W zasadzie mieliśmy jechać we czworo, ale dzień przed wyjazdem mojego ojca dopadła grypa, więc niestety musiał kibicować reszcie. Razem z moimi sąsiadami wyruszamy trochę po 6 rano w kierunku Bondar. Droga nie jest najgorsza samo ciekawe (z opowiadań innych wędkarzy) miało się zacząć dopiero przy dojeździe nad wodę. I rzeczywiście grzęźniemy przy pierwszej próbie dostania się do lepszej miejscówki.

Niestety trzeba wysiąść i popchać. 15 minutowe zabiegi przynoszą efekt i już jedziemy dalej tym razem w bezpieczne miejsce, które... też zawiało. Dojazdu nie ma.

Kiedyś między drzewami była tu droga, teraz można tylko o tym pomarzyć. Postanawiamy zostawić samochód przy głównej drodze i ok. 500 metrowy odcinek przebyć pieszo. Kiedy w końcu docieramy do brzegu zalewu okazuje się, że lód od brzegu już puścił i trzeba było trochę gimnastyki żeby wskoczyć na taflę. Lód jest jednak niepewny, wygląda na kruchy, a na dodatek na środku zalewu woda chyba nie zamarzła. No cóż pozostaje nam poszukiwanie okoni w strefie przybrzeżnej.

Kujemy po pierwszych dziurach jednak nic się nie dzieje. Ja łowię na blaszkę a sąsiedzi na mormyszkę. Po ok. 30 min jeden z towarzyszy zacina okonia. Krótka walka i około trzydziestak ląduje na lodzie.

A więc jednak są! W nadziei na brania kuje chyba ze 20 dziur, ale niestety brania doczekać się nie mogę. Coś w tym jest, bo i znajomi nic nie łowią. Chodzimy, szukamy, to na mormyszkę, to na blaszkę, ale ryby chyba wymiotło. Z tego wszystkiego pozostało chyba tylko...

Pogoda dopisuje, ale co z braniami? Postanawiam przenieść się bliżej brzegu, może tam chociaż jakiś mały się trafi. Jakby na potwierdzenie moich domysłów kiwok drga rytmicznie już w pierwszej dziurze.

Takich okonków trafia się kilka, a co jakiś czas biorą też wielkie "sandacze"...

No ale nie po takie rybki tu przyjechaliśmy. Wracam na głęboką wodę. Znajomy mówił, że miał delikatne brania na blaszkę, a zaraz potem wyciąga ładnego okonia. W takim razie zostaje w tym miejscu. Siadam nieopodal i na blaszkę próbuję skusić jakiegoś zbója. Kiedy już dopadło mnie zrezygnowanie - uderzenie, ale takie, że w łokciu poczułem. I w sumie chyba o to chodziło. Okoń ze 25 cm, to pierwszy konkretniejszy tej zimy. No to teraz się zacznie - pomyślałem. Niestety, oczywiście przez następną godzinę nic się nie dzieje.

Moi towarzysze też nie mają czym się pochwalić, no może płoteczką, która zaatakowała małą blaszkę.

Pora więc kończyć wędkowanie. Efekty może nie były imponujące (złowiłem w sumie dwa okonie i jazgarza), ale za to pogoda dopisała i humory także, postanawiamy więc, że w tygodniu jeszcze tu zajrzymy.

* * *

We czwartek ruszamy ponownie. W środku tygodnia nad wodą powinna być cisza, a i ryby biorą podobno lepiej niż w niedziele... Z tą samą ekipą ruszamy w kierunku Siemianówki jak zwykle trochę po 6 rano. Miejscem połowu będzie tym razem zatoczka za WOPR-em, gdzie co jakiś czas udaje nam się złowić parę ładnych okonków. Dojazd jak zwykle niezbyt... ale jesteśmy.

Na lodzie prawie nikogo nie ma. W oddali widać tylko dwie przykulone sylwetki. Pierwsze dziury kujemy blisko brzegu, ale w miarę jak brań nie ma przesuwamy się na głębszą wodę.

Przez prawie godzinę nic się nie dzieje, aż w końcu w jednej z dziur natrafiam na okonka, który przyciąga za sobą żerujące stadko.

Nie są to może okazy, ale w ciągu godziny udaje mi się złowić chyba z 8 sztuk. Dwa największe tak na oko z 25 cm. Jednak co dobre to się szybko kończy. Okonie albo odeszły, albo przestały żerować. Nie skutkuje zmiana miejsc ani przynęt, po prostu nie biorą. W międzyczasie zmienia się pogoda. Zaczyna mocno wiać, a wokół dziur robią się małe kopczyki.

A nic nie mówili o zamieciach śnieżnych.

Gdzieś koło 14 mamy dość. Za mocno wieje, a i z drogą powrotną może być różnie. W sumie wyjazd zaowocował 13 okoniami, także myślę, że nie było tak źle.

W drodze powrotnej planujemy oczywiście następny wyjazd, tym razem większą drużyną.

* * *

Wyjazd wypadł w niedzielę. Za oknem -13 stopni. Żona mówi, że zwariowałem. Tym razem jedzie nas pięcioro. Ojciec wyleczył grypę, a ja namówiłem jeszcze kolegę. Jedziemy na dwa samochody, co jak później się okazało bardzo się przydało. Miejsce to jak zwykle WOPR, lądujemy tam z kolegą, natomiast reszta jedzie kilometr dalej. Jest bardzo ładna pogoda, słoneczko i bezwietrznie, mrozu wcale się nie odczuwa, no może poza czyszczeniem żyłki co kilkanaście sekund.

Kolega łowi przy brzegu na mormyszkę, ja próbuje odszukać czwartkowe dziury.

Nic nie bierze poza jednym zagubionym okonkiem, który trafił się zaraz po przyjeździe. Zmieniamy miejsca i przynęty, ale bez rezultatu. Gdzieś tak dopiero ok. 9 łowię cztery okonki z jednej dziury i koniec. U kolegi to samo. Ryby nie brały do 14. O tej godzinie wśród jednej z setek dziur trafiła mi się niespodzianka. Mocne uderzenie i emocjonujący hol 3 kg okonia, który później okazał się prawie wymiarowym zębatym.

Po tej rybie brania zaczęły się na dobre. Może w przeciągu 15 minut łowię 9 sztuk. Także jest całkiem miło. Sielankę przerywa telefon od ojca, który postanowił wcześniej wrócić. Na jednym z ukrytych w śniegu kamieni rozbił misę olejową. Jak pech to pech. Drogę powrotną spędzamy w zestawie 2 samochodów i z prędkością dochodzącą miejscami aż do 50 km/h.

Chociaż niedziela zakończyła się niemiłym akcentem to tydzień minął mi bardzo przyjemnie. Połowiłem sobie okoni, nawdychałem się świeżego powietrza. Cóż chcieć więcej? Może żeby tylko lód jeszcze z miesiąc potrzymał.

Adam Sienkiewicz *adasko*

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Dżizas! Tak jak ja sobie ostrzyłem zębiska w tym roku na podlodowe łowy, tak jeszcze szybciej kapryśna aura w centralnej Polsce wybiła mi je z głowy :( . Wlałeś jednak trochę ciepła do mojego serca, bo zgrabnie opisałeś plusy i minusy zimowego łowienia :) . Dziękuję :)
Moje jeziorka nie zamarzły w tym roku na tyle, żebym mógł na nie wejść. A kupiłem nawet sobie nową wędeczkę! Pozazdrościć wypraw. Pozdrawiam :)
No gratuluję połowów ale mnie by na lód nawet parą koni nie wyciągnęli :grin jakos nie pociąga mnie takie wędkowanie :) Pozdrawiam.
Swietnie napisane. No i cóz...sniezne fotki z rybkami tez miłe dla oka, bo tej zimy to mało mamy w tym roku.
Piękne plenery i wędkowanie.
Mam tylko nadzieję, że przypadkowy szczupak nie leżał zbyt długo na lodzie, bo przy -13 stopniach Celsjusza woda błyskawicznie zamarza w łukach skrzelowych.....
pozdrawiam
Zdjęcia okoni utaplanych w śniegu nie są zbyt estetyczne...
Poza tym OK
Zazdroszczę połowów podlodowych i rybek. W mazowiecki chyba w tym roku nie połowi się z lodu :(
Pozdrawiam
No Adaśko! Wreszcie zacząłeś wędkować, bo już zaczynałem się o Ciebie obawiać, że skończysz tak jak ja, śledząc poczynania kolegów w necie. Gratulejszen i pozazdrościć, naginaj dalej!!! :grin
Adasiu - fajnie połowiłeś i się dotlenowałeś. U mniego z Estradem dzisiaj pod względem rybek - kicha, ale nie o to wcale chodzi... Najważniejsze, że w końcu po raz 1-szy wgramoliliśmy się na lód tej pokićkanej zimy (szerzej ewentualnie w relacyjce). A pod kątem upierdliwców - estetów typu rj., to następną razą pucuj te okonki ze śniegu, by błyszczały, jak psu jaja na przednówku!!!:grin
Krzycho - a co, mewy z lodu nie biorą, że nie ryzykujesz wgramolić się na taflę...?:p
Cieszę się niezmiernie, że zima przynajmniej w podlaskiem w tym roku dopisała, i że mogę choć trochę z wami tym się podzielić( co na lodzie przeżyłem). Co do zdjęć to dopiero się uczę(zapytanie na forum puściłem nt. fotografii), mam nadzieję, że z czasem wszystko będzie ok.A okonie utaplane w śniegu, niestety czasami tak wychodzą, zwłaszcza gdy wieje i mrozi...
Rozmarzyłem się..... Pozazdrościć kompani, powietrza i widoków....
Opilszczyzna niestety melduje zero lodu!
\"No gratuluję połowów ale mnie by na lód nawet parą koni nie wyciągnęli :grin\"

Też tak kiedyś mówiłem, aż sam wlazłem. Teraz gdy tylko jest lód z tafli nie ściągnie mnie cały zaprzęg.
Ta relacja to z którego roku? :?
Kliwolitku! Oj se grabisz, oj jak gabisz. Ty się zastanów, czy do polszy wodnom drogom przez mać rosyję nie będziesz musiał jechać, bo na podlasiu list gończy będzie wisiał z Twoją facjatą!!! :grin
Krzychu - spoko! Mam glejta, więc jakoś wjadem...A i na odkupnego cóść tam się najdzie:grin. I nie bądź już taki zazdrośny o te ptaszki...Tera je demokracyja, więc każdy łowi to co kce. Ja dla przykładu wczoraj omal nie podczepiłem na żywca...kota;)
Piękna ta Siemianówka, szkoda że mam do niej tak daleko... Ryby nie za ciekawe ale nie ma co narzekać bo sporo wędkarzy w tym roku nie wyszło wcale na lód(ja niestety do nich należe). Pozdrawiam i do zobaczenia tam w maju na szczupcach