Wyprawa Sazana na Alaskę. W tej części o przelocie małym samolotem do eskimoskiej wioski Chenega Bay, o tamtejszej prawosławnej cerkwi i wizytówce Seana.

Chenega Bay - cel naszej wyprawy - to malutka eskimoska wioska położona na wyspie Evans Island. Dostać się tam można drogą morską lub powietrzną. Samolotem szybciej, bliżej...

Tuż obok dużego lotniska w Anchorage jest spore jeziorko, przy którym przycupnęły małe, oczywiście prywatne, różne lotnicze firmy przewozowe. Jedna z tych firm o nazwie „JIM Air” obsługuje trasy przelotowe do rejonu Prince William Sound. 3 razy w tygodniu przewozi w obydwie strony ludzi, pocztę, prasę, towary... Wyobraźcie więc sobie bezpośredni kontakt ze światem tamtych ludzi - 3 x w tygodniu. Jeżeli jest pogoda... Bo gdy jej nie ma, to loty oczywiście odwołuje się...

Wspomniane jeziorko służy jako miejsce startu i lądowań hydroplanów. To najlepszy środek transportowy na Alasce. Ilość wody, jaka znajduje się na tym subkontynencie jest wprost oszałamiająca. Woda jest wszędzie. Wypełnia każde zagłębienie terenu, rów, szczelinę. Gdziekolwiek by polecieć, dla hydroplanu zawsze znajdzie się lądowisko. Hydroplanem zatem można wybrać się w dowolne, nawet nieznane bliżej miejsce.

Jednak stale obsługiwane miejscowości, nawet te najmniejsze, mają specjalnie wykonane pasy żużlowe, czy też żwirowe, które są miejscem startu i lądowań małych, jedno lub dwusilnikowych latających maszyn. Mogą zabrać ze sobą paru pasażerów, trochę bagażu, i tyle... Przyznaję, że strach czasami takimi maszynami latać. A to zwykłe, powietrzne taksówki... Powiem Wam również, że bardzo skromny samolocik można tam kupić za 5000 $. Używany oczywiście, ale zgodzicie się ze mną, że to nie tak znowu wiele? Jeżeli dodam do tego, iż uzyskanie licencji pilota, to problem i wysiłek porównywalny z uzyskaniem u nas, w Polsce, samochodowego prawa jazdy, przyznacie, że to prosta i łatwa sprawa? Raj dla Ikarów! Nie skorzystałem...

Po dwóch dniach gościny u "salmona", w poniedziałkowy ranek, niezastąpiony, uczynny Władek (ten sam od nocnego filetowania halibutów) podwozi nas swoim samochodem na lotnisko. Dokonujemy z Markiem formalności w biurze „JIM Air”, skąd odbierają nasze bagaże do załadunku, a my sami idziemy pod samolot, który ma nas zabrać do Chenega Bay. Na miejscu, przy dwusilnikowym (chociaż tyle!) samolociku, spoglądamy z Markiem na siebie... No, TAKIM, to jeszcze w życiu nie lecieliśmy...

Widzimy, jak obsługa firmy wkłada nasze i inne bagaże do środka kadłuba i we wszystkie możliwe zakamarki i schowki (nawet w skrzydłach). Po chwili przychodzi pilot samolotu i pomaga upychać wszystkie pakunki we wszelkie inne dziury. To, co upakowane zostało w kabinie pasażerskiej, mocno związał pasami tak, aby nie "goniło" w trakcie lotu... W końcu wsiadamy do środka, zapinamy pasy. Jest z nami jeszcze jeden pasażer. Pilot uruchamia silniki i rozgrzewa je przez chwilę. Po chwili podjeżdżamy pod pas startowy i oczekujemy na pozwolenie nań wjazdu. Pogoda raczej pochmurna, ale deszcz nie pada. W końcu kołujemy na pas startowy i ruszamy. Lotnisko w Anchorage jest tak usytuowane względem zatoki, że tuż po starcie, od razu jest się nad jej olbrzymim obszarem wodnym.

Wznosząc się coraz wyżej, można ogarnąć jego bezmiar aż po horyzont. Trzęsie okrutnie, a w środku taki hałas, że trudno się porozumieć. Zataczamy półkole i kierujemy się na południowy wschód. Im bliżej chmur, tym bardziej na wodzie, wszystko mniejsze... Po kilkunastu minutach jesteśmy ponad chmurami. Miejscami są w nich "dziury" i widać pod nami tylko masyw górski Chugach Mountains, z jego raz szarymi, innym razem wiecznie ośnieżonymi szczytami i niebiesko-seledynowymi lodowcami. Kilka tysięcy stóp pod nami. Wszędobylskie chmury przesłaniają czasami dość skutecznie ten piękny, groźny pejzaż. W pewnej chwili przez małe okienko samolotu udaje mi się zrobić fotkę. Jakieś górskie, kompletne odludzie.. Jestem absolutnie pewien, że nigdy na swoim grzbiecie człowieka nie widziały. Biorąc pod uwagę góry, na Alasce liczy się tylko McKinley...

Widok zmienia się, kiedy nadlatujemy nad Prince William Sound. Widać tu olbrzymie wody oceanicznej zatoki, z pięknymi fiordami i zielonymi od drzew, licznymi wyspami. Po ponad godzinnym locie, przed nami mała mieścina, Cordova, gdzie lądujemy na całkiem porządnym lotnisku, z betonowym, dobrze oświetlonym pasem i małym portowym budyneczkiem. Rozładunek towarów, poczty trwa niewiele ponad kwadrans i za chwilę startujemy już do naszego celu podróży - Chenega Bay. Tym razem lecimy na południowy zachód. Trasa przelotu prowadzi nad wodami zatoki, na niewielkiej wysokości i możemy z Markiem obserwować wodną toń. Fantastyczne widoki! Z rzadka, widać nawet nieliczne łodzie rybackie. Kiedy zaś pilot pokazuje nam w pewnym momencie wieloryby, z wrażenia opadają nam szczęki...

W Chenega Bay lądujemy na pasie, którego podłoże okazuje się być zrobione z jakiejś odmiany miejscowego łupka skalnego. Ot, tuż obok pasa startowego jest górotwór, z którego koparka w miarę potrzeb wydobywa urobek, podsypuje na wyrobione kołami samolotu koleiny, ubija, i... lotnisko gotowe. Gdzieniegdzie tylko dostrzegamy płytkie kałuże wypełnione wodą... Widać, trzeba znowu trochę podsypać... Jakież to proste!

Tu, na "lotnisku" w Chenega Bay, nie ma ani oświetlonego pasa, ani żadnego budynku. Jakieś jedynie chorągiewki wytyczające oś pasa i zauważalny "rękaw" wskazujący pilotowi siłę i kierunek wiatru. Zjawia się za to swym truckiem, oczywiście bez rejestracji (po cholerę to komuś tutaj potrzebne?) Sean Wilson. Jest wspówłaścicielem (wraz z żoną) firmy charterowej. Okazuje się przesympatycznym, rosłym Indianinem z plemienia Atabasków, którego przodkowie od wieków tkwili w tych rejonach świata. Nie mamy z nim większych problemów z porozumieniem się. Przenosimy nasze bagaże do samochodu, żegnamy się z sympatycznym pilotem samolotu, wsiadamy do trucka i po niecałej mili jesteśmy już we wsi. Tu Sean pokazuje nam wieś, swój dom, poznajemy jego żonę Stefanię (przepiękna, malutka Eskimoska) i paromiesięcznego synka, Huntera.

Jeżeli ktokolwiek miałby ochotę nawiązać z nimi kontakt telefoniczny czy pisemny, zamieszczam poniżej fotokopię wizytówki Seana. Mam nadzieję, że nie będzie miał mi tego za złe, a co najwyżej, jeżeli jeszcze prosperuje, mogę mu tym napędzić paru klientów...

Sama wioska liczy 25 domów zamieszkałych przeważnie przez rodziny Eskimosów, ale i inne nacje. Wzdłuż utwardzonej uliczki, schludne, niewielkie, typowo amerykańskie chałupki. Wszystkie są posadowione sporo ponad terenem, na palach, co zapewne odizolowuje zimą od śniegu. Na każdej niemal chałupce widać umocowany talerz telewizji satelitarnej... Wokół mnóstwo kałuż i poprzerywane potokami lasy. Powyżej wsi stroma góra z wierzchem przykrytym, mimo czerwca, śniegiem.

W centrum wsi zauważamy maleńką, z charakterystycznymi kopułami, prawosławną cerkiew. Wchodzimy do środka. Jest pusto i przepięknie! Filmuję wnętrze kamerą video. Z boku, na tacy, na wierzchu (!), leży cała kupa datków, w zielonych, dolarowych banknotach... Nie powiem, w dobie permanentnie okradanych w Polsce kościołów zrobiło to na mnie wrażenie... Raz na miesiąc przyjeżdża tu do wiernych pop, by odprawić mszę. Prawosławie w tym dzikim zakątku, to pozostałość po imperium rosyjskim XIX wieku... Tego typu i budowli, i różnych innych elementów, symboli, nazw i znaków, będziemy spotykać na Alasce jeszcze wiele...

Sazan

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy