyślił), że będziemy łowić sandacze. O tym gatunku ryby wiedziałem wtedy, że i owszem - istnieje, że występuje nawet na naszym zalewie, aha – wiedziałem jeszcze, że kolega taty specjalizował się w jego połowach, czyli wujo Ja…Ja...Jacek (wujo był jąkający, ale tego już się domyśliliście). Poza tym uświadomiono mi, że żeby sandacza złowić w Szałe, to trzeba mieć łódkę (jak łatwo się zorientować – wujo Ja…Ja…Jacek dysponował łodzią). To była moja cała wiedza na temat tego pasiatego drapieżnika. No dobrze, jeszcze pamiętam, że wujo Jacek nazywał małego sandacza „Tarantilą”, a duży to był „Jebor”.

W każdym razie stryj stwierdził, że Zatoka Budowlanych to jest najlepsze, najlepiej dostępne z brzegu łowisko, więc próbujemy właśnie tutaj (bodajże argumentował to, uwaga: zacienieniem akwenu). Za przynętę posłużyły płoteczki upolowane na podrywkę. Zestaw nie był skomplikowany: sprężynę zastąpił ołów, odpowiednio większy haczyk, a za sygnalizator brań służył nam „papierek” – przynętę umieszczaliśmy w łowisku, otwieraliśmy kabłąk, a na żyłce umieszczaliśmy kawałek papierka – prawda, że genialne w swojej prostocie? Wszystko odbywało się po zachodzie słońca – uznaliśmy, że zostaniemy z godzinę, czy może półtorej – no w każdym razie tak, żeby wrócić ostatnim autobusem. Brań było mnóstwo, papierek zasuwał w kierunku wody aż miło, nie było chyba 5 minut spokoju. Ale sandacza złowić się nie udało. Przynęta była zawsze pokiereszowana (lub jej brak), czekanie na zacięcie nic nie pomagało, zacinanie od razu również. Do tej pory nie wymyśliłem co było powodem. Aha, uważni czytelnicy z pewnością domyślają się, że po powrocie do domu odbyła się awanturka. Więcej już sandaczy po zmroku nie łowiliśmy; to był jeden, jedyny raz.

cdn.

Sebastian Krzemień *Kwantyl*

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Czekam z niecierpliwością na kolejne części :-).
fajnie się czyta :D Wspomnienia to chyba najpiękniejsza część wędkarstwa. Każdy je ma, każdy lubi do nich wracać. Nie zawsze chodzi o same ryby i ich wielkość i to jest piękne :)
+1
Macie rację, że wędkarskie wspomnienia (jak chyba każde) dobrze się czyta, bo gdzieś w głowie porównujemy je ze swoimi z tych czasów. Redaktor ma ten przywilej, że przeważnie zna treść całości przed innymi i opublikowaniem :) Pracuję nad ostatnią częścią... a w zasadzie wyłącznie ją wygładzam, bo Sebastian potrafi pisać i w dodatku ciekawie cofnął nas o 25-30 lat. Druga część będzie jutro.
Czyta się jak za najlepszych lat WCWI
Czekam z niecierpliwością na następne części :)
+1
Dobre :-)
Kwantyl, nieraz sobie myślę, że z niektórych opowiadań mogły by wyjść fajne filmy krótkometrażowe. Coś w stylu "Mój stary jest maniakiem wędkarstwa".
Miło znów poczytać dobrze napisany tekst!
Fajna opowieść, jakbym "jaja" czytał. Młodości nie da się odtworzyć, ale większość przygód podobna. PKS jako jedyny środek transportu - niezastąpiony. :-)