Tydzień miałem ciężki. Ledwo wyrabiałem się z robotą, a jeszcze w weekend czekało mnie wesele. Jak na złość towarzysze moich wypraw dostali wolne na czwartek, więc byli nad Siemianówką. Efekty przeszły ich oczekiwania, bo złowili kilka ładnych okoni (pow. 30cm). Zagotowało się we mnie, kiedy poinformowali mnie, że jadą też w sobotę. Tego było za wiele. W pracy sprężałem się jak mogłem, ale nie wyszło. Sobota. Ja na drabinie z wiertarą w ręku oni na lodzie...

Do domu wpadam przed 14.00, szybka kąpiel, obiad. Decyzję podjąłem wcześniej, oznajmiam ją żonie, nie jest zachwycona. Jedziemy samochodem. W końcu to tylko wesele przecież na trzeźwo też można się bawić. Może i można.... Z niecierpliwością obserwuję zegarek, po "oczepinach" pytam niepewnie może byśmy już wracali? Nic z tego żona musi jeszcze trochę potańczyć. Jak mus to mus. Do domu docieramy o 4.10. Trochę późno zważywszy, że o 5.15 mam wstać na ryby. Ale cóż kładę się i tak jak szybko zasnąłem tak wstaje. Czy to normalne? Nawet kanapek nie chce mi się robić, pakuję się...

Wyjazd tradycyjnie już chyba o 6.00. Znajomi są punktualnie, więc możemy ruszać. Po drodze dowiaduję się, że wczoraj brania były jeszcze lepsze niż we czwartek, toteż od razu robi mi się cieplej na duchu. Na lodzie jest niezły tłok. Na brzegu też. Samochody z rejestracją z Warszawy, czy Suwałk, jakieś na L i wiele innych świadczą, że zimy w tym roku, w innych regionach Polski prawie nie było.

Zajmujemy stanowiska, na których w poprzednich dniach znajomi łowili okonie. O dziwo pierwszą rybę łowię ja. Jazgarz nie porażał może wielkością, ale był bardzo agresywny. Zaatakował w końcu blaszkę niewiele mniejszą od niego. Tuż obok mnie kolega łowi okonia. A więc są i biorą. A może to był tyko jeden niedobitek z poprzednich dni. Na potwierdzenie tego przez godzinę nic się nie dzieje. Nikt z naszej trójki nie może doczekać się nawet stuknięcia. Może pod wysepką dziś biorą. Grupa wędkujących tam osób od rana nie zmieniała miejsca. Jednak zostajemy.

Po pewnym czasie zaczynają się w końcu niepewne brania. Niewielkie okonki nie powalają jednak na kolana. Żaden nie ma więcej jak 13cm. W pewnym momencie u kolegi obok mocne pobicie. Podchodzę z aparatem żeby pstrykąć parę fotek.

To pewnie szczupak, świadczą o tym długie zrywy ryby i trzeszczący hamulec. Po pewnym czasie wszystko milknie. Mały błąd wystarczył, aby ryba przetarła żyłkę o krawędź lodu. Gdzieś tak ok. 10.00 mam w końcu pierwszą rybę. Okoń leniwie przygiął kiwoka i wnet znalazł się na powierzchni lodu. Nie jest może za wielki, ale cieszy niezmiernie.

W tej dziurze już nic nie bierze, próbuję więc obok. I o dziwo trafia mi się parka jeden po drugim.

U innych słabo, większość zmienia miejsca, pytają o wyniki i szukają prawie wszyscy. Jakby nie przejęty słabymi braniami wyleguję się na słoneczku prawie jak wiosną. Jest ciepło, nawet może trochę za ciepło. Z nudów blaszką już nie szarpię, ale łowię jak mormyszką. Brania w ogóle się nie spodziewałem, dlatego pewnie prawie spadłem z krzesła. Po uderzeniu szczytówka wędki momentalnie znalazła się w przeręblu. Tak uderzyć mógł chyba tylko szczupak. A sądząc po stawianym oporze to raczej esoxowe dziecko.

Wypuszczam rybę i próbuję w przeręblu 2m dalej. I znowu tak jak mormyszką i znowu mam uderzenie. Już nie tak mocne, ale rybka solidnie walczy. To na pewno okoń. Po chwili mam go już na lodzie. Jest pięknie ubarwiony, i chyba wkurzony, bo strasznie się stroszy. Z tego wszystkiego zrobiłem mu chyba z 10 fotek.

To była ostatnia ryba dnia. Dzień nieubłaganie minął i czas było wracać do domu. Przy moim zmęczeniu i tak dziw, że nie zasnąłem nad przeręblem.

Adam Sienkiewicz *adasko*

PS. Żonie chyba zabrakło już epitetów jaki to ja jestem i jak na złość wygadała wszystko teściowej. Podobno za często jeżdżę na ryby - doszły obie do wniosku. Co przyniesie zatem kolejny weekend, aż strach się bać.

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Jeśli jeszcze powiesz żonie , iż gotuje gorzej niż Twoja mama, to w przyszły weekend masz jak w banku rozmowę z adwokatem o rozwodzie! :grin 8) :P
Powinieneś podlizywać się teściowej, a nie żonie! Jak się teściowa rozklei, to będziesz kochanym zięciem i ona będzie opieprzać Twoją ślubną, że nie daje Ci odpocząć nad wodą, po ciężkiej pracy. Pamiętaj emabluj tylko teściówkę. No, żonę też, ale mniej. Doświadczony HJ
Suplement: Miałem dwie teściowe, to wiem!hj
Swięte słowa Hilary. Moja tesciowa bardzo ale to bardzo lubi rybki jeść, ja łowić a żona je przyrządza. Jesteśmy zgrane trio i tego tobie życzę Adamie. ;)
Dobre !!!
ja tam z tesciowá problemów nie mam bo jest 1000 kilometrów dalej :grin
Ale nie mam tez gdzie na lód isc i to jest problem :sigh
Krzysztofie! Jak zjedzie w goście na dłużej, to tańcz wokół niej, podtykaj smakołyki, które lubi (w tym i rybki) i przez pierwsze dni nie daj żonie dostępu do Mamy. Jak Cię po dwóch-trzech dniach nie wyślą na ryby, to możesz mówić mi nie Hiljot, tylko Cypersztajn!
Panowie - konsekwencja, konsekwencja i jeszcze raz konsekwencja!!! W końcu da spokój, a (o ile lubi rybki) można jeszcze poszantażować, że nie przywieziecie smakołyków, a oddacie miejscowym kocurom. Ja też swoją jeszcze przed ślubem uprzedziłem, że łowiłem, łowię i łowić będę...
Zdrajca, wszystkie miejscówki by wykablował :grin :grin , ale ja i tak znam jeszcze ...kilka
Może w tym roku się uda połowić z lodu troche więcej :)