Najazd na Litwę przeszedł nam koło nosa, lecz rodzina ważniejsza (ślub córki). Wyjazd na Noc Traperów też nam nie wypalił, bo wszystkie nasze dzieciulki, znaczy się emigranty pomnażające majątek brytyjskiej królowej, ostatnie dni gościły w naszym kraju, a do tego potrzebowały naszego samochodu, więc trudno było odmówić i wyrwać się chodź na sobotę do Osłowa.

Z największą radością przystaliśmy na propozycję Adaśka zwanego też Adsienem i z mocnym postanowieniem zarezerwowaliśmy sobie zaproponowany termin 22-24.08.2008, by stawić się na tym spotkaniu. Ustaliliśmy, że najlepiej będzie jak się spotkamy w Rajgrodzie o 8.00, by nie tracić zbyt wiele cennego czasu przeznaczonego na wędkowanie.

Wyjeżdżamy z Białegostoku o 6.00, śmigamy do piekarni po świeżutki chlebek i bułeczki, do garażu po łódkę i w drogę. Poprzedniego dnia jak pakowaliśmy do łajby klamoty to sami z Bożenką nie mogliśmy się nadziwić, jak to może być, że czy jedziemy całą rodziną i z psem, czy sami we dwoje to tych klamotów jest tak samo dużo. Ledwie udało nam się zapiąć plandekę na łódce i jeszcze w samochodzie było prawie pod dach! No nic, widać tak musi być. Zresztą Adaś określając miejsce naszego biwaku zaznaczył, że to pełna dzicz, daleko od domostw, zgiełku ośrodków wczasowych i jakiegokolwiek zaopatrzenia, więc czysta traperska wyprawa. Właśnie to przyprawiło nas o mały dreszczyk, oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

No to już jesteśmy w trasie i mamy pierwszą przygodę. Podziwialiśmy nasze grzybowe lasy, gdy nagle z prawej strony drogi kątem oka widzę jakiegoś wielkiego psa, który wychylił pysk z zarośli, rozejrzał się w jedną i drugą stronę, po czym wyskoczył na drogę. Na szczęście wykazałem się dobrym refleksem. Ten niby pies okazał się dorodną lochą przeprowadzającą warchlaki przez szosę. Przeprowadzanie to delikatnie powiedziane, opadły nam "kopary", bo za lochą przebiegało minimum 15-20 malutkich dziczków z taką prędkością, że nie było mowy o jakimkolwiek uwiecznieniu tej chwili. Do tego dwa maluchy na śliskim asfalcie poślizgnęły się i wywinęły takie klasyczne "orły", że przekoziołkowały przez połowę szosy. Dziki zniknęły w lesie, a my kierowcy jeszcze chwilkę staliśmy lekko zaszokowani tym widokiem. Nigdy bym się nie spodziewał, że jedna locha może opiekować się tak wielką trzódką warchlaków, a z myślistwem nie mam nic do czynienia, więc to było dla nas tym bardziej ciekawe przeżycie.

Z Bondarenkami i Adaśkami spotkaliśmy się w umówionym miejscu pod rajgrodzkim kościołem prawie w tym samym czasie. Adaśko z Małgosią pojechali nam po zezwolenia wędkarskie, a my się witaliśmy jak byśmy się całe wieki nie widzieli, toć od spływu po NPN minęło zaledwie parę tygodni. Ten rytuał wszedł nam chyba w krew. Po dojechaniu do gospodarstwa agro (właścicieli pola, na którym mieliśmy obozowisko) ruszyliśmy na miejsce docelowe. I tu skończyła się droga i zaczęły się perypetie. Adam nie był tu ponad 5 lat, pojechał przodem jako przewodnik, widziałem jak czepia podwoziem, ja zaciskałem zęby i zerkałem we wsteczne lusterko, czy jeszcze mi tłumik nie odpadł. Odpadł... ale nie tłumik tylko Paweł z Anetą, zawiśli na podwoziu. Po odczepieniu przyczepy z łódką jakimś cudem udało nam się jego landarę przepchnąć na twardszy grunt, zwiększyliśmy odstępy pomiędzy samochodami i na większej prędkości udało nam się pokonać tych parę kilometrów drogi dostępnej tylko ciągnikom.


Fragment naszej polanki od strony jeziora

Na miejscu ukazała nam się piękna polana otoczona lasem olchowym, od strony jeziora widać rozległe trzcinowiska i żadnego dostępu do wody. Zaczęliśmy się powoli rozpakowywać a Adsien z małżowinką poszli na zwiady sprawdzić czy dalej jest jeszcze zatoczka wolna od trzcinowiska, by można wody nabrać i pokąpać się. Po powrocie byliśmy niemile zaskoczeni, zatoczka zarosła, a końca trzcinowiska nie widać, gdzie zwodować łajby? Chłopcy wiele młodsi ode mnie mieli więcej optymizmu w swoich sercach i pary w rękach, więc ostro zabrali się do karczowania trzcin, patrzyłem na ich wysiłki z niedowierzaniem, że to może przynieść jakiekolwiek pozytywne skutki wykonania kanału z brzegu na pełną wodę.

Jako leń patentowany zająłem się innymi logistycznymi pracami, oczywiście nie wymagającymi aż tak wielkiego wysiłku. Po powrocie Adaśka i Pawła nie wiedziałem z dziewczynami czy się śmiać czy płakać, umorusani w błocie, mokrzy po czubki głów, pokrwawieni, ale i dziwne uśmiechnięci! No jak tu się nie cieszyć po wykonaniu kanału i zobaczeniu czystej tafli jeziora! Pierwszy krok do celu został wykonany, na lądzie też już troszkę się uporządkowało i po małym posiłku okraszonym słynną bondarenkówką dałem się namówić na wodowanie swojej łajby tym oto kanalikiem.


Czy to można nazwać wodowaniem?

Pierwsze moje plany były o wiele łatwiejsze, myślałem jechać samochodem z przyczepką do gospodarstwa agro, to jakieś 3 km i tam się wodować, zostawiać sprzęt w łodzi, a my z Bożenką po polu byśmy wracali do miejsca noclegu. Za pomysł dostało mi się od... nie powiem jakich, a kanalik został nazwany ścieżką traperów. Wyprawa po NPN to pryszcz w porównaniu z pokonaniem tych zaledwie 30-40 m z buta (to dumnie brzmi, bo w gumowcach było bagno i woda, a woderów nikt nie miał), a potem ze 20 m do miejsca wolnej wody tylko odpychając się wiosłem od dna, bo innej możliwości nie było. No, ale i bondarenkówka, i obciach przed kolegami zrobiły swoje. Zresztą Paweł dość spektakularnie pokazał jak się woduje z rozpędu jego środek pływający. Ten to ma niespożyte siły!


Jeszcze troszkę i woda!


Ale Pawłowi chce się już na wodę, nawet na pomoc w nie czekał...


No wreszcie czysta woda!

Pływadełka na wodno-mulistym parkingu, więc pakujemy sprzęt i czas na łowy. Jeszcze parę metrów przy pomocy wiosła i wreszcie na pełnej wodzie!


Kryskon woli wiosełkiem doczołgać się do jeziora

No a teraz ustalamy taktykę, kto łowi, na jakie przynęty i gdzie, płytkie nagrzane blaty, spadki i na jakiej głębokości ryba stoi, głęboka toń to sielawowce. Taktyka została podzielona pomiędzy nas i kto będzie miał pierwszy kontakt z rybą to daje cynk innym. Kontakt to znaczy złowić lub zerwać, a nie oglądać na monitorku echa!

Pierwszego dnia w piątek nie było za ciekawie, chłopaki coś tam meldowali o niewymiarkach, Bożenka ustawiła się też na grubszego zwierza, więc ja postanowiłem zapolować na pasiaste. I owszem, całkiem, całkiem zaczęło się coś dziać, lecz same maluszki. Po przetestowaniu zawartości mojego arsenału (kolorów) wszelkiego rodzaju paproszków upewniłem się, że najbardziej łownym jest denaturat z różnymi odcieniami brokatu, więc zmiana na większy haczyk i tym samym większa gumeczka. Troszkę mniej zaciętych brań, lecz pokazały się już takie patelniaczki powyżej 18-20 cm, no to mamy kolację, a Paweł zameldował, że na slajdery też biorą okonie! Toć to szok!


Okoń desperat

No dobra czas wracać do obozowiska, kolacyjka, ognisko, pełna integracja z bondarenkówką i innymi napojami rozweselającymi, by jutro z rańca wystartować do dalszej walki z potworami rajgrodzkich otchłani.

Dziewczątka szykują kolację, Adaś z Gosią walczą z namiotem wyprodukowanym w latach PRLu i odziedziczonym po rodzicach. Zerkamy na nich z zazdrością, że w tym namiocie można tańczyć bez schylania głowy, a jednocześnie ze współczuciem, bo rozłożenie tego hangaru wymaga nie lada umiejętności. Co prawda Małgoś oznaczyła wszystkie rurki, by mieć jak najmniej kłopotu z rozkładaniem, lecz ściąga została w domu, ot, co za pech. Wspólnymi siłami willa stanęła twardo na łąkowym polu.


Taaaki wielki będzie nasz wigwam!


Ale jak go rozstawić? Poprzednio zajęło nam to dwie godziny, a ściąga w domu została!

Żanet była najszybsza w rozkładaniu własnego domostwa, wyjęła z pokrowca, podrzuciła do góry i domek gotowy.


Żanet demonstruje jak to się robi

Bożenka ze stoickim spokojem rozkłada nasze nocne gniazdo, ale myślę, że niedługo wynajdzie coś podobnego do bondarenkowego lokum i też nabędzie, by sobie życie ułatwić.


Bożenka jak zawsze ze stoickim spokojem rozkłada gniazdko Kryskonów


Strach wejść do środka, taki tu na razie porządek

Natomiast my z Pawlakiem postanowiliśmy wybrać się po opał na wieczorną posiadówkę przy ognisku. Prawda, że mamy się ku sobie?


No dobra Pawełku, idziemy po opał na ognisko, no nie?

Żeby tych cholernych tirów nie było, to byłaby pełnia szczęścia, dobrze, że tego na fotkach nie słychać.

Przy ognisku nie biesiadowaliśmy zbyt długo, gdyż wszyscy się szykowali na poranne łowy.


No wreszcie czas na odpoczynek


I czas na smażoną rybkę. No kiedy ona się wreszcie usmaży, ślinka cieknie!


Ale apetycznie wygląda, ciekawe jak będzie smakowała?


No dobra dość obijania się i ja muszę troszkę popracować


Cały nasz skład, od lewej: Gosza, Adaśko, Żanet, Kryskon, Kobo, Bondarenek

Konkurencja narobiła rabanu skoro świt, coś około 4-5 rano, lecz mi nie było w smak tak rano wyczołgać się z ciepłego wyrka od mojej ładniejszej połówki, więc posłałem parę niecenzuralnych słów napalonym rybołapom. Oczywiście nie musiałem długo czekać na ripostę. Jak ten hałaśliwie podniecony pochód wypłynął na szerokie wody, to i my z Bożenką postanowiliśmy nie marnować czasu na kimanie i spadać na łowy. Po wyjściu z namiotu troszkę nas zaskoczył biały placek na trawie, przecież wczoraj go tu nie było, no fakt nie było, ale nie na darmo się mówi „rośnie jak grzyb po deszczu”. Nigdy nie przypuszczałem, że przez jedną noc pieczarka może urosnąć do takich rozmiarów!


W piątek jeszcze przed naszym namiotem tej pieczarki nie było

W niedzielę była na tyle wielka, że jakbym na własne oczy tego nie widział to zapewne w takie opowiastki bym nie uwierzył, zresztą zobaczcie sami. W piątek jej nie było, a w niedzielę została ścięta i posłużyła jako dodatek do przepysznie usmażonego szczupaczka na obiadowym stole.


W niedzielę zakończyła żywot wraz ze szczupaczkiem na patelni

Poranek zapowiadał się sympatycznie, lecz przed wyjazdem śledziłem prognozy pogody i byłem pewien, że matka natura urządzi nam w ciągu dnia nielichy prysznic. Bożenka uznała, że wystarczą nam płaszczyki a la worki na śmieci i zganiła mnie żebym przestał krakać, bo jak już przejdziemy tą bagnistą ścieżkę trapera, to na pewno szybko nie powrócimy do obozowiska. No nie, baba będzie twardsza ode mnie? Wziąłem się w garść, w drugą garść „wiadro” Żuberka, bo reszta sprzętu była już zaokrętowana i po śniadanku wyruszyliśmy przez tę przeklętą drogę błotnistego trapera na szerokie wody jeziora Rajgrodzkiego.


Bożena dziarsko pokonuje słynną ścieżkę traperów


Wiaderko żuberka w dłoni i w rejs, bo reszta gratów już zaokrętowana

Przywitaliśmy się z rannymi „ptaszkami” robiąc jednocześnie wywiad, co i jak w wodzie gryzie i okazało się, że jest lepiej jak wczoraj. No to fajnacko się zapowiada, więc z Bożenką ruszamy do boju!


Krzychu, troszkę nabrałam wody, ale zaraz gumiaczki wyschną

Aneta z Małgosią przewracają się zapewne na drugi bok, więc chłopaki postanowili jeszcze troszkę samotnie powędkować, a przy pierwszych opadach spłynąć. Krakał, nie krakał i nadciągnęły chmury. Troszkę oberwało mi się od Bożenki od Jonaszy czy coś takiego, a niech sobie popsioczy, a co mi tam i tak powiedziała, że nie spływamy. Dobra moja, ciekawe jak długo wytrzyma.


Ale wspaniały letni deszczyk!


Bożenko, nawet ostatnim żuberkiem podzielę się z Tobą po połowie, OK?

No i kobitka wytrzymała, tylko, że mi skończył się żuberek i nic innego do picia nie mieliśmy na pokładzie, a po wczorajszej integracji nawet w deszcz potrafi w gardzieli być sucho. Ale od czego ma się przyjaciół. Jakby na moje zawołanie dzwoni telefon, to reszta bandy rusza na łów i dopytują się, czy jeszcze nas nie zalało i czy bierze. No bierze jak diabli - odpowiadam zadowolony i nie kłamałem. W przerwach pomiędzy nawałnicami deszczu faktycznie były przednie brania. Poprosiłem o dostawę złotego trunku i umówiliśmy się, że razem będzie raźniej powędkować pod drugim brzegiem, bo to kawałek drogi, a jezioro przy tym stanie pogody może być nieobliczalne. Wyruszaliśmy przy flaucie i pod drugim brzegiem dorwał nas wiaterek, zanim się obejrzeliśmy to już trzeba było wracać i nie było czasu na wędkowanie, nawet pod naszym brzegiem warunki do łowienia były stanowczo zbyt niebezpieczne. Ja zdobyłem się na wskoczenie w kapok, to już nie żarty.


Na drugim brzegu nie dane nam było powędkować, musi czas na ewakuację!


Wskoczyliśmy w kapoki i pod osłoną łajby Bondarenków dotarliśmy bezpiecznie do bazy


Adaśku, zabierz mnie bezpiecznie na brzeg, bo zaraz dostanę choroby morskiej!


Uff, na naszej ścieżce jest spokojnie i cicho


To jest metoda na wody wyższe od gumowców


Bożena udaje twardzielkę


Wreszcie bezpieczny, twardy ląd!

Bondarenki mają łajbę z wysokimi burtami, Adaś typową krypę drewnianą, płaskodenną, a nasza łupinka jest sprytna, szybka, ale do bezpiecznego pływania na takiej fali, to jeszcze jej troszkę brakuje. Więc ewakuacja przebiegła dość szybko i sprawnie. Po powrocie nasza załoga miała już dość na dzisiejszy dzień, co prawda to był błąd, bo chłopaki pod wieczór wypłynęli ponownie i dali czadu do bólu.


Zasrańcu! Oddaj obrotówkę i spływaj po starych


Te zostały wybrane na kolację i za moment wylądują w głębokim gorącym oleju


Miał 52 cm (to najmniejszy jaki został zabrany, największy miał 65 cm), a walczył jak metrowiec

Wieczór sobotni przeminął jednak tak szybko i we wspaniałej atmosferze, że nie ma czego żałować.


Ogniomistrz Małgoś

W niedzielę nad ranem mieliśmy ponownie wypłynąć, lecz niebo nie nastrajało optymizmem, a do tego limity dzienne szczupaków zostało zaliczone, a z resztą kaczodziobów spotkamy się następnym razem. Bondarenki musieli wcześniej wyjechać żeby „odbić” swoje dzieciątko od teściów, my mieliśmy z Adaśkiem i Małgosią zostać dłużej, lecz dla pewności zaczęliśmy się powoli pakować.


No i nieuchronnie trzeba się szykować do pakowania i wracać do rzeczywistości

Przyszła pora na wyciągnięcie okrętu Bondarenków na twardy ląd, no dobra, ale jak to zrobić, znów pakować się w to bagno? Do tego była niedziela, jak wracać takim umorusanym do domu? Wody jak na lekarstwo, gdzieś po drodze obciach będzie się zatrzymać, by doprowadzić się do porządku. Wpadliśmy na znakomity pomysł, no toć, po co są wciągarki przy przyczepkach podłodziowych? Powiązaliśmy linki od kotwic, podczepiliśmy do wciągarki. Misia, czyli Pawła ulokowaliśmy na dyszlu (robił za kotwicę) i poszło jak z płatka.


Potrzeba matką wynalazków


A tu krótki film ja nam wychodziło to wyciąganie

Tak dobrze szło, że i my z Bożenką zrezygnowaliśmy z dalszego wędkowania, bo chmury chodź powoli i majestatycznie, lecz nieuchronnie nadal nadciągały.

Pożegnaliśmy się z warszawiakami, gdyż musieli już wyjeżdżać. Po drodze z Tamy jeszcze wykonali do nas telefon z ostrzeżeniem, że na drugim końcu jeziora już pada i to przeważyło o naszej szybkiej ewakuacji. Całą trasę do Białegostoku przebyliśmy w deszczu i do wieczora pogoda się nie zmieniła, więc nie mamy czego żałować. Ale co przeżyliśmy, co się nałowiliśmy, co się nagadaliśmy i o czym powspominaliśmy, to tego nie da się opowiedzieć. Było po prostu wspaniale, a ta "ścieżka bagnistych traperów" dodała swoistego uroku naszej wyprawie.


Oczywiście integracja wędkarsko-przyrodniczo-rozrywkowa odbywała się pod banderą WCWI

Dzięki serdeczne za wspaniałe spotkanie. Mam nadzieję, że na zbyt długo się nie rozstaliśmy z łonem prawdziwej, cudownej natury we wspaniałym gronie przyjaciół. Nawet taki lawirant i wapniak jak ja, został bardzo ulgowo potraktowany przez Adaśka i Pawełka, nie wspominając o ich ładniejszych połówkach.

Fotki: Adaśko, Bondarenki
Kryskon i Kobo tekst i fotki

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Krzyś, napracowałeś się nie tylko nad \"ścieżką traperów\", ale też nad relacją. Gratulacje! :)
PS. Jeśli film Wam nie wchodzi (u mnie widać) dajcie znać, umieszczę go inaczej (zależy od przeglądarek - niestety).
Relacja przednia :) Dobrze mieć w ekipie Pawła: i ryb nałowi i za traktor pociągnie :P
Filmik pod Firefox chodzi w porządku.
Te popychanie coś mi przypomina.. A co do relacji, to rzeczywiście - kiedyś 99% to pismo obrazkowe, 1% to system zapisu oparty na znakach mających swój rodowód w alfabecie łacińskim.. Teraz te proporcje to 97 do 3 :)
Brawo Krzyś!!!
Lux wyprawa ale ja z swoim pływadłem bym się chyba tam nie zwodował. Pozdrowienia dla ekipy łowiącej nad rajgrodzkim (to moje ulubione jezioro)
Kryskon fajnie opisane i pokazane. Co do Michała dalibyśmy sobie radę, są różne sposoby wodowania w tamtym miejscu, a to był chyba najtrudniejszy ze wszystkich. :P
Przeczytałem i obejrzałem z dużą przyjemnością wspominając czego to się nie robiło w młodych latach dla zdobycia ryby albo na ten przykład kobity. Co prawda nie dymiło mi się z portek tak jak Pawłowi na fotce 42 :grin ... nic dziwnego, że chwycił maczugę dla łagodnej perswazji.

Wyprawa, którą się na pewno długo zapamięta. Pozdrowienia.
Ferret napisał:
\"Dobrze mieć w ekipie Pawła: i ryb nałowi i za traktor pociągnie.\"

Hmmm ... Krzycha do lasu to specjalnie nie ciągnął :grin

Nie zdziwię się jeśli fota nr 42 obiegnie internet pod tytułem \"Zadyma\" :grin
Bajka super opisane, ekstra fotki gratulacje Kryskon. Paweł 12 fotka od dołu powaliłam mnie na kolana :grin :grin jak wy ładnie we dwójkę wyglądacie. Pozdrowionka
Ta fota nr. 21.... :? Mocne ujęcie! :grin Tylko ta ciupaska po co??? :eek
Dzięki wszystkim za miłe komentarze, ale nie było by tego artykułu gdyby nie mile spędzony czas w tak miłym towarzystwie. Myślę, że jeszcze nastąpi powtórka z rozrywki ;)
Jak film nie startuje to wystarczy przeciągnąć niebieski znacznik linijki lekko do przodu (w prawo) i powinien wystartować, przynajmniej u mnie tak jest. Kliwciu! bez siekierki do lasu? Adaśko nas łosiami, dzikami i sarnami nastraszył, więc dwa jelenie wybrały się na polowanie, a że szczelbawka w domu została, więc ciupaga musiała wystarczyć :) :grin ;)
Orni - nie wciskaj mi tu kitu!!! :grin Dwa gołąbeczki za rączki się wziewszy..., że ten tego panie..., a no po drzewko..., no..., do lasa....
Fajnie mieliście. :) Tylko pozazdrościć. Ale już w sobotę powtórka toruńskiego 1 maja. :grin :grin :grin
Swojskie są Twoje Krzysiu relacje. Czytając i oglądając fotki czułem się jak bym był z Wami.. Bardzo fajne zdjęcia a przygoda godna pozazdroszczenia. Pozdrawiam. :grin
Frytkoń oraz różowa karimatka z poduszeczką dosłownie łamią serce... :)
Kapitalna wyprawa i kapitalnie zrelacjonowana Krzysiu! :)
No istna Noc Traperów bis!Popieram zeda, różowa karimatka Anety Figiel (z domu) powala! :grin,zaś mina Gośki! Boska, jakbym nowicjusza widział na dorszach przy wiaterku nr.5 :grin :grin. Kryskon, masz ukryty talent literacki, teraz piszesz już każdą relacje z jakiejkolwiek nawet wyprawki,a nawet wypraweczki! ;)
Krzychu napisałeś relację pierwsza klasa!
A co do spotkania... Szkoda, że mnie z Wami nie było!!!
Pozdrawiam uczestników!
Super relacja zachęcająca do takich wypadów Dzięki Krys.
Przestańcie \"kadzić”, bo mi facjata jeszcze bardziej zczerwienieje niż jest w oryginale. Ot udało się coś wyklikać i tyte! ;)
Gratuluję udanego wyjazdu, miło spędzonych chwil oraz super relacji.
Krzychu super to wszystko ujołeś , z niecierpliwością czekam na następny wyjazd Adaśko mówił coś pod koniec września , ale było fajnie . Pozdrawiam .
Krzyś, jeżeli masz w zanadrzu jeszcze jakieś miejscówki dobre na szkołę przeżycia to daj znać.
Bezwzględnie się piszę, a relacja rzeczywiście extra.
Adam , Krzysiek ja cały czas czekam na propozycje wyjazdu. Ale moja cierpliwość też ma granice :P
Extra!Zajefajna wyprawa,twarze znajome jak bym tam był :grin ;)